Koniec naszego świata

Według opublikowanych niedawno prognoz ONZ w 2100 r. wśród 15 najludniejszych krajów świata nie będzie już żadnego kraju europejskiego (Fot. Maja Hitij/Getty Images)

Media i kultura masowa pełne są alarmistycznych wizji końca świata spowodowanego katastrofą klimatyczną. Spycha to na margines znacznie poważniejszy problem: pędzącą katastrofę demograficzną, która w ciągu kilku dekad zniszczy świat, jaki znamy. Zwłaszcza Europę.

Świat słowiański, świat irański [OPINIA]

Iran przeciętnemu Polakowi wydaje się krajem odległym i egzotycznym. Tymczasem Słowian w ogóle, a Polaków w szczególności, łączy z Irańczykami...

zobacz więcej

Licznik demograficzny tyka, ale nie u nas

Nim skończę pisać ten artykuł na świat przyjdzie kilkadziesiąt tysięcy nowych dzieci. Przyrost naturalny na naszej planecie następuje z prędkością ponad 150 nowych istnień ludzkich na minutę. I jest to wynik netto, czyli po odliczeniu zgonów. Tyle, że ten licznik demograficzny nie wszędzie tyka tak samo. W Europie na zwiększenie się populacji o 1 osobę trzeba czekać co najmniej minutę, a liczba się zwiększa tylko dzięki migracji spoza Europy, głównie Afryki i Bliskiego Wschodu, oraz prokreacji w środowiskach pochodzenia migranckiego, głównie wśród muzułmanów.

Dlatego właśnie w Polsce i w niemal wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej przyrost ludności (który nie jest tożsamy z przyrostem naturalnym, bo uwzględnia migrację) jest ujemny. Wyjątkiem są Czechy i Słowacja, gdzie napływ Ukraińców powoduje minimalny wzrost ludności, ale już w następnej dekadzie tam też licznik zacznie się cofać. W Polsce od 20 lat populacja się kurczy i w tym roku licznik pokaże cyfrę o 75 tys. mniejszą niż w roku ubiegłym.

W Europie Południowej nieznaczny wzrost ludności odnotowuje Hiszpania, Malta i kilka krajów bałkańskich ale tylko w przypadku Albańczyków wynika to z prokreacji, a nie migracji. Przy czym we wszystkich tych krajach (w tym Albanii) współczynnik dzietności (ilość dzieci na jedną kobietę w wieku rozrodczym) jest na poziomie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (wynosi on 2,15).

W 2019 r. o pół miliona (0,53 %) wzrośnie liczba ludności w Europie Płn., a o prawie 600 tys. (0,3 %) w Europie Zachodniej. Dokładna analiza danych nie pozostawia jednak najmniejszych wątpliwości: rdzenni Europejczycy wymierają. Współczynniki dzietności najbliższe poziomowi zastępowalności pokoleń mają kraje o największym odsetku ludności muzułmańskiej, tj. Francja (1,98) i Szwecja (1,9), a także Irlandia oraz Islandia (niespełna 2).

Pustynny Niger jak jedna trzecia Europy

Według opublikowanych niedawno prognoz ONZ w 2100 r. wśród 15 najludniejszych krajów świata nie będzie już oczywiście żadnego kraju europejskiego i będą tylko dwa państwa amerykańskie: USA i Brazylia. Na trzecim miejscu będzie Nigeria z populacją 752 mln, podczas gdy do 2050 r. przewiduje się, że liczba ludności naszego kontynentu zmaleje do 715 mln. Nie ma się co łudzić, że to tylko prognozy, bo kluczowe wskaźniki takie jak mediana wieku i współczynnik dzietności pokazują, że może być tylko gorzej.

Ekonomista na konwencji PiS: Najważniejszym wyzwaniem jest poprawa dzietności

Najważniejszym wyzwaniem dla Polski jest demografia i poprawa dzietności – uważa profesor Krzysztof Rybiński. Ekonomista wziął udział w dyskusji na...

zobacz więcej

Mówiąc w skrócie, nasze społeczeństwo jest stare i nawet gdybyśmy chcieli wziąć się „do roboty”, to nie odrobimy strat. Z drugiej strony, jeśli w Nigrze połowa kobiet nie ma skończonych 15 lat, a na jedną średnio wypada prawie 7,5 dziecka, to ciężko jest zatrzymać tak rozpędzoną maszynę. Zwłaszcza, że tamtejsi mieszkańcy zupełnie inaczej postrzegają ten problem.

