Co z europejskimi terrorystami Państwa Islamskiego?

Bojownicy IS przed dokonaniem egzekucji na egipskich chrześcijanach w 2015 r. (fot. REUTERS)

Od militarnego pokonania Państwa Islamskiego w Syrii minęły ponad trzy miesiące, a w Iraku półtora roku. Tymczasem Europa wciąż nie jest w stanie znaleźć odpowiedzi na pytanie, co zrobić ze schwytanymi w Syrii i Iraku terrorystami, którzy przybyli tam z naszego kontynentu. Nie radzi sobie również z tymi, którym udało się wrócić na własną rękę.

ONZ: Państwo Islamskie wciąż zagrożeniem dla pokoju i bezpieczeństwa świata

Spadek ataków i spisków terrorystycznych w 2018 r. nie wyeliminował zagrożenia ze strony Państwa Islamskiego dla świata. Wciąż pozostaje...

zobacz więcej

Malejące zagrożenie czy cisza przed burzą?

Sri Lanka może jest daleko od Europy, ale seria ataków terrorystycznych, która wstrząsnęła tym krajem w Wielkanoc, to problem nam bardzo bliski. Zamachy te miały bowiem niewiele wspólnego z problemami wewnętrznymi tego państwa, były natomiast przejawem determinacji Państwa Islamskiego do podkreślenia swojej żywotności. Chociaż bardzo byśmy chcieli o tym zapomnieć, Państwo Islamskie jest również i naszym, europejskim (a w pewnym stopniu również polskim) problemem.

W mijającym właśnie pierwszym półroczu 2019 r. w całej Europie miał miejsce tylko jeden dżihadystyczny zamach, w którym były ofiary śmiertelne. Chodzi o strzelaninę w Utrechcie 18 marca, w której turecki terrorysta zabił 4 osoby, a ranił 6.

Ponadto doszło jeszcze do dwóch innych poważniejszych ataków terrorystycznych, w których sprawcami byli muzułmanie. 24 maja w Lyonie wybuchła bomba, raniąc 13 osób, a 20 marca somalijski imigrant porwał autobus szkolny we Włoszech (przy czym ten drugi atak nie miał związków z Państwem Islamskim).

W ubiegłym roku w 24 dżihadystycznych zamachach, do których doszło na terenie Unii Europejskiej, zginęło 13 osób, a 46 zostało rannych. Było to o wiele mniej niż w 2017 r., gdy zginęły 62 osoby, nie mówiąc już o latach 2015-2016, gdy liczba ofiar śmiertelnych wyniosła odpowiednio 150 i 135. Czy to oznacza, że niebezpieczeństwo bezpowrotnie minęło? Niestety nie, może to być bowiem cisza przed burzą.

Wzrost liczby skutecznych zamachów terrorystycznych dokonywanych przez dżihadystów w Europie w latach 2015-2016 wynikał z dwóch rzeczy. Po pierwsze z ówczesnej kondycji Państwa Islamskiego, które było u szczytu swej potęgi, po drugie zaś z kryzysu migracyjnego, który pozwolił na niekontrolowane przerzucanie terrorystów do Europy.

Państwo Islamskie w USA. Terroryści planowali zamach

Na lotnisku w Grand Rapids w amerykańskim stanie Michigan zatrzymano trzech mężczyzn podejrzanych o planowanie ataku terrorystycznego. Wszyscy...

zobacz więcej

Późniejsza kompromitacja niemieckiej polityki „refugee welcome”, zablokowanie szlaków bałkańskich oraz sprzeciw wobec relokacji, wymuszający większą kontrolę przepływu migrantów przez Morze Śródziemne, przyczyniły się do polepszenia sytuacji bezpieczeństwa w Europie.

Kluczowe znaczenie miała jednak walka zbrojna, którą w tym czasie w Mosulu i Rakce przeciwko Państwu Islamskiemu toczyły odpowiednio siły irackie oraz zdominowane przez syryjskich Kurdów Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF). Zwłaszcza zdobycie Rakki przez Kurdów jesienią 2017 r. ograniczyło globalne możliwości terrorystyczne Państwa Islamskiego, gdyż to właśnie tam znajdowało się centrum planowania takich operacji.

Powroty terrorystów

O ile jednak klęski Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku ograniczały jego możliwości terrorystyczne, o tyle całkowite jego unicestwienie w wymiarze parapaństwowym zwiększyło determinację tej organizacji, by podkreślać swoją żywotność nowymi zamachami. W tym celu konieczne jest jednak przerzucenie terrorystów, którzy do Syrii i Iraku przybyli z innych krajów, z powrotem do domu (lub zastępczo do innych krajów).

Chodzi w szczególności o te osoby, które dostały się do niewoli. Tymczasem w Europie nie brak osób, które, zapętlone w swym ideologicznym szaleństwie, robią wszystko, by to zagrożenie nie zostało zażegnane.

Umycie rąk i udawanie, że schwytani w Syrii i Iraku terroryści z europejskimi paszportami nie są problemem tych krajów, z których tam przybyli, też zresztą nie jest rozwiązaniem. A mówimy o tysiącach osób. Ocenia się bowiem, że do Syrii i Iraku w celu wstąpienia w szeregi Państwa Islamskiego wyjechało aż 50 tys. osób z ponad 100 krajów.

