Korupcja, narkotyki, chaos. Prezydent nie zamierza ustępować

Juan Orlando Hernandez jest podejrzewany o poważne przestępstwa (fot. arch. PAP/EPA/JASON SZENES)

Przemyt narkotyków i pranie brudnych pieniędzy niekoniecznie muszą być domeną typów spod ciemnej gwiazdy. Takie dodatkowe źródła dochodu potrafią sobie zorganizować nawet przywódcy państw. Do czasu z powodzeniem robił to dyktator Panamy Manuel Noriega, teraz – zgodnie z ustaleniami amerykańskich śledczych – tak pensję może uzupełniać sobie prezydent Hondurasu Juan Orlando Hernandez. W kraju wrze.

Wojna futbolowa. Gdy mecz stał się sygnałem do przelewu krwi

To jest namiętność, fioł, szmergiel – pisała Joanna Chmielewska o wyścigach konnych. To samo można powiedzieć o stosunku mieszkańców Ameryki...

zobacz więcej

Są ludy, którym nigdy nic nie wychodzi, są zakopane w marazmie, bez perspektyw. Mieszkańcy przechodzą nad tą beznadzieją do porządku dziennego. Są też takie, których ojczyzna od dziesiątków lat i dłużej jest pogrążona w chaosie, ale mieszkańcy potrafią co jakiś czas podnieść głowę i upomnieć się o swoje podstawowe prawa – prawo do godnego życia, spokoju.

Mieszkańcy Hondurasu należą do tej drugiej kategorii. Los zesłał im kraj piękny, ale wyjątkowo niefortunny. Jego historia to pasmo podporządkowań obcym mocarstwom, zamachów stanu, komunistycznych i parafaszystowskich partyzantek, krwi na ulicach i permanentnej biedy zwykłych obywateli.

Gdy już wydawało się, że Honduras może wyjść na prostą – prezydentem został wspierany przez Amerykanów Hernandez – okazało się, że głowa państwa i jego rodzina mają być zamieszani w przemyt narkotyków i pranie pieniędzy. Mieszkańcy wyszli na ulicę, domagając się jego odejścia, ale – jak to w takich przypadkach bywa – suzeren pozostaje głuchy.

Czuć już zapach prochu

Strzały – jak choćby w Wenezueli przed pojawieniem się Juana Guaido – jeszcze tak często nie padają, ale podczas demonstracji w kierunku protestujących regularnie leci gaz łzawiący. Czuć już zapach prochu. Do Hondurasu wybrała się wprawdzie ostatnio Nancy Pelosi, spiker Izby Reprezentantów USA; porozmawiała z szefem honduraskiej dyplomacji Lisandro Rosalesem, ale o żadnym grożeniu palcem na razie nie może być mowy.

Pelosi i Rosales rozmawiali m.in. o walce z międzynarodową przestępczością zorganizowaną, przemycie narkotyków, praniu pieniędzy, korupcji, przemycie ludzi i innych rodzajach przestępczości. Przedstawiono też raport o ograniczaniu ubóstwa i wzmacnianiu demokratycznych instytucji w Hondurasie. Standard jeżeli chodzi o tego typu spotkania, do tego bez poważniejszych konsekwencji.

Na papierze wygląda to zresztą przyzwoicie. Odkąd Hernandez został prezydentem w 2014 r., przeprowadzono ekstradycję do USA 23 baronów narkotykowych, przejęto niemal 19 ton kokainy, aresztowano ponad 6 tys. osób podejrzanych o przemyt narkotyków, zlikwidowano 259 dzikich pasów startowych, z których korzystali przemytnicy i zniszczono setki laboratoriów, w których produkowano kokainę. Przejęto również niemal 15 tys. sztuk broni, zlikwidowano około 500 gangów, zaś liczba zabójstw spadła o ponad połowę – z 92 na 100 tys. mieszkańców do 40.

