Komsomolec, Kursk, Łoszarik. Czarna seria rosyjskiej floty

Rosja to klasyczne mocarstwo lądowe, które mimo podejmowanych wysiłków i wielkich ambicji, nigdy nie stanie się morską potęgą (fot. REUTERS/Yuri Maltsev)

Reformy i modernizacja w rosyjskiej armii chyba w najmniejszym stopniu dotknęły marynarkę wojenną. Rosja to klasyczne mocarstwo lądowe, które mimo podejmowanych wysiłków i wielkich ambicji, nigdy nie stanie się morską potęgą. Powtarzające się awarie i katastrofy tylko to potwierdzają. Zwłaszcza, że chodzi o elitę, czyli flotę podwodną.

Katastrofa podwodnego wywiadu Rosji. Testowali „broń Sądu Ostatecznego”?

Ściśle tajna katastrofa – to określenie najlepiej pasuje do dramatu, jaki rozegrał się 1 lipca wieczorem na pokładzie Łoszarika. Nic w tym dziwnego...

zobacz więcej

- Za flotę rosyjską! Do dna! - podobno taki toast popularny był wśród Polaków w rosyjskim zaborze po klęsce carskich okrętów w starciu z Japończykami (bitwa pod Cuszimą, maj 1905). Kolejna próba budowania morskiej potęgi zakończyła się fiaskiem. Kilka dekad później ogromne ambicje miał Związek Sowiecki. Nigdy jednak nie zdołał dorównać na morzu potędze militarnej Stanów Zjednoczonych. A gdy upadł, rosyjska flota pogrążyła się w ogromnym kryzysie. Chyba żadnego innego rodzaju sił zbrojnych cięcia budżetowe i redukcja potencjału nie dotknęły tak bardzo, jak Wojenno-Morskiej Floty Federacji Rosyjskiej.

Za rządów Władimira Putina zaczęło się to zmieniać, choć katastrofa okrętu podwodnego Kursk na samym początku panowania obecnego prezydenta okazała się złym znakiem. Pożar na pokładzie supertajnego podwodnego Łoszarika i śmierć 14 oficerów z elity floty potwierdzają, że mimo inwestycji i poleceń Kremla, sytuacja w rosyjskiej flocie nie wygląda dobrze. I to nie chodzi już nawet o traktowaną bardziej po macoszemu część nawodną (symbolem jest jedyny lotniskowiec Admirał Kuzniecow, który był obiektem żartów i memów na Zachodzie, gdy płynął do Syrii z długim i grubym warkoczem czarnego dymu wyglądającym niemal jak pożar na pokładzie).

Niepokój Kremla musi budzić też sytuacja w podwodnej części floty, w którą inwestuje się najwięcej i która jest najbardziej intensywnie rozbudowywana – do służby wchodzą kolejne atomowe okręty, a Putin straszy bezzałogowymi aparatami podwodnymi zdolnymi zakraść się do brzegu USA i zdetonować ogromne ładunki jądrowe. Awaria na Łoszariku przypomniała jednak, jaki jest faktyczny stan floty. Czemu nie można się zresztą dziwić, jeśli przypomnieć awarie i katastrofy nawet w czasach sowieckiej potęgi.

Tlen „na oko” i niechlujny marynarz. Jak zatonęła chluba ZSRR

Pluton–239, cez–137, stront–90… Na dnie Morza Norweskiego od 30 lat spoczywa tykająca bomba – wrak K-278 Komsomolec, wyjątkowego okrętu podwodnego,...

zobacz więcej

Od „Hiroszimy” do Komsomolca

K-19 był pierwszym sowieckim okrętem podwodnym z napędem atomowym uzbrojonym w pociski balistyczne. Był też jednym z najbardziej pechowych w światowej historii floty wojennej – nie przypadkiem wśród sowieckich marynarzy zyskał nieoficjalną nazwę „Hiroszima”. Do pierwszej poważnej awarii doszło, zanim minęły dwa lata od zwodowania. W 1961 roku doszło do awarii reaktora - zginęło osiem osób. To był dopiero początek serii mniejszych i większych awarii w K-19. Najpoważniejsza miała miejsce w 1972 roku. W pożarze zginęło 30 osób, w tym dwóch ratowników.

