Wojna futbolowa. Gdy mecz stał się sygnałem do przelewu krwi

Wojna między Hondurasem a Salwadorem wybuchła po meczu piłkarskim (fot. Ian McLennan/Getty Images)

To jest namiętność, fioł, szmergiel – pisała Joanna Chmielewska o wyścigach konnych. To samo można powiedzieć o stosunku mieszkańców Ameryki Południowej i Środkowej do piłki nożnej. Namiętność to tak wielka, że mecz piłkarski stał się nawet przyczyną wojny. Mija właśnie pół wieku od spotkania Salwadoru z Hondurasem, które zapoczątkowało lawinę krwi.

Korupcja, bandytyzm, przekręty. Ponura historia… mundiali

Piłkarskie mistrzostwa świata to nie tylko wspaniałe mecze, wyborne gole, łzy szczęścia i gorycz porażki. To także cała niezwykle bogata galeria...

zobacz więcej

Działacze UEFA i FIFA stają dziś na głowie, żeby reprezentacje czy drużyny ze zwaśnionych krajów nie natrafiały na siebie w rozgrywkach międzynarodowych. Rosyjskie zespoły nie grają z ukraińskimi, nie ma też szans choćby, żeby Armenia zmierzyła się z Azerbejdżanem.

Kiedyś jednak nie przestrzegano tego zbyt rygorystycznie, wychodząc z założenia, że sport to sport, a polityka to polityka. Nic bardziej błędnego. Tych dwóch pojęć nie można traktować rozłącznie. George Orwell już w 1945 r. zauważył, że sport jest „nierozerwalnie związany z nienawiścią, zazdrością, chełpliwością, z pogardą dla wszelkich zasad i sadystyczną przyjemnością z oglądania przemocy: innymi słowy jest to wojna minus strzelanie”.

Zastępcza forma wojny

Myśl Orwella twórczo rozwinął Andriej Gromyko, szef radzieckiej dyplomacji w latach 1957-85. – Tylko jedno ma sens z tego, co mówił De Coubertin (baron Pierre de Coubertin, inicjator pierwszych nowoczesnych igrzysk olimpijskich w 1896 r. w Atenach – przyp. red.): walka. Walka między obozem krajów socjalistycznych i kapitalistami. Olimpiada to zastępcza forma wojny – oświadczył raz podczas wystąpienia na forum KPZR.

Sport, w tym piłka nożna, potrafi być wentylem, który uwalnia negatywne emocje nagromadzone latami w danej społeczności. Te nieraz prowadzą do rozlewu krwi. Tak właśnie miało to miejsce 50 lat temu na wąskim skrawku ziemi między kontynentem północno- i południowoamerykańskim. „Małe kraje z trzeciego, czwartego i dalszych światów mają szanse wzbudzić żywsze zainteresowanie dopiero wówczas, kiedy zdecydują się na przelew krwi. Smutna to prawda, ale tak jest” – zwrócił uwagę Ryszard Kapuściński w reportażu „Wojna futbolowa”, w którym opisał konflikt między Salwadorem i Hondurasem.

Nam, Europejczykom, wojna ta może wydawać się dziwna. Dla nas różnica między Salwadorem a Hondurasem jest żadna. Ot, republiki raczej na bakier z demokracją, palmy, język hiszpański. Różnice między nimi są jednak duże i zasadnicze. Żeby poznać przyczyny wrogości trzeba cofnąć się znacznie dalej.

Honduras: Masowa demonstracja przeciwko reelekcji Hernandeza

Ponad 80 tysięcy ludzi demonstrowało w sobotę w mieście San Pedro Sula na północy Hondurasu przeciwko reelekcji urzędującego prezydenta kraju Juana...

zobacz więcej

Na terenach, które podbili hiszpańscy konkwistadorzy, mordując rdzennych Indian Azteków, utworzono Wicekrólestwo Nowej Hiszpanii. Twór ten rozpadł się w 1821 r. Honduras uzyskał wtedy niepodległość, a mniejszy od niego Salwador włączono do cesarstwa Meksyku. Po dwóch latach kraj został włączony do Zjednoczonych Prowincji Ameryki Środkowej, w których ponownie miał wspólną państwowość z Hondurasem. Gdy Federacja zaczęła się rozpadać, oba kraje były już tylko sąsiadami i – jak to między sąsiadami – z czasem dochodziło do coraz ostrzejszych sporów i spięć.

Plutokracja

Salwador był przez wiele lat władany przez grupę arystokratycznych rodów pochodzenia europejskiego, zwaną La Catorce (czternastka; od ich liczby), które zdobyły wpływy jeszcze gdy ziemie te należały do korony hiszpańskiej. Arystokracja, choć nieliczna, miała w rękach przemysł, system bankowy i większość terenów uprawnych.

