Donald Tusk na koniu z memów [OPINIA]

Donald Tusk podczas przesłuchania przed komisją ds. VAT (fot. arch. PAP/Paweł Supernak)

Kojarzycie, Państwo, memy, na których widnieje sylwetka konia? W połowie: pięknie namalowanego rumaka; w połowie: niezdarnie naszkicowanej szkapy. To memy z cyklu oczekiwania kontra rzeczywistość. To memy o przewodniczącym Rady Europejskiej.

„Zakopane miliardy” czy „legenda o VAT”. Donald Tusk o tym, że Polskę jednak stać na 500 plus

Pięć lat temu Donald Tusk jako premier deklarował, że on sam chciałby dać dzieciom nawet 1000 zł, dzięki czemu byłby „najszczęśliwszym premierem w...

zobacz więcej

Po przesłuchaniu Donalda Tuska przed komisją ds. VAT nie ma większych wątpliwości: jeśli były premier wróci do Polski robić politykę, to właśnie na takim koniu z memów. Żadnego białego wierzchowca już nie będzie. Najlepiej chyba pokazuje to napięta, zmęczona twarz człowieka pełniącego obowiązki ideowego przywódcy liberalnej opozycji. To prawda: Tusk nie poddaje się łatwo, jego przesłuchanie wymagało od komisji, na czele z Marcinem Horałą z Prawa i Sprawiedliwości, sporo zimnej krwi.

Ale ostatecznie zobaczyliśmy polityka, który najchętniej stwierdzał: „nie wiem, nie orientuję się, zarobiony byłem”. Gdy patrzyłem wczoraj na ex-premiera, który do wystąpienia na Uniwersytecie Warszawskim sprawiał wrażenie jeszcze dość pewnego siebie, miałem poczucie, że jego najistotniejszy niewerbalny przekaz to: dajcie mi już wszyscy święty spokój.

I wcale nie jest tak, że Donald Tusk ma dość wyłącznie swoich przeciwników z PiS. W politycznych kuluarach przede wszystkim mówi się o tym, że ma wielki żal do Grzegorza Schetyny i ludzi z Koalicji Europejskiej, którzy malowali przed nim wizję wygranej w wyborach do europarlamentu i triumfalnego powrotu do polskiej polityki. A tak naprawdę zaklinali rzeczywistość, zrobili z Tuska magiczny amulet, który roztrzaskał się o skały rzeczywistości.

Bo opozycja w polityce od lat prezentuje myślenie magiczne: myśli, że na przykład głośne powtarzanie bez zrozumienia tych samych słów („de-mo-kra-cja!, kon-sty-tu-cja!”) odmieni świat. Myśli, że wystarczy pokazać ludziom dawnego premiera od ciepłej wody w kranach, takiego ładnego, europejskiego i słupki poparcia skoczą pod niebiosa.

Nie wie, nie pamięta, nie przyjmuje do wiadomości. Donald Tusk przed komisją śledczą

Przesłuchanie byłego premiera Polski Donalda Tuska przed komisją ds. wyłudzeń VAT może nie zostać zapamiętane jako rzeczowe i posuwające prace...

zobacz więcej

Ale właśnie to przywiązanie do myślenia magicznego, ta kompletna niezdolność zrozumienia procesów zachodzących w Polsce zgubiły i Donalda Tuska, i jego kamarylę z Uniwersytetu Warszawskiego, i Koalicję Europejską jako fantomowe ciało Antypisu. Przez pierwsze lata rządów Prawa i Sprawiedliwości, inspirowani przez Leszka Balcerowicza, wciąż powtarzali hasełka o rychłej zapaści gospodarczej.

Dziś, gdy nawet liberalni ekonomiści publicznie przyznają, że mamy niesamowicie wysokie wskaźniki rozwoju, i że wzrost jest stabilny, liberałowie nie wiedzą już kompletnie, co powiedzieć. Zatem gadają to, co zwykle. I męczą biednego Tuska, żeby ich uratował. Ale ta czaszka już się najpewniej nie uśmiechnie, parafrazując Kołakowskiego ze starych czasów.

To taka umysłowa przypadłość: opozycja myśli, że polskie społeczeństwo wciąż można robić w Tuska na białym koniu. Ale tak się nie da. Przez tych kilka ostatnich lat dokonały się dość poważne zmiany. Dziś przeciw opozycji przede wszystkim jest koniunktura gospodarcza, optymizm konsumencki, wyższe zarobki, mniejsze bezrobocie, solidna jak na III RP oferta prorodzinna i prospołeczna Prawa i Sprawiedliwości.


Oni myśleli, że wystarczy pomachać Tuskiem i ludzie z miejsca oddadzą na nich głosy. Ale spora część wyborców poszła do urn właśnie dlatego, że machania Tuskiem do garnka nie włoży, podobnie jak kombatancko-moralizatorskich pouczeń na łamach „Wyborczej”, straszenia ludzi wyimaginowanym faszyzmem i nie mniej wydumanym klerykalizmem politycznym. Ludzie na co dzień mają inne problemy. I PiS rozumie to lepiej niż cała reszta klasy politycznej.

Samuel Pereira: Koniec mitu. „Czarów” Donalda Tuska już nikt nie kupi

W dobrym rozumieniu relacji wyborca-politycy pomaga obraz rozszerzonej rodziny. Wyborca czasem patrzy na polską polityczną rodzinę i widzi...

zobacz więcej

Nikt nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki – myśl Heraklita z Efezu oddaje to, co się przydarzyło Tuskowi. On przecież właściwie uciekł z Polski, zostawiając coraz bardziej piętrzące się problemy w kraju na głowie Ewy Kopacz i Grzegorza Schetyny. Remedium na to nie było: Platforma nie mogła poradzić sobie z kłopotami, które sama tworzyła. Nie mogła też za bardzo podskakiwać swojemu żelaznemu, ultraliberalnemu elektoratowi i opiniotwórczym, wspierającym elitom. W Platformie liczono, że szybko przyjdzie zmęczenie rządami PiS i Tusk wróci do kraju jak do siebie, a stęskniony naród rzuci mu się w ramiona.

Tylko że naród nie tęskni. Co więcej, ludzie wciąż mają do pana Donalda sporo pytań w związku z Amber Gold, w związku z totalnym nieogarnianiem przez jego rządy spraw podatku VAT. Tusk dziś tłumaczy, że był premierem, a nie analitykiem finansowym z ministerstwa. Ale to poważny błąd: bo stan finansów publicznych i budżet to po prostu narzędzie polityki, a nie tylko czysta ekonomia. Ludzi naprawdę interesuje, jak to jest, że oni muszą płacić podatki co do złotówki, i w razie czego skarbówka się nad nimi nie ulituje, a jakieś tłuste misie na karuzelach vatowskich „przewaliły” miliardy złotych.

I jak to jest, że za czasów PO zawsze brakowało środków dla zwykłych ludzi (tak, tak, dla nauczycieli też brakowało!), a za PiS jednak zwiększa się wydatki na różne grupy społeczne i zawodowe i dobra passa gospodarcza wciąż trwa. To miażdży wszelkie lumpenliberalne dogmaty, których zakładnikiem w znacznej mierze jest też pan Tusk.

A najlepsze jest to, że opozycja najpewniej niczego się nie nauczy z lekcji, jaką właśnie dostaje od rzeczywistości. Wyraźnie widać, że szukają raczej nowych dróg ucieczki do przodu – związanej z destrukcyjnymi projektem pseudo-samorządowym. Ale to już temat na inny felieton.

źródło:
Zobacz więcej