Wybory 2020

PKW: Andrzej Duda: 43,50, Rafał Trzaskowski: 30,46

Pałowanie w Moskwie, czyli FSB montuje CIAMajdan

Demonstracja na ulicach Moskwy (fot. REUTERS/Maxim Shemetov)

Prezydent Rosji najbardziej ze wszystkiego boi się „kolorowej rewolucji”. Więc siłowicy zrobią wszystko, by Putina przekonać, iż takie zagrożenie realnie istnieje. I że tylko oni mogą go obronić. W takim kontekście nieco inaczej musi wyglądać ocena wydarzeń, do których doszło 27 lipca na ulicach Moskwy. Po atakach OMON-u i Rosgwardii na pokojowych demonstrantów – atakach tak brutalnych, że wyglądających na prowokację – wiadomo, że sierpień będzie w Moskwie bardzo gorący.

Efekt Zełenskiego, intryga oligarchów, kontra Rosji [ANALIZA]

Tak zdecydowanego faworyta w historii wyborów na niepodległej Ukrainie jeszcze nie było. Założona przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego partia...

zobacz więcej

Jeśli po stronie opozycji miał ktoś jeszcze złudzenia co do intencji reżimu przed wrześniowymi wyborami lokalnymi, to już wie, że na Kremlu górą są aktualnie zwolennicy twardego kursu. Władza rozwiązuje problem polityczny przy użyciu pałki. To prowokuje ludzi do kolejnych protestów. Wtedy siłowicy mogą znów się wykazać. I tak w kółko. Chyba, że sytuacja wymknie się spod kontroli – i tylko na to liczyć może każdy marzący o końcu rządów Putina.

Wyborczy ból głowy

Pozycja wydatki w budżecie miasta stołecznego Moskwy to raptem jakieś 43 mld dolarów. Suma niemała do rozdysponowania przez wierne reżimowi merostwo z Siergiejem Sobjaninem na czele. Jest jedno ale. Wydatki mogą kontrolować deputowani Moskiewskiej Dumy Miejskiej – organu prawodawczego na szczeblu lokalnym. Miejsc w Dumie jest 45, zaś najbliższe wybory do niej już 8 września. Gdyby to było inne miasto czy inny region Rosji, jakoś by się załatwiło zwycięstwo rządzącej partii Jedna Rosja. Propaganda, aktywa administracyjne, zwykłe kupowanie głosów i wreszcie – gdyby była potrzeba – ordynarne fałszowanie wyników. Tyle że mamy do czynienia z Moskwą. A stolica wyróżnia się na tle reszty Rosji. Czym? Dużo mniejszym entuzjazmem do obecnej władzy. Nigdzie indziej Jedna Rosja nie ma tak niskiego poparcia (22 proc. według państwowego ośrodka WCIOM), nigdzie indziej nie ma tak dużego zwartego elektoratu, który można określić jako liberalny, prorynkowy, otwarty na Zachód. A przede wszystkim młody, średniozamożny, mający dość siermiężnego reżimu i Putina. Wielu z tych demonstrantów pałowanych w sobotę w zaułkach moskiewskich ulic nie pamięta Rosji bez Putina. Rządził już, gdy się rodzili lub dorastali. Niechęć do partii rządzącej jest w Moskwie tak duża, że wielu polityków Jednej Rosji postanowiło startować nie z listy partyjnej, ale jako kandydaci niezależni.

Ale nawet takie uniki najprawdopodobniej nie uchroniłyby przed porażką. A na to Kreml absolutnie pozwolić sobie nie może. Wystarczyła seria upokorzeń rok temu w wyborach za Uralem, gdy w kilku regionach wybory na gubernatora wygrali rywale wspartych osobiście przez Putina kandydatów Jednej Rosji. Moskiewskie wybory będą miały symboliczne znaczenie dla całego kraju. Będą ważne również dla Sobjanina, mera Moskwy, wymienianego wśród potencjalnych następców Putina. Ten zaufany współpracownik prezydenta po prostu nie może pozwolić sobie na nielojalną Dumę. Tymczasem notowania reżimu, od samego Putina poczynając, a na partii władzy kończąc, spadły do tak niskiego poziomu, że okazało się, iż opozycja może wygrać wybory w Moskwie. Jak temu zapobiec – bez fałszowania wyników? Po prostu nie dopuścić najgroźniejszych kandydatów opozycji do startu w wyborach. Moskiewska komisja wyborcza odrzuciła kandydatury 57 osób do udziału w wyborach, w tym czołowych polityków opozycji, przeważnie wskazując na nieprawidłowości w podpisach poparcia dla kandydatów. Nie zarejestrowano kandydatur m.in. byłych deputowanych Dumy Państwowej, Dmitrija i Giennadija Gudkowów, byłego szefa partii Jabłoko Siergieja Mitrochina i wielu innych. Opozycja oskarża władze o zmanipulowanie list z podpisami zebranymi przez jej przedstawicieli.