Co najmniej 6 tys. pochodziło z Europy, w tym ok. 1900 z Francji i prawie 1000 z Niemiec, a ponad 7 tys. z Rosji i byłych krajów ZSRR. Również 7 tys. wyjechało z Północnej Afryki i zdaniem wielu ekspertów ci spośród nich, którzy przeżyli i postanowili wrócić mogą stanowić wkrótce zagrożenie terrorystyczne nie tylko dla swoich ojczystych krajów, ale również dla południowej Europy, w szczególności Hiszpanii i Francji.

Państwo Islamskie wciąż żyje

9 grudnia 2017 r., po odbiciu ostatnich dwóch miast, Al-Kaim i Rawy, oraz oczyszczeniu pogranicza iracko-syryjskiego z resztek Państwa Islamskiego...

zobacz więcej

Oczywiście w dużej mierze zależy to od tego, jak skutecznie organizacje nazywające się humanitarnymi będą pomagać nielegalnym migrantom przedostawać się z północnej Afryki do Europy.

W 2018 r. szacowano, że z Syrii i Iraku do swoich krajów wróciło około 7,5 tys. osób związanych z Państwem Islamskim, z czego prawie 2100 do Europy, prawie 800 do Rosji i krajów b. ZSRR, a prawie 2 tys. do Afryki Północnej. W przypadku tej ostatniej, największymi źródłami ochotników do Państwa Islamskiego były Tunezja (4 tys.) oraz Maroko (1,7 tys.), czyli kraje będące popularnymi kierunkami turystycznymi i niekojarzące się z islamskim terroryzmem.

Do Tunezji wróciło prawie tysiąc terrorystów, a do Maroka około trzystu. W czwartek 27 czerwca doszło w Tunezji do zamachu terrorystycznego i choć nie wiadomo, póki co, czy bezpośredni zamachowcy byli wcześniej w Syrii lub Iraku, to z całą pewnością wzrostu zagrożenia nie można oddzielić od zjawiska niekontrolowanych powrotów.

Problem jeńców

Te liczby nie uwzględniają fali niekontrolowanych powrotów, które nastąpiły w końcowej fazie militarnego upadku Państwa Islamskiego. Ponadto wśród 9 tys. jeńców oraz ponad 60 tys. kobiet i dzieci przetrzymywanych przez SDF w północnej Syrii znajduje się około 800 terrorystów posiadających obywatelstwo któregoś z krajów Unii Europejskiej, a także znacznie więcej kobiet i dzieci.

Kilka tysięcy dzieci urodziło się zresztą na terenach kontrolowanych przez Państwo Islamskie ze związków foreign fighters (czyli pochodzących z zagranicy terrorystów) z miejscowymi kobietami (lub odwrotnie – w związkach zagranicznych, często europejskich, ochotniczek i miejscowych terrorystów). A przecież tysiące jeńców wziął do niewoli również Irak i także tam w specjalnych obozach od miesięcy przebywają rodziny dżihadystów.

Europa zupełnie nie wie, co z tym fantem zrobić, a w debacie na ten temat nie brak kuriozalnych głosów. Niektórzy uważają bowiem, że Europa ma obowiązek pomóc swoim obywatelom, którzy „zbłądzili” i wstąpili do Państwa Islamskiego, a po jego upadku znaleźli się w „tragicznej” sytuacji.

Niektóre media i organizacje, takie jak Human Rights Watch z niesamowitą energią przystąpiły do ataków na iracki wymiar sprawiedliwości, zarzucając mu „niesprawiedliwe procesy” terrorystów i rzekome wymuszanie od nich zeznań torturami.

Oczywiście wzięci do niewoli niemal zawsze podkreślają, że są niewinni, do Państwa Islamskiego trafili z chęci pomagania ludziom, a jeśli zbłądzili to żałują, a tak w ogóle to nie walczyli, tylko byli lekarzami, kucharzami albo jedynie sprzątali.

Kontrastuje to z buńczucznymi wypowiedziami wielu przetrzymywanych w obozach kobiet, które na widok dziennikarzy stają się agresywne i wykrzykują dżihadystyczne hasła, a ich synowie deklarują często, przy aplauzie swoich matek, że chcą być „mudżahedinami”.

Terroryści znów uderzyli w Mali. Podejrzenie pada na Al-Kaidę

W ataku na hotel La Falaise w Bandiagarze, do jakiego doszło w późnych godzinach wieczornych, zginął żołnierz, który ochraniał wejście, zaś dwoje...

zobacz więcej

Zapętlenie w ideologicznym szaleństwie

W końcu maja przedstawicielka HRW Belkis Wille w rozmowie z publicystką „The Independent Bel Trew” stwierdziła, że pochodzących z Europy terrorystów trzeba sprowadzić z powrotem do Europy, bo to pozwoli na zrozumienie, dlaczego stali się radykałami i w rezultacie umożliwi wdrożenie skutecznych programów przeciwko ekstremizmowi.