Jakiś czas temu prezydent tego pustynnego kraju, w którym w połowie ub. stulecia mieszkało niespełna 3 mln osób, przestrzegał przed zbliżającą się katastrofą. Po prostu przy takim przyroście naturalnym zabraknie dla mieszkańców tego kraju żywności i wody. Niger to kraj, w którym nie ma nawet dużych miast, a populacja na terenach zurbanizowanych nie przekracza 20 procent.

Obecnie żyje tam już ponad 23 mln osób i w ciągu roku przybył prawie 1 mln. Do 2050 r. przewiduje się, że ludność tego kraju wzrośnie do 68,5 mln (i są to szacunki w wariancie umiarkowanym), a w 2100 r. Niger znajdzie się już na 10 miejscu w rankingu najludniejszych państw świata z populacją przekraczającą 200 mln. Warto dodać, że jest to kraj znajdujący się na szarym końcu w takich rankingach jak PKB na głowę czy rozwój cywilizacyjny (HDI). Słowem jest to jedno z najbardziej zacofanych i ubogich państw na świecie.

Demograficzny wyścig zbrojeń

Większość mieszkańców Nigru widzi to jednak inaczej. Uważają oni, że dzieci to dar Allaha, a próby powstrzymania prokreacji to spisek białych chrześcijan. Dzieci w tym świecie (nie tylko Afryce, ale też na Bliskim Wschodzie) to siła. To po prostu broń demograficzna. Dlatego im więcej konfliktów zbrojnych się toczy, tym więcej dzieci się rodzi. Jakie bowiem szanse ma głowa dwuosobowej rodziny w konfrontacji z głową stuosobowej?

W czasie wojen plemiennych w Demokratycznej Republice Konga poszczególne plemiona starały się powstrzymać prokreację u przeciwnika gwałcąc jego kobiety. Wtedy uznawane były za nieczyste i wyganiane przez mężów. Ale inne kobiety realizowały wówczas swój rozrodczy obowiązek z nawiązką. I dlatego DRK to kolejna afrykańska rakieta demograficzna.

Nowa orda przyjdzie z północnego wschodu!

W kwietniu rosyjski mufti Ravil Gaynutdin stwierdził, że w ciągu 15 lat muzułmanie będą stanowić jedną trzecią populacji Federacji Rosyjskiej....

zobacz więcej

Dziś w DRK mieszka prawie 87 mln osób i jest to dwa razy więcej niż 20 lat temu, czyli w przededniu tzw. Drugiej Wojny Kongijskiej, która pochłonęła około 5 mln istnień ludzkich w tym kraju, a jej konflikty odpryskowe, takie jak wojna w Kiwu, wciąż się tlą. DRK, podobnie jak Niger, to jeden z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych krajów na świecie. I podobnie jak Niger ma ogromne bogactwa naturalne. Tyle, że mieszkańcy nic z tego nie mają, a w Europie słychać bardziej głosy wzywające do otwierania się naszego kontynentu na przybyszów, a nie do nie okradania ich na miejscu.

Wszystkiemu winni biali

Być może przyczyną jest pazerność koncernów, które nie chcą tracić swoich zysków z eksploatacji Czarnego Lądu, a dzięki pieniądzom mają ogromny wpływ na zakłamanych polityków. Ale są też tacy, którzy nie ukrywają, że ich zdaniem cywilizacja europejska jest najgorszą z najgorszych i należy ją zniszczyć. Jeden z byłych francuskich ministrów głosił na przykład niedawno, że rdzenni Europejczycy powinni przestać się rozmnażać bo imigranci są bardziej ekologiczni. W USA natomiast pewien czarnoskóry student był wychwalany za pracę „naukową”, w której stwierdził, że szkodliwość działania człowieka na klimat zależy od jego rasy. Oczywiście najbardziej winni są biali.

Są też bardziej umiarkowane opinie sprowadzające się jednak do tego samego celu czyli zniszczenia cywilizacji stworzonej przez białych Europejczyków i zastąpienia jej nową, wielokulturową, wieloetniczną i wieloreligijną, kolorową cywilizacją opartą na wymieszaniu migrantów z Afryki i Azji z resztkami autochtonów. Osoby promujące taką wizję uważają, że nic gorszego niż to co stworzył biały Europejczyk nie może powstać. Narody, nacjonalizmy, wojny to według nich demony, które znikną wraz z obecną cywilizacją europejską.

