Tlen „na oko” i niechlujny marynarz. Jak zatonęła chluba ZSRR

ROV KIEL 6000 pobierający próbki radzieckiej atomowej łodzi podwodnej Komsomolec zatopionej na Morzu Norweskim w 1989 r. (fot. arch. PAP/EPA/NORWEGIAN INSTITUTE OF MARINE RESEARCH / HANDOUT)

Pluton–239, cez–137, stront–90… Na dnie Morza Norweskiego od 30 lat spoczywa tykająca bomba – wrak K-278 Komsomolec, wyjątkowego okrętu podwodnego, najlepszego, jaki miał w całej swej historii Związek Sowiecki. Ale tylko przez pięć lat. Oficjalnie winnych nie ustalono. Bo zawinił cały system, jak w Czarnobylu.

Wyciek z sowieckiego okrętu. Promieniowanie przekracza normy 100 tys. razy

Norwescy naukowcy badający wrak radzieckiego atomowego okrętu podwodnego „Komsomolec” podają, że poziom stężenia radioaktywnych substancji na...

zobacz więcej

7 kwietnia 1989 roku okręt podwodny K-278 zatonął w wyniku pożaru. Zginęło 42 z 69 marynarzy. „Komsomolec” był nazywany w sowieckiej flocie „złotą rybką” z racji potwornych kosztów budowy. Miał też – do dziś aktualny – rekord świata w zanurzeniu okrętu bojowego: 1027 m. Po katastrofie producenci okrętu obwiniali załogę za popełnione błędy i nieprzygotowanie, marynarze z kolei mówili o istotnych konstrukcyjnych wadach. I jedni, i drudzy mieli rację. „Komsomolec” zaś do dziś spoczywa na dnie Morza Norweskiego – wraz z reaktorem jądrowym i dwiema bojowymi głowicami atomowymi. To właśnie w pobliżu reaktora, 30 lat później, norwesko-rosyjska ekspedycja stwierdziła promieniowanie przekraczające normę 100 000 razy.

„Niewidzialny” K-278

Potężny reaktor atomowy, wytrzymała obudowa tytanowa, rekordowe zanurzenie i duża prędkość. To był najlepszy, najnowocześniejszy okręt podwodny ZSRR. No i najdroższy. Ta unikatowa w historii sowieckiej marynarki wojennej podwodna jednostka mogła zanurzyć się na głębokość nawet 1000 m, czyli kilkaset metrów poniżej operacyjnego poziomu zanurzenia innych bojowych okrętów podwodnych na świecie. Dla Kremla „Komsomolec” był wielkim powodem do dumy.

Trafił do służby w latach 80. XX w., gdy Zachód zdobywał coraz większą technologiczną przewagę nad Związkiem Sowieckim. Ronald Reagan mówił wtedy o gwiezdnych wojnach, a na Morzu Norweskim system SOSUS (obserwacja akustyczna za pomocą sensorów pasywnych wielkich przestrzeni oceanicznych) skutecznie wykrywał i śledził sowieckie okręty podwodne wypływające na północny Atlantyk ze swych baz na Półwyspie Kola. Projektanci K-278 wierzyli, że zbudowali okręt zanurzający się dość głęboko, by wyjść poza zasięg SOSUS, mogący podpłynąć blisko wschodnich wybrzeży USA – z głowicami jądrowymi na pokładzie. Planowano nawet, że w razie wybuchu wojny właśnie na pokładzie „Komsomolca” znajdzie się punkt dowodzenia całą podwodną flotą sowiecką.

Okręt zwodowano w 1984 roku, po czym zaczęto w stoczni w Siewierodwińsku prace nad siostrzaną jednostką. Sowieckie dowództwo liczyło, że dwa takie superokręty zmienią układ sił w zimnej wojnie. Na początku kwietnia 1989 roku – z 69 marynarzami na pokładzie - K-278 wypłynął w kolejny, tygodniowy rejs, podczas którego testowano jego zanurzeniowe możliwości. Podobnie jak dziś, takie testy Rosjanie przeprowadzali na pograniczu Morza Barentsa i Morza Norweskiego, gdzie dno znajduje się na głębokości od 200 do nawet kilku tysięcy metrów. To akwen leżący między wodami na zachód od Przylądka Północnego (na południu) a Wyspą Niedźwiedzią (na północy). Sowieci musieli tutaj wypływać na testy, bo rosyjska część Morza Barentsa była po prostu za płytka.

