Odzyskać miasta, odzyskać wieś

Jeżeli do każdej miejscowości trzeba będzie przyjeżdżać po raz drugi, żeby odkręcać skutki pierwszej wizyty, nie wróży to zbyt efektownej kampanii – ocenia Krzysztof Karnkowski (fot. PAP/Artur Reszko)

Opozycja wyrusza zdobywać PiS-owską prowincję, Zjednoczona Prawica chce odzyskać miasta. Szanse wydają się wyrównane, ale już pomysły na te działania sprawiają, że pojedynek na starcie stał się bardzo nierówny.

PO rozpoczęła kampanię wyborczą. Nie obyło się bez wpadek

Kilka dni temu Platforma Obywatelska rozpoczęła kampanię przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Posłowie opozycji wyszli do ludzi i w...

zobacz więcej

Na wyborczej mapce sprzed wielu, wielu lat uderzyła mnie jedna rzecz. Trudno w to uwierzyć, ale swoich pierwszych wyborach PiS, poza sporymi wpływami na południowym wschodzie Polski, bardzo dobre wyniki notował w Warszawie. Jak wiemy, później zmieniła się i struktura ludności w stolicy, i sympatie polityczne jej mieszkańców, chociaż, co pokazała kampania przed wyborami samorządowymi, nie należy jednej zmiany tłumaczyć drugą.

Ot, gdy jeszcze polityka w Polsce rozgrywała się jawnie w sferze konfliktu post-Solidarności z postkomuną, pewna stacja, określająca się jako informacyjna, nie uczyniła z PiS wprost wroga numer jeden, a jej widzowie mogli w związku z tym tam właśnie ulokować swoje sympatie. Wszystko zmienił rok 2005, kiedy niedawne podziały przestały być ważne i wystarczyły kolejne dwa lata, by po raz pierwszy polską scenę podzielić na PiS i wszystkich innych, od narodowców (a wtedy byli to jeszcze narodowcy) Giertycha i Wierzejskiego, przez Samoobronę (choć ta sympatia trwała najkrócej i nie przeszkodziła w medialnej egzekucji Andrzeja Leppera przez panów Najsztuba i Morozowskiego), aż do postkomunistów, na 12 lat przed tym, nim z Platformą ostatecznie stopili się już formalnie, choć wciąż jeszcze odwracalnie. Centrum tej grupy stanowiła jednak Platforma wraz z koalicjantami z PSL. Platforma zdobywała miasta, odwołując się do haseł modernizacji, lecz również do kompleksów.

Głosowanie na partię uważającą się za elitę samo w sobie miało stać się biletem wstępu do tejże elity. Przez kilka lat doskonale to działało i na wielu przedstawicieli tego obozu politycznego działa nadal. To stąd bierze się tak wdzięczna w medialnych analizach pogarda, czyniąca ze zwolennika obecnej władzy otoczonego gromadką dzieci roszczeniowego alkoholika, sprzedającego swoją wolność za świadczenia socjalne.

Wyborca podał Arłukowiczowi rękę. Europoseł z PO zaczął go wyśmiewać

Platforma Obywatelska ogłosiła „rozpoczęcie kampanii, która oparta będzie na kontakcie z Polakami”. W ramach tej kampanii Bartosz Arłukowicz...

zobacz więcej

Ponieważ po drodze okres rządów PO zweryfikował hasła modernizacyjne, polityczna wersja pedagogiki wstydu straciła moc przyciągania. Polska, czy raczej „ten kraj” Platformy, modernizację, a często zaś raczej tylko jej namiastkę, w praktyce zaproponowała jedynie bardzo wąskim grupom społecznym: mieszkańcom największych miast i, w jakimś stopniu, trzydziesto-, a dziś już raczej czterdziestolatkom, którzy zdążyli (choć też przecież nie zawsze) jakoś ustawić się na kapryśnym polskim rynku pracy.

