Dobra von der Leyen i zły Timmermans

Kadencja Ursuli von der Leyen jest na razie zagadką (fot. Elyxandro Cegarra/NurPhoto via Getty Images)

Po wygranych przez siebie wyborach prezydenckich Andrzej Duda zaapelował do rządzących wówczas Polską, by do końca kadencji Sejmu wstrzymali się od dokonywania radykalniejszych zmian w polskim prawie. Wygrana Dudy wskazywała, że w polityce możliwe jest jakieś przesilenie, nowo wybrany prezydent obawiał się więc, że również czująca ten wiatr historii Platforma może próbować zainstalować w polskim porządku prawnym miny broniące starego porządku. Sytuacja ta trochę przypomina ruchy, jakie w ostatnich chwilach swojego działania podejmuje kończąca kadencję Komisja Europejska.

„DGP”: Von der Leyen tuż przed głosowaniem dzwoniła do Morawieckiego

Na chwilę przed samym głosowaniem nad wyborem szefa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen dzwoniła do premiera Mateusza Morawieckiego....

zobacz więcej

Ewa Kopacz i jej partyjni koledzy zareagowali po swojemu – próbą zawłaszczenia Trybunału Konstytucyjnego. Gdyby ówczesny Sejm, a raczej sejmowa większość, nie połasił się na obsadę również tych foteli sędziowskich, które się ich kadencji nie należały, kolejne cztery lata wyglądałyby w Polsce zapewne trochę inaczej.

Tymczasem oprócz sędziów, których kadencja kończyła się jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, wybrano również zastępców ich kolegów, którzy swoje funkcje pełnili do grudnia. Jak wiemy, PiS potraktował to bezprawne działanie jako prezent i wykorzystał maksymalnie, odwracając sytuację i nie uznając całej piątki wskazanej przez odchodzących posłów. Resztę historii wszyscy znamy, choć już jej ocena zależy oczywiście od sympatii politycznych i odczytywania przepisów. Jednak nie o tym jest ten tekst.

Sytuacja opisana powyżej trochę przypomina działania, jakie w ostatnich chwilach swojego działania podejmuje kończąca kadencję Komisja Europejska. Już wydawało się, że ekipa powinna się pakować i zostawić swoje obowiązki następcom, zainteresowanie Polską okazało się jednak silniejsze. I choć od środy znamy już nową szefową KE, odchodzący skład postanowił przejść do drugiego etapu postępowania o naruszenie prawa unijnego w sprawie nowego trybu postępowania dyscyplinarnego dla sędziów. Być może potrzeba działania wzięła się z obawy, że Ursula von der Leyen, przy której wyborze głosy EKR okazały się być języczkiem u wagi, wbrew rozłożeniu akcentów w jej wystąpieniach trochę Polsce odpuści i to nawet z Timmermansem jako zastępcą.

Najgorzej jest mieć własne zdanie

Takie nadzieje formułowali w licznych wypowiedziach telewizyjnych i radiowych politycy Prawa i Sprawiedliwości, obeznani w unijnych układankach, niuansach i konwenansach. Na Nowogrodzką wpadali ponoć nawet ważni goście z Niemiec, zdający sobie sprawę, że bez głosów EKR, za to z obrażonymi o Timmermansa liberałami i socjalistami, von der Leyen sobie nie poradzi. PiS zaś nie miał potrzeby dawać tego poparcia za darmo, zwłaszcza wzmocniony zablokowaniem przez Grupę Wyszehradzką kandydatury Fransa Timmermansa na szefa komisji. Niestety, kolejny raz okazało się, że we wspólnej i lubiącej opowieści o równości, demokracji i wartościach Europie najgorzej jest mieć własne zdanie.

PiS zapłacił więc za siebie i za kolegów już przy wyborze wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, którym nie został wybrany prof. Zdzisław Krasnodębski, za to Polskę reprezentować będzie na tym stanowisku Ewa Kopacz, czym na pewno nie raz jeszcze dostarczy nam wiele radości. Przyda się to zapewne przede wszystkim jej partyjnym kolegom już po wyborach krajowych, na razie trzymajmy się jednak tematyki brukselskiej i strasburskiej zarazem.

Wójcik: Nie lecieć od razu do TSUE ze skargą, tylko dialog

– Bardzo cieszy mnie ten wywiad i w kwestiach praworządności, i migrantów. Bardzo ważne słowa – powiedział w programie „Kwadrans polityczny” Michał...

zobacz więcej

Po Krasnodębskim przykrość spotkała Beatę Szydło, której dwukrotnie nie wybrano na przewodniczącą komisji PE do spraw zatrudnienia. Głosowanie tajne każe nam się domyślać, kto najbardziej nie lubi pani premier wraz z jej pół milionem wyborców i zestawem wartości, choć wiemy już, że na liście tej znajduje się namawiający europosłów do podjęcia negatywnej decyzji Robert Biedroń. Biedroń, który będąc dziś na etapie blokowania na Twitterze nawet zbyt dla niego męczących kolegów z własnej partii, chciał zapewne zdobyć punkty u polityków Platformy, z którymi zdawał się łączyć ostatnio swoją przyszłość. Jak się na razie okazuje, jednostronnie.