Pięć lat wcześniej jeszcze bardziej tragiczny w skutkach pożar wybuchł na pokładzie atomowego okrętu podwodnego K-3 Leninowski Komsomoł na Morzu Norweskim. Zginęło 39 osób. Rok później wyciek radioaktywny zabił 9 osób na doświadczalnym atomowym okręcie podwodnym K-27. W 1968 roku – podczas swego trzeciego patrolu – na północny zachód od Hawajów zatonął K-129. Kilka lat później CIA zorganizowała tajną operację, w wyniku której Amerykanie wydobyli dziobową część okrętu.

W kwietniu 1970 roku doszło do poważnego wypadku na pokładzie okrętu K-8. Po tym, jak w dwóch przedziałach wybuchł pożar, załoga musiała zatrzymać reaktory atomowe, a dowódca wydał rozkaz opuszczenia jednostki. Jednak dowództwo floty cofnęło ten rozkaz i nakazało załodze powrót na okręt, który miał być odholowany do bazy. Jednak po drodze, w Zatoce Biskajskiej, K-8 zatonął. Zginęła cała 52-osobowa załoga. Na dno morskie poszły też torpedy z głowicami jądrowymi. Tragicznie zakończyła się też misja K-56 na Pacyfiku. W 1973 roku okręt zderzył się z jednostką wywiadu radioelektronicznego – zginęło 27 osób. Siedem lat później z kolei zginęło 14 osób, gdy wybuchł pożar na pokładzie K-122, płynącego w pobliżu Okinawy.

W kwietniu 1989 roku na Morzu Norweskim w wyniku pożaru zatonął atomowy okręt podwodny K-278 Komsomolec. Zginęło 42 z 69 marynarzy. Komsomolec był nazywany w sowieckiej flocie „złotą rybką” z racji potwornych kosztów jej budowy. Miał też – do dziś aktualny – rekord świata w zanurzeniu okrętu bojowego: 1027 m. Producenci okrętu obwiniali załogę za popełnione błędy i nieprzygotowanie, marynarze z kolei mówili o istotnych konstrukcyjnych wadach. I jedni, i drudzy mieli rację. Komsomolec zaś do dziś spoczywa na dnie Morza Norweskiego – wraz z reaktorem jądrowym i dwiema bojowymi głowicami atomowymi. Niedawno norweska ekspedycja badająca wrak stwierdziła wyciek radioaktywny.

Rosjanie wspominają katastrofę „Kurska”. Mija 15. rocznica zatonięcia okrętu

W Rosji odbywają się uroczystości w 15. rocznicę zatonięcia okrętu podwodnego Kursk. Rodziny ofiar tragedii biorą udział w uroczystościach w...

zobacz więcej

Od Kurska do Łoszarika

Do najbardziej tragicznej katastrofy w historii sowieckiej i rosyjskiej floty podwodnej doszło jednak już w czasach, gdy Kreml postanowił odbudowywać potencjał sił zbrojnych, także morskich. 12 sierpnia 2000 roku zatonął atomowy okręt podwodny Kursk. Na dnie Morza Barentsa spoczęła cała, 118-osobowa załoga. Według oficjalnych ustaleń śledztwa eksplodowała jedna z torped. Jednak nawet nie to było najbardziej kompromitujące rosyjskie państwo.

Otóż po katastrofie – w spoczywającym na dnie morskim uszkodzonym okręcie wciąż żyło jeszcze 23 marynarzy. Choć operacja ratunkowa ruszyła 13 sierpnia, dopiero po sześciu dniach Rosja zgodziła się przyjąć pomoc zagraniczną. Już po dwóch dniach norwescy ratownicy dostali się do środka Kurska – było jednak za późno. Nikt już nie żył, pokład był zatopiony. Gdyby pomoc przyjęto natychmiast, można było uratować ludzi. Nie wiadomo, dlaczego Moskwa się na to nie zgodziła, być może miała coś do ukrycia. Już w 2002 rok prokuratura wojskowa zamknęła śledztwo, uznając, że nie było możliwości ocalenia załogi.