Ostatnie podrygi socjalizmu? Boliwia na rozdrożu

Farmer koki, piłkarz, trębacz, murarz, trzykrotny prezydent Boliwii – kariera zawodowa Evo Moralesa należy do najdziwniejszych, ale i...

zobacz więcej

Statystyki są zatem co najmniej przyzwoite, ale trzeba mieć na uwadze, że najważniejsza figura w przemyśle narkotykowym może zasiadać w Pałacu Prezydenckim, a liczba ekstradowanych baronów narkotykowych do USA to w większej części efekt nie śledztw, ale konkurencji. Co ciekawe, wcale nie musi to być niedopatrzenie, błąd demokratycznych mechanizmów kontroli czy przypadek, ale efekt trwających od niemal 200 lat przemian w tym kraju.

Honduras to kraj trzy razy mniejszy od Polski, o czterokrotnie mniejszej liczbie ludności. Zaledwie jedna piąta powierzchni to niziny, większa część jest górzysta, co ogranicza możliwości rozwoju rolnictwa. Właśnie to pośrednio i bezpośrednio zwykle było osią chaosu w tym kraju. Odkryte (o ile uznamy, że ten zwrot się nie zdezawuował) przez Krzysztofa Kolumba w 1502 r. ziemie zostały podbite przez Hiszpanów w 1524 r. Utworzono na nich Wicekrólestwo Hiszpanii, czyli kolonię służącą w zasadzie wyłącznie do grabieży bogactw naturalnych, m.in. złota.

Dalsze osłabianie

Sytuacja zmieniła się w 1821 r., gdy Honduras uzyskał niepodległość. Państwo od początku było słabe i w 1823 r. dołączyło do Zjednoczonych Prowincji Ameryki Środkowej, grupy krajów będących w podobnej sytuacji, ale wystąpiło z niej po 15 latach. Władze liczyły, że same pokierują młodą demokracją, ale spory polityczne i wojny pograniczne z Gwatemalą i Nikaraguą doprowadziły do dalszego osłabienia i podporządkowania, tym razem Wielkiej Brytanii.

Zmianami na lepsze miały być reformy liberalnego prezydenta Marco Aurelio Soto na przełomie lat 70. i 80. XIX wieku. Powstała nowa konstytucja, przeprowadzono reformę gospodarczą, którą pogłębił inny liberalny prezydent Manuel Bonilla na początku XX wieku. Coś, co miało uzdrowić kraj i poprawić sytuację ekonomiczną, w konsekwencji doprowadziło kraj do podporządkowania kolejnemu mocarstwu.

Reformy otworzyły drogę do wykupywania ogromnych terenów pod uprawę owoców i hodowlę zwierząt przez amerykańskie przedsiębiorstwa. Naturalnie stać je było na najlepsze ziemie, o jakich ubodzy hondurascy chłopi mogli co najwyżej pomarzyć. Największym latyfundystą stał się gigant owocowy United Fruit Company. W krótkim czasie około 40 proc. wszystkich pól uprawnych znalazło się w rękach Amerykanów, którzy utworzyli z Hondurasu dosłownie republikę bananową, wykorzystując przychylność władz i tanią siłę roboczą.

Waszyngton dokładnie pilnował tych zdobytych przyczółków ekonomicznej ekspansji. Gdy dochodziło do antyrządowych demonstracji czy rugowani z ziem chłopi strajkowali, Amerykanie kilkakrotnie w latach 1905-15 wysyłali do nieformalnej kolonii swoje wojska. To tylko zaogniało konflikt między klasą rządzącą, czerpiącą oficjalne i nieoficjalne profity ze współpracy z zagranicznymi koncernami, a rządzoną większością.