Stąd też tu udaje się opozycji zachować najwyższe poparcie. Mieszkańcy spoza dużych miast, starsi, a coraz częściej również młodsi, nie znaleźli natomiast nic dla siebie i coraz częściej odpływają z wyborczego zasobu Platformy. Do innych partii liberalnych, bankrutujących politycznie i dosłownie po jednym sezonie, do PiS, wreszcie zaś, zwłaszcza najmłodsi, do grupy niegłosujących.

Platforma popełniła i wciąż popełnia błąd w polityce niewybaczalny. Jej politycy zwyczajnie stracili cierpliwość do elektoratu. Weekendowe przygody Bartosza Arłukowicza pokazują to idealnie. Oto grupa polityków przyjeżdża do Węgrowa po to, by w kilka osób, mówiąc językiem nieoficjalnym, toczyć bekę z człowieka, o którym ktoś z miejscowych przyjaciół wspomniał, że jest wyborcą PiS.

Grupa udaje się więc z kamerami pod sklep i napada werbalnie na człowieka, którego biorą za właściciela. Ten wkurzony odchodzi, żegnany rechotem jaśnie państwa. „Czym zdenerwować mieszkańca Węgrowa? Zobaczcie sami!” – pisze na Twitterze zachwycona sobą i kolegą Barbara Nowacka, twarz lewicowej wrażliwości Koalicji Europejskiej.

Kiedy już wszyscy orientują się, że wesołej wycieczce przytrafiła się wizerunkowa katastrofa, grupa wraca do Węgrowa i łapie pana Andrzeja, który teraz daje się sfotografować w komitywie z politykami. Nowacka pisze o manipulacji, jednak starszego wpisu nie usuwa.

Platforma daje świadectwo [OPINIA]

Koniec roku szkolnego Platforma Obywatelska postanowiła uczcić przyciężkim żartem – wystawieniem rządowi Prawa i Sprawiedliwości szkolnego...

zobacz więcej

Jeżeli do każdej miejscowości trzeba będzie przyjeżdżać po raz drugi, żeby odkręcać skutki pierwszej wizyty, nie wróży to zbyt efektownej kampanii.

PiS w większych miastach też nie ma ułatwionego zadania, ale w odróżnieniu od głównej konkurencji ma przynajmniej jakiś pomysł. Sprawiedliwszy podział środków, odejście od polityki koncentracji na kilku wiodących ośrodkach, z których dopiero wszelkie dobra skapywać mają niżej, już bez udziału państwa, deglomeracja – to pomysły, które mogą przekonać tych wyborców, którym potrzeba czegoś więcej niż rytualnych antypisowskich zaklęć.

PiS od pewnego czasu wygrywa na do tej pory przychylnym raczej Platformie czy SLD Śląsku, obserwacja zaś rządów dzisiejszej opozycji w praktyce nie będzie sprzyjać jej również w innych miejscach Polski. Co chwila słyszymy o kolejnych niezrealizowanych lub odpuszczonych obietnicach z Warszawy, gdzie niedawno, przy braku zainteresowania mediów, na pastwę deweloperów wydano zielone tereny wokół Jeziorka Czerniakowskiego. W Lublinie w podobny sposób postąpiono z Górkami Czechowskimi, tym razem mając znaczną część mediów i wyborców przeciwko sobie.

Podobne historie zdają się dziać praktycznie wszędzie tam, gdzie jeszcze udało się powstrzymać proces utraty władzy przez stary układ. W Krakowie mieszkańcy organizują się wokół zalewu Zakrzówek, do którego, jakoby w trosce o bezpieczeństwo, władze utrudniają dostęp amatorom pływania. Dziwnym trafem zyskuje na tym prywatna firma.

Zapewne wielu z czytelników podać może podobne przykłady z własnego podwórka. Kiedy więc jedyny pomysł na politykę lokalną to uleganie biznesowi wbrew interesowi całej wspólnoty, czasem nawet wbrew nieschodzącym z ust polityków dogmatom ekologii, każdy pomysł na inną politykę na poziomie lokalnym ma szansę przebić się do wyborców. Jest bowiem najzwyczajniej w świecie potrzebny.

źródło:
Zobacz więcej