RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Platforma daje świadectwo [OPINIA]

Opozycja wystawia oceny w imieniu Polaków i Polek, chociaż wybory pokazały, że nie ma ku temu najmocniejszej legitymacji (fot. PAP/Wojciech Olkuśnik)

Koniec roku szkolnego Platforma Obywatelska postanowiła uczcić przyciężkim żartem – wystawieniem rządowi Prawa i Sprawiedliwości szkolnego świadectwa. „Dokument” podpisano „Polacy i Polki”, nie zauważając najwyraźniej, że nie tak dawno mieliśmy jakieś wybory, w nich zaś ocena działań rządu wypadła o wiele lepiej.

Tusk i 4 czerwca. Puste ręce, puste słowa [OPINIA]

Przemówienie Donalda Tuska wygłoszone 4 czerwca w oderwaniu od prawdy historycznej (i prawdy jako takiej) wypadło lepiej, niż chcieliby jego...

zobacz więcej

Spójrzmy jednak na to, co opozycja wypisała na tym doniosłym dokumencie. Zachowanie – „naganne”. To akurat nie dziwi, pyskowanie autorytetom, kwestionowanie jedynie słusznej linii dyrekcji, przyglądanie się, co szacowne grono pedagogiczne wyczynia na wycieczkach i gdzie znikają pieniądze ze składek rodziców…

Kto w szkole pozwalał sobie na wypadnięcie ze schematu ucznia posłusznego, konformisty i lizusa, ten zapewne otarł się co najmniej o groźbę złowrogiej nagany na świadectwie. Reszta ocen dzieli się na dwa ekstrema, co zresztą pokazuje, że trudno jest wejść z grafiką w jakąkolwiek dyskusję. Każdy, kto ocenia pracę dowolnego rządu będzie w stanie wskazać, że są sprawy, które idą dobrze, a są takie, które zostały odłożone na potem, zaniedbane lub zwyczajnie nie wyszły.

Ocena prawdziwych ekspertów

500 plus i inne elementy pakietu socjalnego – bardzo dobrze, mieszkanie plus – do poprawki we wrześniu, obniżenie podatków – czekamy… Tu jednak nikt w żadne niuanse się nie bawi. Mamy kilka haseł, dotyczących działań pozytywnych, za które ocena jest, oczywiście, niedostateczna. Za to tam, gdzie rzucić można hasłem o negatywnej konotacji – celująca. I tak najwyższą notę PiS dostaje za „upartyjnienie sądów”, „szczucie ludzi” czy „kolesiostwo i nepotyzm”, najniższą za reformy i walkę ze smogiem. Nie wiem, czy PiS ucieszą te lepsze stopnie, pamiętajmy jednak, że stawiają je prawdziwi eksperci.

Szkolne oceny wykorzystać można w kampanii wyborczej. Ot, gdy partia wylosuje numer 5 albo 6, może sprzedać wyborcom numer listy jako ocenę swoich rządów lub propozycji programowych. To banał, ale sympatyczny. Jedynka zawsze uważana była jako szczęśliwa, zwłaszcza, gdy w starym systemie głosowania dawała partii przewagę w postaci pierwszej strony książeczki, czym niektórzy tłumaczyli nawet wynik wyborów samorządowych w 2014 roku. Dziś wygląda to trochę inaczej, ale i tę cyfrę wykorzystać można w sposób szkolny, zwłaszcza będąc w opozycji i wezwać wyborców do postawienia jedynki nielubianemu rządowi. Ale teraz, kiedy żadnych numerów jeszcze nie ma?

Tusk i 4 czerwca. Puste ręce, puste słowa [OPINIA]

Przemówienie Donalda Tuska wygłoszone 4 czerwca w oderwaniu od prawdy historycznej (i prawdy jako takiej) wypadło lepiej, niż chcieliby jego...

zobacz więcej

Tyle niedostatecznych oznacza pozostawienie na kolejny rok w tej samej klasie, w tym samym miejscu. A więc, w przypadku rządu, na kolejną kadencję. I tak to się zapewne skończy, jeśli oczywiście polityków PiS nie zgubi do jesieni pewność siebie i triumfalizm kilku publicystów.

Wybory pokazały, co myślą Polacy

Opozycja wystawia oceny w imieniu Polaków i Polek, chociaż wybory pokazały, że nie ma ku temu najmocniejszej legitymacji. Trudno jednak zrezygnować z tego, co się zna i lubi, zwłaszcza, że wypadałoby się wziąć za coś nowego, co pozwoli przekonać do siebie wyborców. Zarówno wyniki, jak frekwencja pokazały, że nie da się wygrać tylko własnym, choćby najmocniej zmobilizowanym elektoratem i trzeba podebrać rządzącym jakąś część zwolenników. Przydałoby się również zmobilizować młodzież, która swoim obywatelskim obowiązkiem w swej masie przejęła się dość słabo.

Na razie jednak nie widać, by cokolwiek z działań opozycji szło w którymś z tych kierunków. Kiedy Wiosna – największa polityczna konkurencja po tej samej stronie sceny politycznej – stoi u progu kłopotów, spowodowanych rozczarowaniem rosnącej części działaczy i postawą samego Roberta Biedronia, który spektakularnie zmienił zdanie w sprawie swojej obecności w PE, działacze Platformy robią wszystko, by przypadkiem nie przejąć jej elektoratu. Kilka dni temu Sławomir Neumann zapowiedział, że jego partia zalegalizuje związki partnerskie, wykluczył przy tym jednak przyznanie prawa do adopcji dzieci dla par jednopłciowych.