Mieszkańcy Hondurasu domagają się odejścia prezydenta (fot. PAP/EPA/Gustavo Amador)

Starcia w stolicy Hondurasu. Mieszkańcy domagają się odejścia prezydenta

Tysiące demonstrantów przeszło we wtorek ulicami stolicy Hondurasu – Tegucigalpy, domagając się ustąpienia prezydenta Juana Orlando Hernandeza. To...

zobacz więcej

Chaos powiększały próby przewrotów, m.in. pucz gen. Francisco Ferrery. Amerykanie w końcu mieli trochę spokoju, gdy do władzy – z ich poparciem – doszedł Tiburcio Carias Andino. Głęboko zatroskany o los ojczyzny Carias zagroził przewrotem, jeżeli jego poprzednik Vicente Mejia Colindres nie odda władzy.

Dyktatura w odpowiedzi na anarchię

Jesienią 1932 r. przeprowadzono wyjątkowo uczciwe wybory, które wygrał generał, ale liberałowie nie chcieli odpuścić, co doprowadziło do anarchii. Carias wprowadził dyktaturę, obwołał się generałem, dowódcą armii i ostro rozprawiał się z przeciwnikami politycznymi. Stłumienie rewolty umożliwiła mu broń dostarczona przez dyktatora Salwadoru Maximiliano Hernandeza Martineza. Był to jeden z niewielu aktów współpracy między tymi krajami, które już wkrótce stoczą ze sobą wojnę.

Konserwatysta Carias był przeciwny wszelkim zmianom społecznym i gospodarczym, co sprawiło, że kolonializm USA mógł się dalej rozwijać bez żadnych ograniczeń. Doprowadziło to do dalszej pauperyzacji społeczeństwa. Generał odszedł dopiero w 1949 r., pod wpływem protestów społecznych, ale zostawił kraj będący na skraju zapaści gospodarczej w rękach junty.

Kolejne rządy nie miały pomysłu na uzdrowienie sytuacji, skupiały się przede wszystkim na zwalczaniu politycznych oponentów. W 1954 r. Julio Lozano Diaz, reprezentant junty, przeprowadził pucz, zdobył władzę, ale musiał ją złożyć i uciekać z kraju, gdyż wojskowi stwierdzili, że jednak go nie potrzebują.

Jak to czasem bywa, pojawił się ideowy polityk, który naprawdę chciał uzdrowić kraj. Takim był Ramon Villeda Morales, zwycięzca wyborów prezydenckich w 1957 r. Przeprowadził m.in. niezbędną reformę rolną oraz zwiększył politykę interwencji państwa i kontrolę nad gospodarką.

Dla Stanów Zjednoczonych i junty było to rzucone wyzwanie. Regularnie dochodziło do prób obalenia prezydenta, ale udało się to dopiero w 1963 r. Władzę przejął Oswaldo Lopez Arellano, który cofnął reformę rolną i doprowadził Honduras na skraj zapaści gospodarczej.

Protesty antyrządowe w Hondurasie. Trzy osoby nie żyją

Trzy osoby zginęły a 20 zostało rannych w demonstracjach, które miały miejsce w stolicy Hondurasu Tegucigalpie – poinformowała w piątek AFP....

zobacz więcej

Napięcie rośnie

Naturalną konsekwencją takiego obrotu spraw były protesty chłopów, władza wysyłała zatem przeciwko nim wojsko. Napięcie społeczne rosło. Chłopi bezrolni protestowali, domagali się ziem, zajmowanych przez amerykańskie koncerny. Junta nie mogła sobie pozwolić na zatarg z Amerykanami, więc skierowała niechęć chłopów na imigrantów ekonomicznych z sąsiedniego Salwadoru.

W Hondurasie od dziesiątków lat żyli salwadorscy chłopi, musieli uciec z kraju – znacznie mniejszego od Hondurasu – w którym nie mieli szans na normalną egzystencję. U sąsiadów również jednak mogli jedynie liczyć na biedę, a teraz stali się dodatkowo kozłem ofiarnym.