Komsomolec, Kursk, Łoszarik. Czarna seria rosyjskiej floty

Reformy i modernizacja w rosyjskiej armii chyba w najmniejszym stopniu dotknęły marynarkę wojenną. Rosja to klasyczne mocarstwo lądowe, które mimo...

zobacz więcej

Inwazja „kosmonautów”

Protesty zaczęły się 14 lipca. Najpierw, w ciągu tygodnia, mieszkańcy stolicy i niezależni kandydaci do miejskiego parlamentu wychodzili na pl. Trubny. Ale 20 lipca na Prospekcie Sacharowa zebrało się ponad 20 tys. ludzi. Tylu ludzi na ulice Moskwy nie wyszło od czasu potężnych protestów z zimy 2011/2012. Dużo więcej, niż przewidywał reżim, wydając zgodę niewielkiej Partii Libertariańskiej na organizację wiecu. W tej sytuacji nie można było już ignorować rosnącego gwałtownie w siłę ruchu. Pretekstu nie szukano długo. Na wiecu 20 lipca Aleksiej Nawalny, jeden z liderów opozycji, ogłosił, że jeśli w ciągu tygodnia komisje wyborcze nie zarejestrują wszystkich kandydatów, to w sobotę 27 lipca zostanie zorganizowany protest przed siedzibą władz miasta.

Po tej zapowiedzi doszło do rewizji w domach opozycjonistów i ich zatrzymań. Komitet Śledczy wszczął śledztwo ws. utrudniania pracy komisjom wyborczym (art. 141 Kodeksu karnego). Przeprowadzono szereg rewizji. Część opozycjonistów wezwano na przesłuchanie. Sam Nawalny został 24 lipca aresztowany na 30 dni za wzywanie do udziału w nielegalnej demonstracji. Druga fala zatrzymań nastąpiła 27 lipca rano. Do niezależnych kandydatów, których nie dopuszczono do wyborów, przyszła policja. Przeprowadzono rewizje. Mundurowi zjawili się też w siedzibie Fundacji Walki z Korupcją Nawalnego. Wielu znanych opozycjonistów nie zdołało nawet dotrzeć na demonstrację. Zatrzymano i wysłano do sądu m.in. Dmitrija Gudkowa, Ilję Jaszyna, Iwana Żdanowa, Julię Galiaminę i Ljubow Sobol. Wypuszczono ich wieczorem – rozprawy w sądzie przeniesiono na następny tydzień. Wypuszczeni pojechali natychmiast na wiec, gdzie znów ich zatrzymano.

To właśnie pod koniec dnia protestów policja i Rosgwardia były najbardziej brutalne. Zresztą już w sobotę rano Sobjanin dał jasno do zrozumienia, że demonstracje będą spacyfikowane. Centrum Moskwy przypominało strefę działań wojennych. Pojawiły się kordony mundurowych. Uczestnicy akcji planowali spotkać się przed budynkiem merostwa, ale struktury siłowe zablokowały dostęp i rozpoczęły wypieranie tłumu. Demonstranci ochrzcili ich mianem „kosmonautów” – ze względu na specyficzne wyposażenie Rosgwardii. Demonstrantów bito pałkami i szczuto psami. Jedna z cerkwi w centrum Moskwy zdecydowała się wpuścić do środka protestujących, choć rosyjska Cerkiew prawosławna zwykle nie popiera akcji opozycji. Co istotne, nietypowo brutalnie mundurowi potraktowali też dziennikarzy. Funkcjonariusze policji wytrącali im z rąk sprzęt. Siłowicy przyszli do studia niezależnej telewizji Dożd, która prowadziła bezpośrednią transmisję z wydarzeń w centrum Moskwy. Mundurowi wtargnęli też do studia kanału internetowego Nawalny Live, który też transmitował wydarzenia.

Ostrożnie z FaceApp. Co się stanie z zebranymi przez aplikację danymi?

