Bal przebierańców, czyli opozycja marzeń

Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna (C) i Tomasz Frankowski (L) podczas spotkania z mieszkańcami Białegostoku w ramach akcji #POrozmawiajmy (fot. PAP/Artur Reszko)

Liberalno-lewicowa opozycja w jej obecnej formie to dla PiS-u najlepszy prezent od losu. Nikt tam właściwie nie jest politycznie wiarygodny, nikt też nie wie, co właściwie ma do zaoferowania polskiemu społeczeństwu – poza własnym strachem przed marginalizacją i poza osobistymi ambicjami.

„Sroga beka z Bartosza Arłukowicza”. Adrian Zandberg o kampanii PO

Macie srogą bekę z Bartosza Arłukowicza biegającego z telefonem i nagrywającego, jak przybija piątki z ludźmi w miejscowościach, do których...

zobacz więcej

Próby obłaskawienia Polski B przez Platformę Obywatelską przypominają nieco słynne sceny z „Misia” Stanisława Barei – statyści, mężczyźni i kobiety przebrani za chłopów z nagonki, kot przebrany za zająca na wierzbie i dramatyczne pytanie reżysera: „czy konie mnie słyszą?”. I do tego te „zniknięte parówki”, które przypominają nieco „zniknięty” elektorat lewicowo-liberalnej opozycji. W „Misiu” te parówki pożarli młodzi socjalistyczni działacze, którzy dziś byliby akurat w wieku towarzyszy postkomunistów, więc i w tym skojarzeniu jest coś wymownego.

Ogólnie – tragifarsa pod tytułem „jednoczenie się opozycji” jak na dłoni pokazuje kondycję tych kilku ciężko przestraszonych formacji, które Prawo i Sprawiedliwość zepchnęło do politycznego narożnika. Platforma Obywatelska ma wśród nich wciąż największy potencjał, to prawda. Ale mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że „ruszenie w lud”, czyli próby obłaskawienia Polski B, skończą się marnie dla tej formacji. Parafrazując Marka Twaina: lepiej nie odzywać się do zwykłych ludzi i uchodzić za głupca, niźli zrobić to i rozwiać wszelkie wątpliwości.

Polityk PO: Nie możemy iść na ustępstwa wobec PSL

– Biorąc pod uwagę możliwości wyborcze, PO nie może iść zbyt daleko na ustępstwa wobec PSL. Myślę, że tej bardzo szerokiej koalicji jednak nie...

zobacz więcej

Podróż Platformy Obywatelskiej do Polski B to bowiem zabawny spektakl, w którym politycy od lat realizujący niemal wyłącznie interesy wielkomiejskiej staro-nowej elity, nagle usiłują przekonać mniej zamożnych, prowincjonalnych Polki i Polaków, że mają im cokolwiek do zaoferowania.

Ale ludzie dobrze dziś wiedzą, skąd to nagłe zainteresowanie ich losem – z czystego politycznego wyrachowania, z próby przełamania impasu, widocznego zapadania się w sobie. Lata chodzenia do liberalnych mediów zrobiły swoje: politycy Platformy nie potrafią mówić językiem innym niż język mainstreamowych, warszawocentrycznych elit. A gdy próbują – brzydko mówiąc – zmienić narrację, ich język jest sztuczny i brzmi niewiarygodnie. To żadna kampania przedwyborcza, to bal przebierańców.

Na to wszystko nakładają się próby uratowania integralności Koalicji Obywatelskiej. Czego chce PSL – tak naprawdę nie do końca wiadomo. Jakoś trudno uwierzyć w większe wyborcze szanse tej ich Koalicji Polskiej. Niewykluczone, że to pomysł przede wszystkim na to, by uzyskać jak najlepszą pozycję przetargową w rozmowach z PO, które ma przecież jeszcze SLD do obłaskawienia. PSL chętnie ostatnio podkreśla swój konserwatyzm, przywiązanie do tradycyjnych wartości, niechęć do antyklerykalizmu i antykomunizm.

Odzyskać miasta, odzyskać wieś

Opozycja wyrusza zdobywać PiS-owską prowincję, Zjednoczona Prawica chce odzyskać miasta. Szanse wydają się wyrównane, ale już pomysły na te...

zobacz więcej

Ale przecież obecna PSL historycznie jest formacją postkomunistyczną, wywodzi się wprost z PZPR-owskiej przybudówki, czyli Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, powstałego w 1949 roku pod rosnącym naciskiem sowietyzujących Polskę komunistów. I na początku lat 90. PSL budował nie kto inny, jak wiejski i miejski aktyw PZPR. Dziś zresztą, co niejednokrotnie pokazały liczne badania, PSL jest bardziej partią miejskiej elity czasów transformacji niż prawdziwie wiejską formacją. Oto kolejny element opozycyjnego balu przebierańców.

Dodajmy do tego Wiosnę, której lider, Robert Biedroń, bardzo szybko po eurowyborach pokazał, że liczy się dla niego przede wszystkim pragmatyzm. I jego własna polityczna korzyść. W sprawach mandatu europosła po prostu lawirował. Bardzo szybko okazało się, że Wiosna jest partią zrobioną pod jednego człowieka, podobnie jak wcześniej Ruch Palikota i jeszcze mniej udana Nowoczesna Ryszarda Petru. Biedroń chętnie przekonywał też, że jego formacja to siła antysystemowa, zdolna rozbić urojony duopol PO-PiS.

Tymczasem, po pierwsze, w Polsce żadnego duopolu nie ma, bo PiS jest wrogiem politycznym numer jeden dla wszystkich formacji lewicowo-liberalnych. I zniszczenie PiS to ich podstawowy cel polityczny. Po drugie, złudzenie o antysystemowości Wiosny zniszczył sam Biedroń, jednoznacznie dając do zrozumienia, że może iść do wyborów razem z Grzegorzem Schetyną.

Prawica ma w sumie za co panu Robertowi dziękować: skutecznie dorżnął osłabione własnymi wewnętrznymi wojenkami Razem, skutecznie odcinając na kolejne lata jakąkolwiek ideową lewicę polityczną od choćby cienia złudzeń o możliwości sprawowania przez nią władzy. Ktoś powie: „ale Biedroń to czyste lewactwo!”. No cóż, moim zdaniem – sądząc z dłuższej już obserwacji – to po prostu obyczajowo lewe skrzydło liberalizmu po polsku, czyli jeszcze jedna figura na politycznym balu obyczajowych przebierańców.

Oni wszyscy, ze swoją programową nijakością, nietrwałością sojuszy, grą na krótkotrwały efekt, usiłują przekonać dziś polskie społeczeństwo, że są wiarygodną alternatywą wobec Prawa i Sprawiedliwości. Niezborni programowo, tożsamościowo kompletnie nieczytelni, usiłują przedstawić się jako wiarygodna alternatywa dla rządzącej partii. Ale w rzeczywistości ich jedną siłą jest niechęć i nienawiść do PiS, program powrotu w koleiny III Rzeczpospolitej i próba odzyskania utaconych przywilejów realnych i symbolicznych. Na tym balu przebierańców wszyscy tańczą taki właśnie taniec – cała reszta to maski i kotyliony.

Zobacz więcej