W Europie zapanuje wówczas raj na ziemi. Nie będzie wojen i będzie ekologicznie, a bez białego człowieka na ziemi klimat przestanie się ocieplać. Bo przecież to nieważne, że w Afryce też toczą się krwawe wojny, że na Bliskim Wschodzie nie brak konfliktów etnicznych i religijnych. Syryjski sunnita w Europie padnie w ramiona alawity, a Turek i Kurd będą najlepszymi przyjaciółmi. Fakt, że już dziś ta „harmonia” nie zdaje egzaminu nie zraża tych samozwańczych demiurgów nowej rzeczywistości. Nie zraża ich również to, że wystarczy pojechać do Afryki czy na Bliski Wschód, by zobaczyć tony walających się wszędzie plastikowych śmieci.

„Czas białych ludzi w Południowej Afryce dobiegł końca”. Wstrząsający reportaż portalu tvp.info

zobacz więcej

Powolny podbój prokreacyjno-migracyjny

W Afryce i na Bliskim Wschodzie wszyscy rozumieją, że liczebność rodu, klanu czy plemienia determinuje jego siłę i pozycję. Tylko w Europie promowane jest zupełnie inne podejście. Traktowanie prokreacji oraz migracji jako broni w walce o dominację jest wykpiwane, a tożsamość kulturowa relatywizowana.

Wyobraźmy sobie, że 100 lat po strajku dzieci w szkole we Wrześni wszyscy w tym mieście mówią po niemiecku, a przodkowie większości z nich pochodzą z Bawarii, Saksonii albo Hesji. Albo, że 400 lat po zwycięskiej odsieczy wiedeńskiej na ulicach austriackiej stolicy dominuje język turecki, a zamiast kościelnych dzwonów słychać śpiew muezina wzywającego na modlitwę. A wszystko to bez żadnej wojny, podboju militarnego. Skoro to nieważne, jaka będzie kultura i tożsamość, to po co ludzie ginęli za swoją ojczyznę? Trzeba było przyjąć wiarę, kulturę, język najeźdźcy. Niech żyją kolaboranci!

Licznik demograficzny nie tyka już tak szybko w Chinach, choć kiedyś wydawało się, że to właśnie ten naród zaleje świat. Tymczasem co minutę populacja Chińczyków powiększa się tylko o ok. 10 osób, podczas gdy w Afryce jest to liczba sześć razy większa. Chiny w ciągu 10 lat zostaną zdetronizowane przez Indie jako najludniejszy kraj świata, a niedługo potem liczba ludności tego kraju zacznie się zmniejszać by w 2100 r. spaść do zaledwie 1 mld. Indie mają mieć wówczas 1,6 mld mieszkańców.

Rezerwaty dla Europejczyków

Skoro Chiny mogły powstrzymać swoją machinę demograficzną, to czy w Afryce też się to może zdarzyć? Niezupełnie. Spowolnienie wzrostu ludności Chin nastąpiło bowiem dzięki odgórnym decyzjom w totalitarnym kraju. A w Afryce jest ponad 50 państw. Dlatego bardziej prawdopodobne jest to, że Chiny znów rozpędzą tę machinę jakimś dekretem, jeśli władze uznają, że tak trzeba.

Obecnie w pierwszej dziesiątce największych miast na świecie nie ma żadnego miasta afrykańskiego. Ale to właśnie tam powstaną molochy znane z niektórych filmów SF, pokazujących mroczną przyszłość przeludnionego świata. W 2100 r. trzema największymi miastami mają być nigeryjskie Lagos z ponad 88 mln mieszkańców, kongijska Kinszasa z 83,5 mln i tanzańskie Dar al Salam z prawie 74 mln. W pierwszej dziesiątce będzie jeszcze sudański Chartum i stolica Nigru Niamei, oba z ponad 50-milionową populacją. Trudno to sobie wyobrazić.

Populacja Afryki może być jednak nieco mniejsza niż przewiduje to ONZ. W prognozach nie zakłada się bowiem, że kilkaset milionów afrykańskiej (i w mniejszym stopniu azjatyckiej) nadwyżki demograficznej wsiądzie po prostu na łodzie i podbije Europę. Zwolennicy przyjmowania migrantów odpowiadają, że to „straszenie” i dodają, że biały człowiek też był migrantem i jako taki przybył np. do Ameryki. To bardzo dobry przykład bo gdyby Indianie wiedzieli, co się stanie i mieli możliwość powstrzymania tego napływu, to na pewno, by to zrobili. A Europejczyków niechybnie czeka los Indian. Pójdziemy mieszkać w rezerwatach.

źródło:
Zobacz więcej