Z punktu widzenia obaw większości wyborców jest to działanie racjonalne, jednak w sytuacji, gdy ma się chrapkę na elektorat skrajnie lewicowy (a na inny Platforma z Nowoczesną liczyć na razie i tak nie mogą) ryzykowne. Chyba, że to przekaz dla symbolicznego Świebodzina, polskiej prowincji, przed którą, jak przyznał niedawno Rafał Grupiński, należy ukrywać prawdziwe cele i zamiary opozycji w sprawach obyczajowych.

Trwa festiwal pocieszania się

Opozycja, a przynajmniej ta jej część, która skupiła się wokół Platformy Obywatelskiej, nie wyciągnęła z wyborów żadnej lekcji. Trwa festiwal pocieszania się. Po kilku dniach mówienia o brakach w kampanii i szerzej, w kontaktach z własnymi i potencjalnymi wyborcami, wydaje się, że działacze wpadli w stare koleiny.

Zwycięstwo PiS, marsz z waginą i spacer Trzaskowskiego

Miażdżące zwycięstwo PiS w wyborach do europarlamentu źle wpłynęło na samopoczucie przedstawicieli tzw. elit. Większości przyniosło frustrację i...

zobacz więcej

Udowadniają więc sobie, że zrobili bardzo dużo, publikując choćby liczby spotkań, odbytych w ramach takich inicjatyw, jak Kluby Obywatelskie. Przypomnijmy, że kluby te to seria spotkań z politykami, dziennikarzami i (tak, tak…) duchownymi popierającymi opozycję, którzy, na ogół w atrakcyjnych lokalizacjach, przekonują już przekonane skromne grono słuchaczy do tego, co słuchacze sami wiedzą – PiS niszczy demokrację, wspólnotę i Polskę, łamiąc przy tym konstytucję, dzieląc obywateli, a nawet Kościół. Kluby, w pierwotnym założeniu mające być liberalną odpowiedzią na inicjatywy grupujące sympatyków Gazety Polskiej czy Radia Maryja, stały się raczej kolejnym dowodem na swoistą ekskluzywność opozycji, trudno szukać jakichkolwiek skutków ich działań czy wpływu na kampanię wyborczą i głosowanie.

Nie ma wreszcie pomysłu, co właściwie zrobić z Donaldem Tuskiem. Co prawda, posłuchano Tuska w sprawie powrotu do samozadowolenia, do czego wzywał 4 czerwca w Gdańsku, równocześnie jednak zrezygnowano dość gwałtownie z założenia jako oczywistego wystawienia byłego premiera w wyborach prezydenckich. Tusk nagle przestał być pewniakiem, który wróci na białym koniu i odbierze władzę z rąk uzurpatorów nienamaszczonych przez liberalne elity, z Andrzejem Dudą na czele.

Andrzej Duda w Kalifornii: Dziękuję za wspaniałe świadectwo polskości

– Dziękuję za podtrzymywanie polskości i za wspaniałą postawę jako Polaków, którzy tu w Kalifornii reprezentują polskość, dając świadectwo tego,...

zobacz więcej

Andrzej Duda, Donald Tusk i sondaże

Sondaże pokazują, że Duda ma dziś bardzo duże szanse na reelekcję, a na Tuska zaś mało kto czeka. Czasy, gdy każde jego pojawienie się kraju powodowało zakorkowanie przez tłum zwolenników peronu na dworcu w Warszawie, mamy już zdecydowanie za sobą. W Gdańsku słuchało go mniej osób, niż odprowadzało go nie tak dawno przecież do warszawskiej prokuratury. Co więcej, tym razem nie chciał się z nim spotkać nawet nikt z partyjnych kolegów, którzy coraz częściej uważają dawnego lidera za kłopot.

Oczywiście, nie wszyscy. Profesor Wojciech Sadurski, ostatnio znany głównie z twitterowej aktywności, na swoim blogu na portalu Na Temat proponuje, by Tusk już teraz rzucił Brukselę, wrócił do kraju i swoimi „świetnymi, energetyzującymi przemówieniami” poprowadził do zwycięstwa całą – zjednoczoną od Biedronia do Kosiniaka-Kamysza – opozycję, następnie zaś samego siebie. Jest to wizja ciekawa chyba tylko jako przypadek mocnego oderwania od rzeczywistości – wizja, która najbardziej rozbawiłaby chyba samego Donalda Tuska.

Czasami warto zostawić niewysłany tekst na kilka godzin z myślą, że życie samo dopisze do niego puentę. Tak też się stało. Znany z wielkiej i niesłabnącej sympatii do Donalda Tuska red. Michał Kolanko zapowiedział późnym wieczorem, że „W powietrzu wisi prawdziwy #gamchenger. Będzie się działo.”. Zakładając, że redaktorowi chodziło o „game changer”, spodziewać można było się bardzo wiele. I faktycznie, w chwilę potem pojawiła się informacja, że Donald Tusk może być kandydatem na szefa Komisji Europejskiej.

Tusk informację tę zdementował, co oczywiście o niczym nie świadczy, przypomnijmy, że jeszcze 25 lipca 2014 roku zapowiadał, że do Brukseli na fotel szefa Rady Europejskiej się nie wybiera. O tym, ile warte były jego słowa, przekonaliśmy się już w sierpniu tego samego roku. Głosy, przekazywane z Brukseli przez korespondentów pokazują, że tym razem nie ma jednak wobec Tuska konsensusu, więc chce, czy nie chce, na żadne 27:1 się tym razem nie zanosi. Czyli kolejna sprawa, wbrew entuzjazmowi fanów, niepewna. „Na szczęście, nie” – dorzuca Jean-Claude Juncker, gdy na konferencji prasowej Tusk odpowiada, że nie ma go na liście kandydatów. Profesor Sadurski może więc jeszcze chwilę cieszyć się swoją wizją.

źródło:
Zobacz więcej