Sierpień okazał się pechowy także dla innego atomowego okrętu podwodnego Rosji, jeszcze podczas pierwszej kadencji prezydenckiej Władimira Putina. 30 sierpnia 2003 roku, podczas holowania do stoczni remontowej Polarnyj, gdzie miano zdemontować jego reaktory atomowe, przewrócił się i zatonął K-159 (jednostkę wycofano ze służby czynnej jeszcze w 1989 r.). Na Morzu Barentsa szalał właśnie sztorm. Spośród 10 marynarzy na pokładzie przeżył tylko jeden. W 2005 roku, znów w sierpniu, brytyjska Royal Navy z pomocą USA i Japonii pomogła uratować siedmiu rosyjskich marynarzy z okrętu podwodnego niedaleko brzegów Kamczatki. Okręt zaplątał się na trzy dni w sieci rybackie i kable – zaczęło na pokładzie brakować tlenu. 7 września 2006 roku na Morzu Barentsa pożar wybuchł na pokładzie atomowego okrętu podwodnego Daniłł Moskowskij. Płomienie pojawiły się w maszynowni, zginęło dwóch marynarzy.

Do najtragiczniejszej katastrofy od czasów zatonięcia Kurska doszło 8 listopada 2008 roku na Morzu Japońskim. Dopiero co zwodowany okręt atomowy K-152 Nerpa wykonywał rejs testowy. W związku z tym na pokładzie było aż 208 ludzi, w większości pracowników stoczni, w której okręt zbudowano. Doszło do przypadkowego uruchomienia pokładowego systemu przeciwpożarowego – w wyniku zatrucia freonem zmarło 20 osób, w większości cywilnych specjalistów. Ponad 20 osób odniosło obrażenia. Okręt wrócił do bazy, a po krótkim okresie służby we Flocie Pacyfiku, został w 2011 roku wydzierżawiony Indiom na 10 lat – pływa pod nazwą INS Chakra. W tym samym roku, 29 grudnia, co najmniej siedem osób zostało rannych, gdy pożar wybuchł na pokładzie okrętu atomowego Jekaterynburg podczas prac w stoczni na północ od Murmańska. Płomienie sięgające 10 metrów ugaszono dopiero po dziewięciu godzinach.

Rosyjska Flota Północna może się nie podnieść. „Zdolności bojowe zagrożone”

Niewłaściwe zatopienie doku pływającego PD-50, w którym remontowany był jedyny rosyjski lotniskowiec Admirał Kuzniecow, zagraża zdolnościom bojowym...

zobacz więcej

Inwestycje w armię, modernizacja sprzętu, produkcja nowego z roku na rok poprawiały też kondycję Wojenno-Morskiej Floty Rosji. Jednak nie na tyle, by wyeliminować poważne awarie i pożary na jednostkach podwodnych. I wydaje się, że głównym tego powodem jest czynnik ludzki – niedbalstwo i wciąż typowo sowiecki system zarządzania.

16 września 2013 roku pożar wybuchł na stojącym w stoczni niedaleko Władywostoku okręcie atomowym Tomsk. Rannych zostało 15 marynarzy. 7 kwietnia 2015 roku w ogniu stanął okręt atomowy Orzeł. Jednostka stała w suchym doku w stoczni w Siewierodwińsku. 29 kwietnia 2016 roku, podczas demontażu na Dalekim Wschodzie, stanął w ogniu pochodzący czasów sowieckich atomowy okręt Krasnojarsk. Problemy dotykają zresztą nie tylko flotę podwodną.

Zatonięcie potężnego doku pływającego w październiku 2018 roku storpedowało plany naprawy wielu okrętów bojowych, w tym jedynego lotniskowca Admirał Kuzniecow. Tymczasem polityczne kierownictwo ma od Floty Północnej coraz większe oczekiwania. 28 lipca ma się odbyć doroczna wielka defilada morska. Okręty Floty Północnej muszą też wykazać się obecnością podczas ćwiczeń NATO na Morzu Norweskim.

Jednostki Floty muszą też zaopatrywać wiele nowych baz rosyjskich wzdłuż Północnej Drogi Morskiej, której rozwój niedawno Putin uczynił jednym ze strategicznych projektów Rosji. A niektóre jednostki mają zadania polityczne, bo tak należy traktować daleki rejs fregaty Admirał Gorszkow na wody Morza Karaibskiego czy Oceanu Indyjskiego. I w takiej oto sytuacji, gdy ambicją Kremla jest widok rosyjskiej bandery we wszystkich istotnych zakątkach globu, wybucha pożar na supertajnym, superdrogim Łoszariku. Awaria na stosunkowo nowym okręcie podwodnym (prace nad AS-31 ruszyły pod koniec lat 80. XX w., ale okręt ostatecznie gotowy był dopiero w 2003 roku) pokazuje skalę problemów logistycznych i utrzymania w rosyjskiej flocie. Kolejna katastrofa to tylko kwestia czasu.

źródło:
Zobacz więcej