(fot. en.wikipedia.org)

„Pływający Czarnobyl” gotowy. Rosjanie budowali go przez ponad dwie dekady

W lipcu, po ponad dwóch dekadach budowy, pływająca elektrownia jądrowa Akademik Łomonosow wyruszy tzw. Szlakiem Północnym do swojego miejsca...

zobacz więcej

Czarny piątek

Siódmego kwietnia 1989 roku „Komsomolec” znajdował się już w drodze powrotnej do portu Zapadnaja Lica na Półwyspie Kolskim. O godz. 11.03 uruchomił się alarm pożarowy. Okręt płynął wtedy na głębokości 160 metrów; do granicy sowieckiej pozostawało 980 km. Płomienie pojawiły się w rufowej części jednostki, w sąsiadującym z reaktorem przedziale nr 7.

Błyskawicznie ogień przeniósł się do przedziału nr 6. Wtedy dowódca okrętu, kapitan Jewgienij Wanin rozkazał hermetycznie zamknąć oba przedziały, a okręt natychmiast wynurzyć. Kwadrans później „Komsomolec” był już na powierzchni morza. Załoga daremnie walczyła z ogniem. Pożar objął przedział nr 5, a potem kolejne. Zadziałał awaryjny system ochrony reaktora – wyłączył zasilanie. Okręt zaczął tracić sprężone powietrze. Na dodatek część marynarzy zatruła się tlenkiem węgla. Tymczasem ratunku nie było widać.

Dopiero o godz. 12.43 w rejon awarii poleciał samolot Ił-38. Zdjęto z niego uzbrojenie, a zainstalowano przygotowane do zrzutu awaryjno-ratunkowe kontenery, w tym dwie tratwy. Dopiero po kolejnych 40 minutach dowództwo Floty Północnej przekazało koordynaty tonącego „Komsomolca” załodze okrętu pomocniczego Aleksiej Chłobystow, który wyruszył w miejsce awarii. Tymczasem dotarł tam Ił-38. Przez niemal godzinę krążył nad „Komsomolcem”, czekając na nadejście ratunkowego okrętu. Jednak o 16.30 było już jasne, że „Aleksiej Chłobystow” nie zdąży.

Wtedy samolot zrzucił tratwy ratunkowe. Na nieszczęście dla podwodniaków, na morzu szalał sztorm: jedną tratwę fale porwały poza zasięg załogi, zaś drugą przewróciły do góry nogami. O godz. 17.08 okręt zaczął opadać na dno. Nielicznym rozbitkom udało się wejść na tratwę, większość znalazła się w wodzie, kurczowo trzymając się tratwy. Jednak zanim przypłynął okręt, minęło 1,5 godziny. Rozbitkowie, jeden po drugim, znikali w lodowatej głębi. Uratował się co trzeci członek załogi (27 ludzi). Zginęło 42 – część jeszcze w wyniku pożaru, część z powodu wychłodzenia organizmu. Ale byli i tacy, którzy utonęli, bo po prostu nie umieli pływać.

Winnych nie znaleziono

Do dziś nie wiadomo na pewno, co wywołało pożar. Choć można też uznać, że awaria była wynikiem połączenia dwóch czynników: słabo wyszkolonej załogi i problemów technicznych. Czynnika ludzkiego i czynnika materialnego. Jedna z teorii mówi, że doszło do zapłonu urządzeń elektrycznych (separatory oleju). Inna zaś mówi o winie marynarza, niejakiego Buchnikaszwilego (zresztą pierwszej ofiary katastrofy) – który po prostu palił tam papierosa. Marynarz trzymał też w tym przedziale maszynę, na której szlifował… hantle. I to jest kolejny domysł – że iskra ze szlifierki wywołała pożar. Ale gdyby wszystko działało na „Komsomolcu” tak, jak działać powinno, to żadna iskra nie powinna być zagrożeniem.

