To już nawet nie kiełbasa wyborcza, to bezczelność referendalna

Grzegorz Schetyna (fot. PAP/Rafał Guz)

Nad wieloma punktami propozycji Platformy Obywatelskiej można się znęcać, zarzucając im niekonkretność lub niewiarygodność z racji niewykorzystania na ich realizację wcześniejszych ośmiu lat rządów. Jednak tym razem chciałbym skupić się na jednym pomyśle, który wydaje mi się już nie tyle wyborczą kiełbasą, co zwyczajną bezczelnością. To postulat, by referenda, których wnioskodawcy zgromadzą milion podpisów, były dla władz obligatoryjne. Postulat jak najbardziej słuszny. Problem jednak w tym, że dotąd ani referenda do Platformy, ani Platforma do referendów szczęścia nie miała.

Grzegorz Schetyna: Chcemy rozmawiać ze wszystkimi

Grzegorz Schetyna powiedział, że Polacy – mimo istniejących podziałów – powinni ze sobą rozmawiać. Na Forum Programowym Koalicji Obywatelskiej w...

zobacz więcej

Jak wiemy, dla polityków obozu rządzącego Polską do 2015 r. i ich późniejszych sojuszników, kluczową wartością i zarazem symbolem wszystkiego, co wymaga obrony, jest konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej. Nie wchodząc tu jednak w ocenę konstytucji, która i tak wcześniej czy później będzie musiała doczekać się zmiany, sam sposób jej uchwalenia można uznać za symbol antydemokratycznego zawłaszczania państwa przez elity III RP spod znaku SLD i Unii Wolności. Gdy bowiem trwały prace nad ustawą zasadniczą, swój własny projekt przedstawiła również Solidarność, z racji swojej historycznej roli w nie tak dawnym przecież obaleniu komunizmu. Obaleniu tak skutecznym, że ostatecznie najważniejszy dokument w państwie pisali i promowali byli towarzysze z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele, projekt związkowy zaś pozostał projektem właśnie – i to projektem całkowicie zignorowanym.

Przypominam o tym przy tej okazji, ponieważ przed przyjęciem obowiązującej obecnie konstytucji w referendum, Solidarność walczyła o to, by przygotowany przez nią dokument również został podany społecznej ocenie w głosowaniu. Politycy jednak nie wyrazili na to zgody, głosowanie objęło jedynie projekt firmowany przez Kwaśniewskiego.

Frekwencja wyniosła raptem 42,8 proc., a więc mniej niż potrzeba, by za ważne uznać głosowanie choćby w sprawie odwołania przedstawicieli władz lokalnych, z czego na „tak” głosowało 54 proc. obywateli. Zważywszy na fakt, że wcześniej pod projektem „S” podpisało się dwa miliony obywateli, w przypadku konfrontacji losy obecnej ustawy zasadniczej wcale nie były pewne. Wybrano więc dezercję, a przy tym po raz pierwszy chyba pokazano, jak elita, w skład której wchodziły środowiska dziś współtworzące antypisowski blok „demokratyczny”, traktuje wyrażone podpisami zdanie obywateli.

Kiedy program Platformy? Schetyna: Później, po wyborach

Będziemy się różnić, ale na te wszystkie rzeczy i pokazywanie oraz podkreślanie swojego programu przyjdzie czas później, po wyborach, a nie teraz –...

zobacz więcej

Historia ta powtarzała się wiele razy już w trakcie rządów Platformy i PSL, chociażby wtedy, gdy zebrano potężną liczbę podpisów pod wnioskami o referenda w sprawie reformy emerytalnej czy wieku szkolnego. Władza wiedziała wtedy lepiej i żaden obowiązek uznania pracy i determinacji potrzebnej do zebrania miliona podpisów nie był wówczas do niczego potrzebny. Tak, jak ignorowano potężne demonstracje w obronie Telewizji Trwam, o wiele większe niż późniejsze, przez media przedstawiane jako rekordowe, protesty przeciw reformie sądownictwa i inne imprezy KOD. Cóż, tamtych marszów nie dostrzegały wiodące stacje telewizyjne i media, nie musiał więc ich widzieć również rząd Donalda Tuska. Lecz przecież ta historia arogancji nie zaczęła się z objęciem władzy.

W 2004 r. Platforma, wówczas jeszcze będąca w opozycji wobec SLD, kreująca się na partię konserwatywną i potrafiąca w wielu sprawach współpracować z bliskim sobie wówczas, przynajmniej oficjalnie, ideowo PiS (tak, były takie czasy) przeprowadziła potężną akcję na rzecz zmiany ustrojowej. Pod hasłem „Powiedz 4xTAK dla Polski” działacze PO zebrali kilkaset tysięcy podpisów pod postulatami zmniejszenia liczby posłów o połowę, likwidacji Senatu, zniesienie immunitetu parlamentarnego i wprowadzenia JOW-ów.

Po latach okazało się, dzięki filmowi Tomasza Sekielskiego zresztą, że dostarczone do sejmu w kartonach listy poparcia zostały zmielone. Choć Platforma rządziła Polską w latach 2007–15, nie wprowadziła w życie żadnego z ówczesnych pomysłów, zaś w maju 2015 r. Andrzej Olechowski powiedział w TVN, że cała akcja to „głównie ćwiczenia skierowane do aktywistów partyjnych, żeby nie kisili się w domach, tylko wyszli na miasto i coś robili”. Jedynym, choć chyba nieprzewidzianym skutkiem tych manewrów, była polityczna mobilizacja środowisk, które dały początek ruchowi Pawła Kukiza.

Grzegorz Schetyna nakreśli kierunki programu Koalicji Obywatelskiej

Dziś, w drugim dniu Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej pod hasłem „Uzdrowić Polskę”, lider PO Grzegorz Schetyna ma nakreślić kierunki...

zobacz więcej

Sukces tego ostatniego w wyborach prezydenckich stał się powodem ogłoszenia przez Bronisława Komorowskiego niesławnego referendum w sprawie JOW, w którym udział wzięło… 7 proc. uprawnionych. Tą największą porażką w historii tego typu głosowań w Polsce Komorowski symbolicznie zamknął swoją prezydenturę. Wcześniej jednak, o czym również warto przypomnieć, prowadził wraz ze swoim otoczeniem pracę nad… podniesieniem progu ważności referendów odwoławczych, dotyczących władz miast w ramach ustawy samorządowej. Zmiana ta, w sytuacji, gdy nawet w ramach obowiązującego prawa próg ważności osiągało niewiele ponad 10 proc. referendów lokalnych, czyniła by ten instrument całkowicie iluzorycznym.

Tak właśnie wygląda podejście Koalicji Europejskiej do referendów w praktyce, dlatego dzisiejszą obietnicę obligatoryjności przeprowadzenia głosowania projektu popartego milionem podpisów trzeba uznać za równie realną, co polityczne hasła z czasów kampanii „4 x TAK”.

źródło:
Zobacz więcej