Reżim Lopeza Arellano przeprowadził własną reformę rolną – nieużytki przekazano rolnikom, ale tylko tym, którzy urodzili się w Hondurasie. Salwadorczycy znów byli wykluczeni, wielu tysiącom odebrano ich skromne majątki. Dodatkowo propaganda obwiniała ich o kryzys gospodarczy, rosnące płace, a nawet to, że granica między Hondurasem i Salwadorem wciąż nie była uregulowana.

W 1969 r. władze w Tegucigalpie w porozumieniu z posiadaczami ziemskimi zrzeszonymi w Krajowej Federacji Rolników i Hodowców nakazały niechcianym już imigrantom opuszczenie kraju. Dochodziło do pogromów. Około 300 tys. Salwadorczyków zaczęło wracać do ojczyzny, wielu z nich – potomków mieszkających w Hondurasie od pokoleń – nigdy jej nawet nie widziało.

Reżim w San Salvadorze miał prawo obawiać się konsekwencji ekonomicznych i społecznych powrotu swoich obywateli. Przede wszystkim nie zamierzał przyznawać im ziemi – większość znajdowała się w rękach La Catorcy, grupy 14 rodów arystokratycznych. Władza obawiała się, że przyjezdni zażądają przeprowadzenia reformy rolnej albo jeszcze sami zaczną rozparcelowywać majątki wielkich posiadaczy ziemskich. Liczono się nawet z możliwością wybuchu wojny domowej, w której wracający z Hondurasu utworzyliby partyzantkę. Biorąc pod uwagę region świata i działania zawodowych rewolucjonistów jak Che Guevara, nie byłoby to zresztą nic nadzwyczajnego.

Podjęto najprostszą decyzję – zamknięto przed rodakami granice. Około 300 tys. niechcianych przez żadną ze stron osób znalazło się między młotem a kowadłem. Utknęli na granicy czekając na jakiś przełom, ten wkrótce nastąpił i był najgorszym rozwiązaniem ze wszystkich – wojna.
Starcia w Hondurasie trwają kolejny miesiąc (fot. PAP/EPA/Gustavo Amador)

Prorok reglamentuje internet. Alternatywna rzeczywistość Turkmenistanu

Prorok, piosenkarz, sportowiec, chirurg, ekspert od wojskowości, hodowli koni, leśnictwa, uprawy herbaty – gdyby Leonardo da Vinci żył w naszych...

zobacz więcej

Zdarzyło się, że piłkarskie reprezentacje obu krajów trafiły na siebie w eliminacjach do mistrzostw świata w Meksyku w 1970 r. Pierwszy mecz odbył się 8 czerwca 1969 r. w Tegucigalpie. Kibice Hondurasu zadbali o to, żeby uprzykrzyć drużynie przeciwnej życie. Wieczorem zebrali się wokół hotelu, w którym mieszkała reprezentacja prowadzona przez Gregoria Bundia i do godzin porannych zakłócali spokój rywali na wszelkie możliwe sposoby – głośno śpiewali, odpalali petardy, a nawet rzucali kamieniami w okna.

Salwadorczycy przyjechali na Estadio Nacional niewyspani. Byli osłabieni, ale mądrze się bronili i długo utrzymywał się korzystny dla nich rezultat bezbramkowy. Przegrali po bramce strzelonej przez Enrique Cardonę w doliczonym czasie gry.

Rewanż odbył się tydzień później w San Salvadorze. Role się odwróciły. Celem chuliganów stał się hotel, w którym mieszkała reprezentacja Hondurasu. W kierunku budynku leciały m.in. jajka, kamienie, a nawet martwe szczury. Drużyna pojechała na stadion wynajętym pojazdem opancerzonym. Tam podczas hymnu na maszt prowokacyjnie wciągnięto zamiast flagi Hondurasu jakąś brudną i podartą szmatę.

Honduras przegrał 0-3 po golach Elvera Acevedo, Juana Ramona Martineza i Mauricio Rodrigueza. – Jesteśmy strasznie szczęśliwi, że przegraliśmy ten mecz. W przeciwnym razie na pewno nie uszlibyśmy z życiem jako drużyna i kibice – stwierdził po spotkaniu selekcjoner gości Mario Griffin.