OBWE: niebezpieczeństwo skażenia chemicznego w Donbasie

W Donbasie istnieje poważne niebezpieczeństwo skażenia chemicznego – alarmuje Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Jej obserwatorzy...

zobacz więcej

Tyle że w przedziale nr 7 okrętu K-278 nie działał gazowy analizator tlenu. I to od roku. Tlen dostarczano do tego przedziału „na oko” – o czym zresztą wiedzieli wszyscy w flocie. Taka improwizacja zwiększa potencjalnie ryzyko wybuchu, bo tlenu w pomieszczeniu może być za dużo. Superokręt padł ofiarą sowieckiego systemu, przede wszystkim typowego niechlujstwa i bałaganu. Szokuje wręcz, że przez ponad rok nie naprawiono analizatora gazowego tlenu – co nie byłoby jakimś wielkim wydatkiem. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę specyfikę okrętu. Zresztą po zatonięciu „Komsomolca” porzucono prace nad drugą taką jednostką.

Kiedy szczegóły katastrofy wyszły na jaw, rodziny ofiar i społeczni aktywiści krytykowali dowództwo Floty Północnej za to, że nie zwróciło się o pomoc do Norwegii. Od 1988 roku ZSRR i ten skandynawski członek NATO miały podpisane porozumienie o wzajemnej pomocy. Norwegowie mieli ciężkie śmigłowce, które można było wysłać w miejsce katastrofy i uratować całą załogę. Jednak sowieckie dowództwo nie poprosiło Norwegów o pomoc.

Ważniejsza była tajemnica państwowa. Jak po latach wspominała matka jednego z poległych marynarzy, gdy na spotkaniu rodzin ofiar z ówczesnym dowódcą sowieckiej marynarki wojennej admirałem Władimirem Czernawinem zapytano go, dlaczego nie wysłano sygnału SOS, wojskowy odpowiedział: „No przecież rozumiecie.. To taki okręt….”. Ważniejsze od życia marynarzy było niedopuszczenie choćby w pobliże supertajnej jednostki obcych – i to na dodatek z NATO. W tajemnicy chciano też utrzymać później przyczyny katastrofy. Dochodzenie trwało blisko 10 lat, aż w końcu je zamknięto. Ogłoszono, że nie udało się ustalić winnych. Biorąc pod uwagę niedostateczne przygotowanie załogi, techniczne problemy w sekcji nr 7 i jeszcze szereg pomniejszych okoliczności – tak naprawdę za utratę „Komsomolca” posady powinno stracić całe dowództwo marynarki wojennej ZSRR.

Niebezpieczny wrak

„Komsomolec” spoczywa na dnie morskim na głębokości 1680 m, ok. 180 km na południe od Wyspy Niedźwiedziej. We wraku znajduje się jeden nieczynny reaktor z paliwem uranowym i innymi radioaktywnymi izotopami w rodzaju cezu-137 czy strontu-90. Większy niepokój musi budzić obecność w przedniej części okrętu dwóch torped z plutonowymi głowicami bojowymi. Pluton-239 ma okres połowicznego rozpadu 24 000 lat...

Poznaj atom

zobacz więcej

Na początku lat 90. XX w. i w roku 2007 rosyjscy naukowcy stwierdzili małe radioaktywne wycieki z „Komsomolca”, w tym izotopu cez-137 z rury w pobliżu przedziału reaktorowego. Późniejsze norweskie ekspedycje na miejsce katastrofy nie stwierdziły żadnego promieniowania, tyle że Norwegowie nie schodzili nisko do wraku, jak wcześniej Rosjanie używający małego głębinowego aparatu MIR. W końcu jednak w tym roku, na początku lipca, na północ pożeglował statek badawczy G.O. Sars z podwodnym aparatem ROV KIEL 6000 wyposażonym w kamerę i sterowane ramiona do pobierania próbek. W ekspedycji Norweskiego Urzędu Radiacji i Bezpieczeństwa Nuklearnego wzięli udział także naukowcy z Norwegii (Uniwersytet Bergen) i Rosji (Instytut Kurczatowa).

Według doniesień norweskich mediów, poziom promieniowania w rejonie rury wentylacyjnej przedziału reaktorowego przekracza normę 100 000 razy. To jest to samo miejsce, w którym zwiększoną radiację stwierdzali badacze rosyjscy. Póki co, nie uznaje się tego jednak za zagrożenie dla otaczającego wrak środowiska. Na szczęście w dwóch innych próbkach – z innych punktów wraku – wycieku radioaktywnego nie stwierdzono. Co nie zmienia faktu, że zatopiony „Komsomolec” wciąż pozostaje potencjalnym ogromnym zagrożeniem dla tej części oceanu.

źródło:
Zobacz więcej