Co do znanych nam już liberałów i socjalistów trudno mieć złudzenia, pojawia się jednak pytanie, co z chadekami. PiS, jak już wiemy, swojej części umowy dotrzymał, do premiera natomiast dzwonić musiała z przeprosinami sama Angela Merkel. Co oczywiście można uznać za dowód na to, że nasza pozycja wzrosła (do Donalda Tuska kanclerz raczej nie dzwoniłaby), stanowisko musieliśmy oddać jednak Słowaczce, dobrze, że przynajmniej z tej samej frakcji. Wszystko zaś w imię wspomnianych już wartości, które jakoby kraj nasz łamie, a które obejmują pałowanie Francuzów, prześladowanie Katalończyków i cały katalog dziwnych rzeczy, które przytrafiają się tym spośród naszych elit, które w obu siedzibach europarlamentu mają swoich przyjaciół.

Przy okazji wyboru przewodniczącej komisji mieliśmy do czynienia z jeszcze jednym kuriozum, oto bowiem przeciwko kandydaturze niewystawionej ostatecznie Elżbiety Rafalskiej protestowała też jedna z europejskich federacji związkowych, uznając najwyraźniej, że z najbardziej propracowniczym rządem w historii Polski jest jej mniej po drodze, niż z tymi, którzy wcześniej miliony polskich pracowników skazali na nędzę, bezrobocie i emigrację. „Solidarność”, która federację tę współtworzy, ma dużo do zrobienia w dziedzinie edukowania swoich partnerów.

Kadencja Ursuli von der Leyen?

Kadencja Ursuli von der Leyen jest na razie zagadką. Niemce zdarzały się w swoim czasie bardzo ostre wypowiedzi o Polsce, z drugiej strony współpracę z nią na płaszczyźnie ministerialnej (von der Leyen pełniła funkcję ministra obrony) chwalił sobie Antoni Macierewicz, zaś politycy Prawa i Sprawiedliwości niemal od początku traktowali jej kandydaturę jako akceptowalną. Dziś dostajemy sprzeczne sygnały. Być może czeka nas kontynuacja dotychczasowej polityki, zwłaszcza z okresu przedwyborczego, z bardziej ugodowym Junckerem i agresywniejszym Timmermansem.

Von der Leyen: trzeba słuchać argumentów, także ze strony Polski

Nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen opowiedziała się za wsłuchiwaniem się w argumenty m.in. Polski w kwestii unijnej...

zobacz więcej

Czy bowiem nowa przewodnicząca będzie chciała i będzie w stanie powstrzymać swojego zastępcę, który – co widać choćby po ostatnich ruchach – jest bardzo zdeterminowany, by nie dopuścić do zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jej pierwsze wypowiedzi, zwłaszcza na temat polityki imigracyjnej, pozwalają na pewien umiarkowany optymizm. Wydaje się jednak, że medialne klisze, niemające związku z rzeczywistością i sankcjonujące brak równości państw starej i nowej Unii, wciąż mają bardzo wielu zwolenników wśród rozgrywających w PE, czego najlepszym przykładem jest wspomniany los premier Szydło i prof. Krasnodębskiego. Przy czym, co też trzeba zauważyć, mogło być o wiele gorzej, co pokazuje sposób, w jaki unijne elity obeszły się z frakcją Salviniego.

Przedstawiciele opozycji nie ukrywają satysfakcji, jak na razie potwierdza się bowiem, że przez unijną większość politycy PiS są, choć niekonsekwentnie, odsuwani od ważniejszych stanowisk. Polityczna zapiekłość nie pozwala im jednak spojrzeć dalej – taka polityka to wyrzucanie poza margines nie tyle polityków, co również stojących za nimi wyborców. Oczywiście, można w ten sposób pocieszać się po przegranych wyborach, zwłaszcza w obliczu rozpadu zjednoczonej opozycji i dość marnych szans na odsunięcie PiS od władzy w Polsce. W ten sposób jednak między elitami z Brukseli a wyborcami (jak pokazuje przykład Włoch, nie tylko z Europy Wschodniej) tworzy się mur. Mur zaś nigdy nie będzie symbolem jedności czy integracji. I do tej kwestii von der Leyen podchodzi rozsądniej od kolegów, czy to jednak wystarczy, trudno dziś orzec.

W tej kadencji pożegnaliśmy się z mechanizmem „Spitzenkandidatów”. Jeśli zachodzące w Europie i widoczne już po wynikach ostatnich wyborów tendencje będą się utrzymywać, nie będzie to ostatnie pożegnanie z modelem działania, jakie na zawsze miały cementować trójpartyjny, europejski „koncert mocarstw”. Arogancja unijnych elit, jaką po raz kolejny obserwujemy przy obsadzie stanowisk, jest dla nich samych najgorszym prognostykiem. Eurokratom brak pokory i refleksji, sami siebie skazują więc na los podobny do tego, jaki w Polsce spotyka elity okrągłostołowe. A że dzieje się to ze szkodą dla całej Unii? Trudno. Trzeba pochylić się nad spokojem ducha polskich sędziów.

źródło:
Zobacz więcej