NHL: historyczny sukces. Mistrzowie w rytmie bluesa

Hokeiści St. Louis Blues po raz pierwszy w historii sięgnęli po Puchar Stanleya (fot. Getty Images)

Jeszcze w styczniu byli najsłabszym zespołem NHL. Ich historia to dowód na to, jak piękny i nieprzewidywalny jest sport: minęło zaledwie pięć miesięcy, a hokeiści St. Louis Blues sięgnęli po pierwszy w historii klubu Puchar Stanleya. W siódmym, decydującym meczu finałów, pokonali na wyjeździe Boston Bruins (4:1).

Dinozaury z Kanady o krok od mistrzostwa NBA

Koszykarzy Toronto Raptors dzieli już tylko jedno zwycięstwo od mistrzostwa ligi NBA. W piątek pokonali na wyjeździe Golden State Warriors 105:92 i...

zobacz więcej

Historia sukcesu Blues to historia Jordana Binningtona. Wybrany w trzeciej rundzie draftu w 2012 roku, od lat tułał się po rezerwach. Dostał jedną szansę, spisał się poprawnie, ale w notesach trenerów nie zaistniał. Ot, trzeci, może czwarty bramkarz, „na wszelki wypadek”.

O rzuceniu hokeja nie myślał, ale coraz śmielej spoglądał w stronę Europy. Jeśli nie NHL, to może Rosja? Alternatywy nie zachwycały, marzył przecież – jak każdy Kanadyjczyk – o wspaniałej karierze i występach na wielkiej scenie. Robił co mógł, na tzw. farmie spisywał się więcej niż świetnie, licząc, że telefon w końcu zadzwoni… Ktoś testował jego cierpliwość.

Połączenie nawiązano w grudniu zeszłego roku. Zespół z St. Louis spisywał się fatalnie, częściej przegrywał niż wygrywał, a jednym ze współwinnych takiego stanu rzeczy uznano podstawowego bramkarza, Jake’a Allena. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył, że ściągnięcie Binningtona doprowadzi do rewolucji, ale imano się wszelkich sposobów, by dać drużynie impuls. Gorzej być przecież nie mogło.

Dostał szansę, gdy sięgnęli dna

Potrenował, popróbował, pokazał się trenerom, dwa razy wszedł z ławki. Tyle. Dopiero gdy Blues sięgnęli dna, mniej więcej na początku stycznia, 25-latek dostał szansę gry od pierwszej minuty. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania: 25 obronionych strzałów, żadnej wpuszczonej bramki, zwycięstwo 3:0 z Philadelphia Flyers.

Craig Berube, szkoleniowiec zespołu z St. Louis, jeszcze przez kilka tygodni stosował na pozycji bramkarza rotację: raz wyjeżdżał Allen, raz Binnington. Pod koniec stycznia, gdy stało się jasne, kto w tym duecie jest lepszy, proporcje zmieniły się na korzyść 25-latka. Z nim na lodzie Blues zanotowali rekordową serię jedenastu zwycięstw, z nim zapewnili sobie też awans do fazy play-off. Niemożliwe, niespodziewane, piękne.


Siódmy mecz finałów. Sporo mówiło się o doświadczeniu, o tym, że Blues nigdy nie zdobyli Pucharu Stanleya, a kibice w Bostonie wciąż pamiętają magiczny rok 2011. Właściwie wszystko miało pójść nie tak: wrogo nastawieni kibice w jednej z najgłośniejszych hal, tumult, presja, a w bramce 25-latek, który rozgrywa pierwszy pełny sezon w NHL. Nikt taki nigdy wcześniej nie sięgnął po mistrzostwo.

„Presja”? Binnington nie zna tego słowa. Bronił jak nakręcony, strzał za strzałem, próba za próbą, skutecznie odbierając „Niedźwiadkom” radość z gry. Koledzy z ofensywy pomogli: strzelili w pierwszej tercji dwa gole (przy zaledwie trzech strzałach), Blues prowadzili 2:0.

Tytuł MVP przegrał o włos

Obraz gry przez cały mecz był podobny: to Bruins atakowali, to Bruins częściej prowadzili krążek, ale cóż mogli zrobić, gdy bramki strzegł tak dysponowany Binnington? Wysokie zwycięstwo (4:1) nie oddaje przebiegu spotkania, ale doskonale ukazuje wkład Kanadyjczyka, który obronił aż 32 strzały (Tuukka Rask, jego vis-a-vis, zaledwie 16).

Najbardziej wartościowym zawodnikiem finałów wybrano co prawda napastnika Ryana O’Reilly’ego, ale Binnington walkę o indywidualne trofeum przegrał z nim o włos. Czy ma to znaczenie? Pewnie nie. 25-latek ma jeszcze sporo czasu, by błyszczeć. Nikt już nie ma wątpliwości, że będzie to robił.

A Blues? To był czwarty finał w 52-letniej historii klubu. I pierwsze zwycięstwo. Nikt w nich nie wierzył, nikt na nich nie stawiał, w żadnej z serii nie byli faworytami. Mieli przegrać z Winnipeg Jets – wygrali 4:2. Dallas Stars mieli ich zbić – wygrali z nimi 4:3. Z San Jose Sharks rozprawili się w sześciu meczach, z Boston Bruins w siedmiu. Każde (!) z tych starć w pierwszym składzie rozpoczynał Binnington.

źródło:
Zobacz więcej