Szalony czarodziej z Belgii. „Piekielny tydzień” i czekoladki Heynena

Vital Heynen pozwolił polskim siatkarzom uwierzyć, że są najlepsi na świecie (fot. PAP)

Różnie o nim mówią – że wariat, że porywczy, że nieobliczalny... Sam przyznaje, że ma wiele twarzy, ale nade wszystko kocha wygrywać. I robi to. Vital Heynen szybko podbił serca i siatkarzy, i kibiców.

„Gdybym usłyszał od kogoś, że jestem normalny, poczułbym się obrażony” – rzucił kiedyś w swoim stylu.

Właściwie niczego nie robi standardowo. Zgłosił się do konkursu na selekcjonera reprezentacji Polski, choć Jacek Kasprzyk, prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej, wielokrotnie powtarzał, że „nadszedł czas na opcję krajową”. W pokonanym polu zostawił siedmiu Polaków, imponując wiedzą, przygotowaniem i wizją gry kadry. Działaczy ujął też... prezentem. – Na ostatnie spotkanie przyniosłem medale z czekolady. Dałem je wszystkim, z wyjątkiem prezesa. Jemu przywiozę prawdziwy, z Tokio – opowiadał Belg podczas pierwszej konferencji prasowej.

Wcześniej, jeszcze gdy pracował w Niemczech, zafundował swoim podopiecznym „piekielny tydzień”. Natchniony lekturą książki jednego z psychologów, postanowił pomóc graczom „odnaleźć prawdę na swój temat”, ordynując im niespotykany w dzisiejszych czasach reżim.

Zajęcia rozpoczynały się wraz ze wschodem słońca, kończyły dokładnie o jego zachodzie. Przez pierwsze trzy godziny każdy z uczestników zobowiązany był do bezwzględnego milczenia. Heynen zakazał też oglądania telewizji, korzystania z telefonów i jedzenia słodyczy. Na czas wolny przydzielał obowiązkowe lektury, zabierał też zawodników na wyjątkowe spotkania. – Byliśmy w szpitalu w Berlinie, gdzie widzieliśmy się z dziećmi chorymi na cukrzycę. O wodzie, kawie i herbacie musieliśmy funkcjonować przez tydzień, one robią to przez całe życie. Spotkaliśmy się też z trzema bezdomnymi, którzy opowiedzieli, jak to jest żyć bez dachu nad głową. Po co to wszystko? Chodziło mi o pokazanie chłopakom różnych aspektów naszego społeczeństwa, nie tylko piękna siatkówki – tłumaczył w wywiadzie dla serwisu WorldVolley.

Eksperyment zwieńczył całodobowy pobyt w lesie, podczas którego zawodnicy wykonywali rozmaite zadania. – Jestem pewny, że po takim tygodniu drużyna będzie silniejsza mentalnie – przekonywał.

Siedem miesięcy wystarczyło Heynenowi, by doprowadzić Polaków do mistrzostwa świata (fot. PAP)

Gdy skład reprezentacji Polski na mistrzostwa świata podał ponad dwa miesiące przed ich rozpoczęciem, wielu pukało się w czoło. Zdarzyło mu się jednak iść krok dalej: kiedyś o wybranie kadry na ważny turniej poprosił... zawodników. Gdy okazało się, że ich wizja pokrywa się z tym, co sam miał w głowie, uznał, że ma z podopiecznymi doskonały kontakt.

Dba też o kibiców, którym w różnych okolicznościach, w obliczu różnych wyzwań, oferuje... piwo. A właściwie: kilka tysięcy piw, które funduje z własnej kieszeni. Bo, jak twierdzi, lubi dawać ludziom radość.

Mało? W maju 2015 roku opublikował na Twitterze nietypowy wpis. "Problem dnia: wszyscy zawodnicy w drużynie narodowej mają dziewczynę, z wyjątkiem jednego: Christiana Fromma. Jest miły i uprzejmy. Ktoś może mi pomóc?" – zapytał. Misja zakończyła się sukcesem. Jedną z "kandydatek" okazała się siatkarka Maren Brinker, z którą dwa lata później Fromm wziął ślub.

Tak, jego treningi też nie są standardowe. Niektóre z nich nazywa, z przymrużeniem oka, "stupid games", czyli "głupimi gierkami". Zamiast klasycznego podbijania piłki czy biegania w tę i z powrotem, korzysta z bramek do piłki ręcznej, wózków sklepowych, krzeseł i sztucznych drzew. –Wywołuje w ten sposób uśmiech na twarzach. Uważam, że to świetny pomysł – cieszy się Karol Kłos, reprezentacyjny środkowy.

Heynen lubi się bawić, urozmaicać, ale – nade wszystko – to świetny fachowiec. Tytan pracy. Jak sam mówi: siatkówka towarzyszy mu przez 364 dni w roku. Przerwę robi sobie tylko w urodziny żony. Tylko ją i trzy piękne córki kocha bardziej niż ulubioną dyscyplinę.

Vital Heynen i trzy córki – jego największe słabości (fot. Twitter.com)

Kocha wygrywać. W siedem miesięcy zrobił z Polaków mistrzów świata. Poprzestawiał im w głowach, nauczył wiary w siebie, przeniósł na wyższy poziom. Otworzył drzwi reprezentacji dla wielu młodych graczy, "przywrócił" też kadrze Barotsza Kurka.

W przeciwieństwie do wielu poprzedników, nie stosuje "wojskowych" metod. Żelaznych zasad jest kilka: nie spóźniać się, wysypiać i angażować w stu procentach. Zaufał graczom, a oni zaufali jemu. Sami stworzyli "regulamin kadrowicza", którego dzielnie przestrzegają. Gdy mają problem, wiedzą, że mogą zwrócić się do selekcjonera. On również, gdy coś mu się nie podoba, mówi o tym otwarcie. Potrafi być szczery do bólu, ale – chwała mu za to – wszystkim to pasuje.


***

Kluczowe dla losów kadry miało być zgrupowanie przed mistrzostwami świata. Piętnastu kandydatów zabrał do Zakopanego, nie, jak to wcześniej bywało, Spały. – Trenowali tam przez dwa tygodnie przed poprzednimi turniejami. Przegranymi turniejami. Nie chciałem, by spędzali czas w miejscu, które kojarzy się z porażką – tłumaczył decyzję.

O symbolice wspólnej wspinaczki, marszu starszych z młodszymi i umacnianiu więzi mógłby opowiadać godzinami. Razem dotarli na szczyt Tatr, kilka tygodni później stanęli na najwyższym stopniu podium mistrzostw świata.

Ani mundial, ani Liga Narodów – którą Polacy też lada moment mogą wygrać – nie są jednak "szczytem", na który zmierza Heynen. Od początku liczyło się tylko jedno: medal igrzysk olimpijskich w Tokio. – Po to tu jestem. Chcę dać Polsce pierwszy od 1976 roku krążek.

Czekoladowe już są, czas na złote.


***

W nocy z soboty na niedzielę Polacy zagrają w półfinale Ligi Narodów z Rosją. Jeśli wygrają, w niedzielę zmierzą się w finale ze zwycięzcą starcia USA – Brazylia.

Transmisja meczu z Rosjanami od 23:15 w TVP1 i TVP Sport.

źródło:
Zobacz więcej