Lider Partii Demokratycznej w Senacie USA Chuck Schumer zwrócił się do FBI i Federalnej Komisji Handlowej, żeby skontrolowano rosyjską aplikację...

zobacz więcej

Policja poinformowała, że w protestach brało udział 3500 ludzi, w tym „około 700 dziennikarzy i blogerów”. Organizatorzy mówili o liczbie od pięciu do 10 tysięcy. Policja zatrzymała blisko 1400 osób. Zatrzymanym zarzuca się naruszenie przepisów dotyczących udziału w proteście. Grożą im kary grzywny do 20 tys. rubli lub przymusowe prace społeczne do 40 godzin.

Intryga siłowików

Kluczową rolę w eskalacji konfliktu i przekształceniu lokalnego skandalu z wyborami moskiewskimi w ogólnokrajowy polityczny kryzys odegrały władze, w pierwszej kolejności siłowicy. Blokada kandydatów niezależnych ma być też sygnałem dla innych regionów. Zaś rozbicie demonstracji wzorem do naśladowania. Ze zwykłych wyborów miejskich władze stworzyły sobie problem na stopniu federalnym. Ale skoro jest problem, to trzeba go rozwiązać. Być może o to właśnie chodzi zwolennikom twardego kursu na Kremlu i siłowikom starającym się udowodnić Putinowi, że są mu niezbędni dla zachowania władzy. Reżim nie zmieni taktyki. Nie pozwoli oponentom spokojnie wiecować, a tym bardziej startować w wyborach. Stąd świadomie brutalna postawa policjantów i gwardzistów, jak też rekordowa liczba zatrzymanych. Nawet na Marszu Milionów (maj 2012), gdy demonstrowały dziesiątki tysięcy ludzi (według różnych wersji, od 30 do 100 tys.), było tylko 400 zatrzymań.

Polski szpieg w sercu Kremla? Miałby nim być urzędnik...z Uralu

Więcej w tej sprawie znaków zapytania niż potwierdzonych faktów. Nic dziwnego, pierwszy raz we współczesnej Rosji aresztowano wysokiego rangą...

zobacz więcej

Po wydarzeniach 27 lipca dla wielu Rosjan wiece staną się normą, ponieważ władza nie pozostawia im wyboru. A to tylko woda na młyn siłowików. Siłowicy nie chcą bowiem niczego tak bardzo, jak właśnie wyjścia ludzi na ulice i kolejnych demonstracji, które można rozpędzać – szepcząc Putinowi do ucha, że to... spisek Zachodu. Kilka tygodni temu w mediach rosyjskich zaczęto rozpowszechniać narrację o rzekomo przygotowywanej przez zachodnie służby specjalne prowokacji wobec kierownictwa rosyjskiego państwa. Za fejkowym atakiem w przestrzeni informacyjnej mają stać wywiady USA i Wielkiej Brytanii – a chodzić ma o osoby z najbliższego otoczenia Putina oraz z kierownictwa ministerstwa obrony.

Konsekwencją ujawnionych informacji ma być wprowadzenie kolejnych antyrosyjskich sankcji – z szykowanym w Kongresie USA „atomowym” pakietem na czele. W rzeczywistości może chodzić o jakiś kolejny przeciek w toczącej się „wojnie na haki” między FSB a GRU. Dlatego wśród potencjalnych celów rzekomej operacji zachodniej są ludzie z Kremla (frakcja cywilna w służbach, FSB) a także wojskowi z resortu obrony (GRU). Rozgrywając między sobą tę wojnę, siłowicy walczą o uznanie i poparcie Putina. Jeszcze z pół roku temu to wywiad wojskowy wydawał się na cenzurowanym, zaliczając wpadkę za wpadką (m.in. nieudany pucz w Czarnogórze i zamach na Skripalów). Ale ostatnio serię porażek poniosła FSB. Choćby upokorzenie z dziennikarzem Iwanem Gołunowem. Była też historia z 12 mld rubli znalezionymi podczas rewizji u pułkownika FSB Czerkalina i jego wspólników. Była też wpadka z funkcjonariuszami specnazu FSB Alfa, którzy wpadli na próbie ograbienia banku. FSB miała więc potrzebę jak najszybciej się zrehabilitować i pokazać Putinowi, że jest jego prawdziwą podporą. Dlatego siłowicy przekonują prezydenta, że grożą mu różne spiski i „kolorowe rewolucje”. Wszystko organizuje wrogi Zachód, a wykonawcami jest rosyjska opozycja.