W tym czasie setki tysięcy chłopów, głównie Indian, nie miały żadnej ziemi, praw, niczego. Na początku lat 30. ubiegłego wieku doszło do rewolty, chłopi chcieli bowiem zajmować pańskie latyfundia. Wojsko wyrżnęło niepokornych. Zginęło wówczas około 30 tys. chłopów. Wydarzenia te przeszły do historii jako „La Matanza” („Rzeź”). Tysiące chłopów uciekło za granicę, głównie do Hondurasu, a ci, którzy zostali, byli skazani na dalszą nędzę. Mogli tylko marzyć o godnej pracy na roli i odpowiednim wyżywieniu rodziny.

W kraju pogłębiały się różnice społeczne, które powodowały napięcia. Chłopi się buntowali, więc junta wysyłała przeciwko nim wojsko. Władza nie musiała się obawiać konsekwencji. Prawicowy reżim był wspierany przez Stany Zjednoczone, szczególnie od lat 60., gdy Waszyngton został zaskoczony obaleniem kubańskiego dyktatora Fulgencio Batisty przez Fidela Castro i pilnowano, by również w innych krajach regionu nie doszło do komunistycznej rewolucji.

Teraz Honduras. W tym przypadku również kraj został skupiony w rękach konkretnej grupy, ale były nim zagraniczne przedsiębiorstwa, głównie ze Stanów Zjednoczonych. Na przełomie XIX i XX wieku dzięki liberalnej polityce prezydenta Manuela Bonilli Amerykanie wykupywali ogromne tereny kraju pod uprawę owoców, głownie bananów oraz hodowlę zwierząt. Dwie piąte wszystkich pól znalazły się w ich rękach. Amerykańskie koncerny, jak choćby gigant owocowy United Fruit Company, dosłownie uczyniły z Hondurasu republikę bananową.

Wojna futbolowa kosztowała życie około 2 tys. osób (fot. Express/Hulton Archive/Getty Images)

Morderstwa, gwałty, narkotyki. Mroczna strona sportu

Miał być tytuł mistrza świata i chwała, może być 40 lat więzienia. Na niecały miesiąc przed walką życia gruziński pięściarz Avtandil Khurtsidze...

zobacz więcej

Do pionu

Gdy Waszyngton czuł, że jego interesy są zagrożone, wysyłał do Hondurasu wojsko; tak było podczas strajków chłopskich i prób przewrotu w latach 1913-15. Amerykanie potrzebowali nie tylko przychylnej władzy, ale przede wszystkim taniej siły roboczej. Chętnie zatrudniali zwłaszcza będących w beznadziejnej sytuacji migrantów z Salwadoru.

Wszystko szło po myśli Amerykanów, dopóki Honduras był w miarę stabilny gospodarczo, bezrobocie było na względnie niskim poziomie, a władze nie podejmowały prób reformowania dobrze funkcjonującego systemu. W latach 50. sytuacja zaczęła się jednak pogarszać, junta wojskowa coraz bardziej dociskała śrubę, co zwykle jest złym sygnałem dla gospodarki.

W 1957 r. wybory prezydenckie wygrał Ramon Villeda Morales, który chciał uzdrowić kraj. Przeprowadził reformę rolną i zwiększył politykę interwencji państwa nad gospodarką, co było wyzwaniem rzuconym establishmentowi. Dla armii i USA było to za wiele. Dochodziło do kolejnych prób odsunięcia Villedy od władzy. Puczystom udało się to ostatecznie w 1963 r. Prezydentem został Oswaldo Lopez Arellano, który cofnął reformę rolną i doprowadził Honduras na skraj zapaści gospodarczej. Chłopi się buntowali, wiec junta wysyłała przeciwko nim wojsko.

W kraju rosła niechęć do władzy, szczególnie ze strony chłopów bezrolnych, ale ta potrafiła ją sprytnie przekierować dalej – na imigrantów ekonomicznych z Salwadoru. Junta zajęła się też nimi bezpośrednio. Przeprowadzono nową reformę rolną – nieużytki przekazano rolnikom, ale tylko tym, którzy urodzili się w Hondurasie. Salwadorczycy, którzy mieszkali tu od dziesiątek lat znów byli wykluczeni, kilku tysiącom odebrano ich majątki.

Imigranci stali się kozłem ofiarnym. Propaganda obwiniała ich o kryzys gospodarczy, rosnące płace, a nawet to, że granica między Hondurasem i Salwadorem wciąż nie była uregulowana. W 1969 r. władze w Tegucigalpie w porozumieniu z posiadaczami ziemskimi zrzeszonymi w Krajowej Federacji Rolników i Hodowców nakazały niechcianym już imigrantom opuszczenie kraju. Dochodziło do ataków na Salwadorczyków.