Z tarczą

Walki pod stadionem już trwały, zginęły dwie osoby. Do wyłonienia zwycięzcy dwumeczu trzeba było rozegrać trzecie spotkanie, na neutralnym terenie. Wybrano Meksyk. Przed meczem, który odbył się 14 lipca, prezydent Salwadoru Fidel Sanchez Hernandez spotkał się z piłkarzami na obiedzie i tłumaczył im, jak wiele zależy od wyniku tej rywalizacji. Wzywał, żeby zrobili wszystko, aby wrócili do kraju z tarczą.

Salwadorczycy wygrali 3-2, ale mecz nie miał już większego znaczenia. Wybuchła wojna, na której, co ciekawe, zależało rządom obu krajów. Salwador chciał dzięki szybkiemu zwycięstwu zmusić sąsiadów do korzystniejszego rozwiązania kwestii migrantów. Wojskowi w Hondurasie zamierzali się natomiast pozbyć niechcianych przybyszów i liczyli, że zwycięstwo poprawi notowania nielubianej junty w narodzie.

Jak doprowadzić kraj do ruiny. Socjalizm w wykonaniu Maduro

Mogło być eldorado, jest kryzys humanitarny, głód, wysokie bezrobocie, szalejąca hiperinflacja sięgająca milion procent i trwające kolejny rok...

zobacz więcej

Wojna futbolowa trwała zaledwie cztery dni, ale była bardzo krwawa – kosztowała życie ponad dwóch tysięcy osób. Na wstrzymaniu działań wojennych szczególnie zależało USA. Waszyngton obawiał się już nie tylko o interesy amerykańskich koncernów, ale przede wszystkim o to, że do konfliktu mogą dołączyć nikaraguańscy sandiniści i wybuchnie komunistyczna rewolta, która zapali cały region.

Porozumienie o zawieszeniu broni naturalnie nie przerwało napięcia i wzajemnej wrogości. Traktat pokojowy kończący wojnę futbolową podpisano dopiero 30 października 1980 r. Mimo znacznie słabszych osiągnięć militarnych, konsekwencje konfliktu były nieco mniej dotkliwe dla Hondurasu. Wyjazd około 130 tys. imigrantów poprawił notowania junty, ale tylko na moment. Oczywiście wojna nie mogła rozwiązać problemów społecznych w Hondurasie; wkrótce znów miały o sobie dać znać.

Nie można powiedzieć, że polityczni przeciwnicy nie potrafili się porozumieć. W 1971 r. Partia Liberalna i Partia Narodowa utworzyły rząd jedności narodowej, ale na scenę polityczną wrócił Arellano, który obalił „wspólnego” prezydenta Ramona Ernesto Cruza. Arellano wyciągnął wnioski, przeprowadził w miarę liberalną reformę rolną, postawił na rozwój gospodarczy, ale u władzy utrzymał się zaledwie trzy lata. Pogrążył go skandal korupcyjny, a obalił pucz, najpewniej inspirowany przez CIA.

Szwadrony śmierci

Władzę zdobył płk Juan Alberto Melgar Castro, ale szybko obalił go następny pułkownik – Policarpo Paz Garcia. Rządy junty oznaczały zastój gospodarczy i wzrost niezadowolenia społecznego. Ponownie wystąpili chłopi i ponownie władze wysłały przeciwko nim wojsko. Im większe problemy, tym bardziej junta dociskała śrubę. W latach 80. utworzono szwadrony śmierci, które miały powstrzymać komunistów, ale prześladowały opozycjonistów niezależnie od poglądów. Z ich rąk zginęły tysiące osób.