Tlen „na oko” i niechlujny marynarz. Jak zatonęła chluba ZSRR

Pluton–239, cez–137, stront–90… Na dnie Morza Norweskiego od 30 lat spoczywa tykająca bomba – wrak K-278 Komsomolec, wyjątkowego okrętu podwodnego,...

zobacz więcej

Wydaje się, że właśnie z ostatnich wydarzeń w Moskwie FSB będzie chciała zrobić rzekomą próbę „Majdanu” sterowanego i opłacanego przez zachodnie służby działające pod szyldem organizacji pozarządowych. Dwa dni przed demonstracją 27 lipca prokuratura generalna uznała za niepożądaną na terytorium Rosji pozarządową organizację Atlantic Council. Jak można przeczytać w komunikacie prokuratury, „ustalono, że działalność danej organizacji przedstawia zagrożenie dla podstaw porządku konstytucyjnego i bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej”. Dwa dni po demonstracji sobotniej za niepożądaną Atlantic Council uznało też ministerstwo sprawiedliwości. Co dalej? Delegalizacja amerykańskiego think-tanku na terenie Rosji.

W sprawę wyborów w Moskwie już zaangażowała się FSB. Siłowicy chcą wykazać, że protesty są finansowane z zagranicy – najlepiej przez CIA. Wiadomo, że Służba Ochrony Porządku Konstytucyjnego i Walki z Terroryzmem FSB wspólnie z Komitetem Śledczym zajmują się tą sprawą. Motyw rzekomego finansowania protestów z zagranicy podsunęła... administracja prezydencka. Do sprawy włączono też 2. Służbę FSB, która odpowiada za walkę z terroryzmem, ekstremizmem i kontrolę organów władzy (powstała na bazie osławionego V Zarządu KGB zwalczającego dysydentów i „ideologiczne dywersje”).

To właśnie 2. Służba FSB odpowiadała za operacyjne działania w śledztwie dotyczącym protestów opozycji w Moskwie w maju 2012 r. Wówczas na pl. Bołotnym siły porządkowe niezwykle brutalnie spacyfikowały demonstrantów. Wielu z nich otrzymało potem surowe kary więzienia. Wszystko to świadczy o tym, że kwestia moskiewska może stać się na długo głównym punktem zapalnym w rosyjskiej polityce. Niektórzy obawiają się, że może być wręcz czymś w rodzaju sprawy leningradzkiej w stalinowski Związku Sowieckim, która stała się katalizatorem Wielkiego Terroru 1937.

Śnieżny Smok i rakiety pod lodem. Arktyczne ambicje Chin

Podczas niedawnej wizyty Xi Jinpinga w Rosji jednym z tematów rozmów była współpraca rosyjsko-chińska w Arktyce. Moskwa zaprasza Chińczyków w ten...

zobacz więcej

Putin coraz bardziej opiera się na siłowikach, a na pewno coraz więcej do powiedzenia w jego otoczeniu mają zwolennicy radykalnych działań – także wobec opozycji. Za tym wszystkim kryje się najważniejsza dla Putina kwestia polityczna, czyli organizacja transferu władzy w 2024 roku. Notowania prezydenta, premiera, rządu, partii rządzącej wciąż spadają, pieniądze mogą też się skończyć. Wydarzenia w Moskwie i rosnąca mobilizacja krytyków reżimu w stolicy to oczywiście jeszcze nie jest załamanie reżimu. To tylko przejaw postępującej jego erozji. Postępującej nieubłaganie, a nawet coraz szybciej.

Putin nie może być już pewien bezpiecznego transferu władzy w 2024 roku. W tej sytuacji pozostanie już tylko oprzeć władzę na nagiej sile. Ale w tym też kryje się zagrożenie dla Putina. Do tej pory jednym ze źródeł jego sukcesu było umiejętne lawirowanie między najpotężniejszymi koteriami kremlowskim i sprawowanie roli arbitra rozsądzającego spory między podwładnymi. Uzależnienie się od jednej tylko frakcji, czyli siłowików osłabi pozycję Putina. W skrajnej wersji może się on wręcz stać ich politycznym zakładnikiem. A biorąc ich pomysły na politykę (od bezpieczeństwa po gospodarkę), byłoby to skrajnie niebezpieczne. Nie tylko dla Rosji.

Zobacz więcej