Trudno o większą naiwność, ale też nie ma się czemu dziwić. Polityczna poprawność, która nie pozwala na przyznanie, że polityka multikulti skończyła się katastrofą, a ekstremistyczni imamowie w Europie odpowiadają na krytykę zarzutami o islamofobię, zbiera po prostu swoje żniwo. Bo przecież Państwo Islamskie nie ma nic wspólnego z islamem, a pieniądze płynące do Europy z wahabickiej Arabii Saudyjskiej nie mają nic wspólnego z szerzeniem się religijnego ekstremizmu.

Balkis Willie podzieliła się z czytelnikami brytyjskiej gazety jeszcze jedną „genialną” myślą tj. przekonaniem, że europejski system sprawiedliwości najlepiej poradzi sobie ze śledztwami w sprawie zbrodni Państwa Islamskiego. Tylko, że zarówno fakty, jak i logika całkowicie temu przeczą.

Państwo Islamskie wysyła do Europy bojowników, mieszając ich z imigrantami

Ekspansja Państwa Islamskiego nie dotyczy tylko Iraku, Syrii i Libanu. Organizacja terrorystyczna usiłuje doprowadzić do wojny religijnej również w...

zobacz więcej

Choć do Europy wróciło ponad 2 tys. osób związanych z Państwem Islamskim, to tylko nieliczni byli sądzeni i skazani. W większości wypadków proces napotyka bowiem na trudności dowodowe i jeśli terroryści nie byli na tyle głupi, by dowodami swoich zbrodni w chwili ich popełniania chwalić się w internecie, to szansa na skazanie jest niewielka. Zwłaszcza, jeśli pomoc prawna ze strony miejscowego wymiaru sprawiedliwości jest odrzucana pod wpływem zarzutów ze strony takich organizacji, jak HRW.

Rezultat jest taki, że młode jazydki, które były niewolnicami seksualnymi terrorystów Państwa Islamskiego, teraz spotykają swoich oprawców w niemieckich supermarketach. A nawet, jeśli niektórzy z nich trafią za kratki, to zwykle na nie więcej niż parę lat, a po tym czasie Europa będzie miała problem z armią setek, o ile nie tysięcy doświadczonych w boju terrorystów gotowych do ataku.

Dzieci do adopcji albo wyrosną na terrorystów

Liczba ta może być zresztą znacznie większa, gdy doda się do niej dzieci urodzone w rodzinach związanych z Państwem Islamskim, jeśli pozwoli się na ich wychowanie ich rodzicom. Tysiące takich dzieci przebywa w obozach w Iraku i Syrii, gdzie pogłębia się ich radykalizacja.

Jeszcze bardziej smutne jest to, że około kilkuset spośród nich to faktycznie nie dzieci tych dżihadystów, ale ich jazydzkich lub szyickich ofiar. Zostały one porwane, a następnie wyprano im mózgi tak skutecznie, że zapomniały o swojej prawdziwej tożsamości. Nikt jednak nie śpieszy do tych obozów, by przeprowadzić badania sprawdzające rodzicielstwo.

Za to wszelkie głosy wzywające do odebrania dzieci rodzicom związanym z Państwem Islamskim i oddania ich do adopcji są całkowicie ignorowane. Jednym z orędowników takiego rozwiązania jest brytyjski aktywista Macer Gifford, który przez kilka lat walczył w Syrii przeciwko Państwu Islamskiemu jako międzynarodowy ochotnik SDF. Ale „obrońcy praw człowieka” wolą myśleć o dobru matek-dżihadystek, takich jak Shamima Begum. Z tej pochodzącej z Wielkiej Brytanii bezwzględnej członkini szariackiej milicji kobiecej, zrobiono „ofiarę rasizmu”, gdy Londyn pozbawił ją obywatelstwa.

Ale takie odbieranie obywatelstwa i unikanie odpowiedzialności za pochodzących z Europy dżihadystów też nie jest rozwiązaniem. Ani Irak, ani tym bardziej syryjscy Kurdowie nie mogą bowiem być obarczani problemem, który po prostu nie jest ich.

W dodatku syryjscy Kurdowie nie mają warunków do ich sądzenia i środków finansowych do ich przetrzymywania, a ze względu na ich złożony status nie mogą (i nie chcą) stosować kary śmierci. Jest to więc po pierwsze nieuczciwe, po drugie zaś grozi w przyszłości niekontrolowanym powrotem tych, którzy zostaną wypuszczeni lub uciekną.

Ostatnio coraz więcej mówi się o stworzeniu międzynarodowego trybunału, który by sądził tych terrorystów. Problem w tym, że nie rozwiąże to trudności dowodowych, a jeśli trybunał ten będzie wzorowany na Międzynarodowym Trybunale Karnym to postępowania toczyć się będą kilka dekad i pochłoną miliardy dolarów. A w tym czasie ofiary Państwa Islamskiego będą ledwo wiązać koniec z końcem, czekając jeszcze wiele lat na odbudowę swoich zniszczonych domostw.

źródło:
Zobacz więcej