Honduras coraz bardziej angażował się w nowy konflikt graniczny – z Nikaraguą, dawał bowiem schronienie oddziałom contras zwalczającym sandinistów. Reakcją były rodzime partyzantki lewicowe. Kraj pogłębiał się w chaosie. Powstała nowa strona ogólnonarodowego konfliktu – gangi uliczne zwane maras. Ich szeregi zasilała cała przestępcza drobnica oraz m.in. byli partyzanci.

Maras zajęły się wszelką działalnością kryminalną – porwaniami, kradzieżami, prostytucją, przemytem narkotyków. Od początku wieku ich działalność to w zasadzie jedyny stały rozwój Hondurasie, niezależnie od tego, czy akurat rządziła Partia Liberalna, czy Partia Narodowa.

Chaos w Hondurasie trwa w zasadzie od uzyskania przez ten kraj niepodległości niemal 200 lat temu (fot. PAP/EPA/Gustavo Amador)

Karuzela zbrodni

Próby traktowania Kim Dzong Una po ojcowsku przez prezydenta USA Donalda Trumpa nie przyniosły żadnego rezultatu. Można odnieść wrażenie, że...

zobacz więcej

Wprawdzie sytuacja polityczna nieco się unormowała, ale junta stojąca jeszcze za wojną futbolową wciąż miała wpływ na wydarzenia w kraju. W 2006 r. prezydentem został Manuel Zelaya z Partii Liberalnej, który – zdaniem wojskowych – zbytnio zbliżył się do prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza i innych lewicowych przywódców. Gdy Amerykanie wstrzymali import melonów, był to sygnał do obalenia prezydenta.

Zelaya został uprowadzony 28 czerwca 2009 r. z Pałacu Prezydenckiego przez zamaskowanych wojskowych. Sam twierdził, że był wówczas w piżamie. Wywieziono go do Kostaryki.

W lipcu próbował wrócić. Poleciał z Waszyngtonu samolotem z przewodniczącym Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ale maszyna nie dostała pozwolenia na lądowanie w Tegucigalpie, zaś na płycie lotniska stały pojazdy wojskowe. Obalony prezydent poleciał do Nikaragui.

Chwalebny moment

Jeszcze pod koniec lipca udało mu się przekroczyć na moment granicę ojczyzny, ale musiał udać się na wygnanie. Dopiero w 2011 r. pozwolono mu na powrót do kraju. Wygłosił wówczas ważną mowę pojednawczą, w zasadzie był to jeden z niewielu prawdziwie chwalebnych momentów w historii Hondurasu.

W 2010 r. prezydentem został Porfirio Lobo Sosa z Partii Narodowej, po czterech latach bez większego żalu obywateli zastąpiony przez innego polityka tej partii, Juana Orlando Hernandeza, prawnika, plantatora kawy i przewodniczącego Kongresu Narodowego.

Orlando wygrał wybory jesienią 2013 r., pokonując Xiomarę Castro, żonę obalonego Zelai. Castro ogłosiła, że to ona jest zwyciężczynią i że doszło do fałszerstw, ale wybory były wyjątkowo przejrzyste, co potwierdziły m.in. Organizacja Państw Amerykańskich i Unia Europejska.

Hernandez zdobył silny mandat, który mógł wykorzystać do poprawy sytuacji współobywateli, ale wolał nie przeprowadzać niezbędnych reform; w efekcie w wyborach w 2018 r. już musiał sobie pomagać niedemokratycznymi metodami. Zagraniczni obserwatorzy ogłosili, że dochodziło do licznych fałszerstw. Rozpoczęły się masowe demonstracje, na które prezydent odpowiedział wprowadzeniem stanu nadzwyczajnego.

Przeciwko demonstrantom Hernandez, zasługujący już na miano dyktatora, wysłał wojsko. Zginęło około 30 osób, zaś ponad 800 zostało aresztowanych. Z raportu ONZ wynika, że wielu trafiło do obozów internowania, gdzie byli poddawani torturom.

Równolegle na światło dzienne zaczęły wychodzić skandale korupcyjne. Okazało się, że Partia Narodowa otrzymywała pieniądze od nieistniejących firm na fikcyjne usługi w czasie gdy siostra Hernandeza, Hilda, była jej skarbniczką.

Mugabe nie jest ginącym gatunkiem. Dyktatorzy trzymają się mocno

Upadek Roberta Mugabego w Zimbabwe nie musi być znakiem czasów oznaczającym kres dyktatur. Wydawało się, że cezurą będzie rozpad ZSRR, który...

zobacz więcej

Do tego doszły poważniejsze zarzuty. W 2017 r. amerykańska agencja antynarkotykowa DEA aresztowała brata prezydenta, Juana Antonio „Tony'ego” Hernandeza pod zarzutem przemytu kokainy przy pomocy honduraskiego personelu wojskowego. Działalność ta miała być prowadzona we współpracy z osławionym kartelem z Sinaloa należącym do Joaquina „El Chapo” Guzmana.

Ustalenia śledczych

W maju tego roku amerykańska prokuratura opublikowała część dokumentów, z których wynika, że prezydent Hondurasu i jego siostra Hilda, była minister w jego gabinecie, zostali objęci potężnym śledztwem ws. przemytu narkotyków i prania pieniędzy. Określono go mianem „współspiskowca” wraz z swoim bratem Juanem Antonio. Prezydent miał, jak ustalili amerykańscy śledczy, „wykorzystać handel narkotykami w celu utrzymania i wzmocnienia swojej władzy politycznej”. Wskazano, że jego kampanię wyborczą w 2013 r. zasiliło 1,5 mln dolarów pochodzących z handlu narkotykami.

Wkrótce w Nowym Jorku ma ruszyć proces „Tony'ego” Hernandeza. Prokuratura oskarża go m.in. przemyt narkotyków. W 44-stronicowym pozwie zarzuca się mu bycie „brutalnym szmuglerem odpowiedzialnym za przemyt wielu ton narkotyków” oraz wykorzystywanie koneksji politycznych (wiadomo za czyją sprawą), a także co najmniej dwukrotne „zaaranżowanie morderstw rywali”.

Mimo podejrzeń o korupcję czy udział w obrocie narkotykami we współpracy z kartelem, skompromitowany prezydent nie zamierza oddawać władzy. Do tego podejmuje decyzje polityczne, które wywołują dodatkowy opór mieszkańców.

Do demonstracji dołączyli ostatnio pracownicy służby zdrowia i oświaty, którzy oskarżają Hernandeza o dążenie do prywatyzacji tych sektorów. Słowo „prywatyzacja” oznacza zwykle to samo pod każdą szerokością geograficzną – znaczną redukcję zatrudnienia.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz to dalsze nasilenie protestów przeciwko Hernandezowi i zaostrzenie sytuacji w kraju. Scenariusz wenezuelski, czyli powstanie równoległego aparatu władzy po stronie opozycji, raczej nie wchodzi w rachubę. Partia Liberalna również jest skompromitowana. Jeden z jej liderów, zmarły w styczniu Jaime Rosenthal i jego rodzina także mieli parać się przemytem narkotyków.

Lider liberałów, 71-letni Mauricio Villeda, syn byłego prezydenta Ramona Villedy Moralesa, nie ma charyzmy ojca i nie ma co oczekiwać, żeby naród za nim poszedł. Niewielka jest też szansa, żeby Hernandez chciał przeczekać protesty. Owszem, umiejętność czekania jest jedną z najważniejszych w zawodzie polityka, ale przeczekać to mógł Emmanuel Macron protesty „żółtych kamizelek”, a nie polityk podejrzewany o udział w przemycie narkotyków.

W tym przypadku opór będzie się nasilał. Oznacza to dalsze pogrążanie się kraju w chaosie. Zresztą tu to nic nadzwyczajnego – Honduras tkwi w nim od niemal dwustu lat.

źródło:
Zobacz więcej