Od łapówkarza do prezydenta. Sportowcy biorą się za politykę

Kariera sportowca przypomina karierę modelek – jest na ogół krótka, a potem człowiek w miarę młodym wieku zostaje z dużą ilością wolnego czasu, z...

zobacz więcej

Reżim w San Salvadorze obawiał się konsekwencji ekonomicznych i społecznych powrotu swoich obywateli. Nie zamierzał przyznawać reemigrantom ziemi, do tego obawiano się, że przyjezdni zażądają przeprowadzenia reformy rolnej albo zaczną rozparcelowywać majątki wielkich posiadaczy ziemskich. Liczono się nawet z możliwością wybuchu wojny domowej, w której wracający z Hondurasu utworzyliby partyzantkę. Biorąc pod uwagę region świata i działania zawodowych rewolucjonistów jak Che Guevara nie byłoby to nic nadzwyczajnego. Podjęto najprostszą decyzję – zamknięto przed rodakami granice. Około 300 tys. niechcianych przez nikogo osób znalazło się między młotem a kowadłem.

Przepustka do mundialu

W takiej atmosferze wzajemnej nienawiści 8 czerwca 1969 r. reprezentacje obu krajów rozegrały w Tegucigalpie mecz piłkarski w eliminacjach do mistrzostw świata, które miały się odbyć rok później w Meksyku. Zwycięzca rywalizacji miał zmierzyć się z Haiti, więc ten dwumecz był przepustką do mundialu.

Kibice Hondurasu zadbali o to, żeby uprzykrzyć drużynie przeciwnej życie. Wieczorem zebrali się wokół hotelu, w którym mieszkała reprezentacja prowadzona przez Gregoria Bundia i do godzin porannych zakłócali ich spokój na wszelkie możliwe sposoby – głośno śpiewali, odpalali petardy, a nawet rzucali kamieniami w okna.

Salwadorczycy przyjechali na Estadio Nacional niewyspani. Byli osłabieni, ale mądrze się bronili i długo utrzymywał się korzystny dla nich rezultat bezbramkowy. Enrique Cardona, który był wówczas zawodnikiem Atletico Madryt, strzelił zwycięskiego gola dla gospodarzy dopiero w doliczonym czasie gry.

Legenda głosi, że po porażce 18-letnia Salwadorka Amelia Bolanos poszła do pokoju ojca, wyciągnęła z szafki pistolet i strzeliła sobie prosto w serce. Z miejsca stała się bohaterką narodową symbolizującą bezgraniczną miłość do ojczyzny.

Jak państwa totalitarne angażują sport do bieżącej polityki. „Nie ma w tym przypadku”

Władimir Putin potrzebuje sukcesu, bo jego notowania spadają – powiedział dyrektor Instytutu Studiów Strategicznych Akademii Sztuki Wojennej w...

zobacz więcej

Rzucanie martwymi szczurami

Tydzień później, 15 czerwca 1969 r., role się odwróciły. To hotel w San Salvador, w którym zamieszkali piłkarze reprezentacji Hondurasu, stał się obleganą twierdzą. W kierunku pokoi zajmowanych przez drużynę leciały m.in. jajka, kamienie, a nawet martwe szczury. Na Estadio Flor Blanca zespół zawiozły specjalnie wynajęty pojazd opancerzony. Kibice biegli za nim, grożąc piłkarzom i machając im portretami tragicznie zmarłej Amelii Bolanos. Pałali rządzą krwawej zemsty.

Na stadionie jeszcze mniej odpowiedzialnie zachowywali się organizatorzy meczu. Nie wywiesili flagi Hondurasu – ta została spalona – tylko jakąś brudną i podartą szmatę. Drużynie gości grożono. Atmosfera na trybunach udzielała się zawodnikom. Mecz był brutalny i sędzia Walter van Rosberg nie radził sobie z tą agresją.

Górą byli Salwadorczycy, którzy wygrali 3:0 po golach Elvera Acevedo, Juana Ramona Martineza i Mauricio Rodrigueza. – Jesteśmy strasznie szczęśliwi, że przegraliśmy ten mecz. W przeciwnym razie na pewno nie uszlibyśmy z życiem jako drużyna i kibice – stwierdził po spotkaniu selekcjoner gości Mario Griffin.

Zamieszki, które wybuchły, nie miały nic wspólnego z prymitywnym chuligaństwem bandy troglodytów, jakie znamy dziś. To była walka na śmierć i życie. Kibice Hondurasu musieli uciekać ze stadionu i z wrogiego kraju. Ci, których schwytano, padali ofiarą brutalnych pobić. Zginęły dwie osoby; można w zasadzie uznać za cud, że nie było więcej ofiar. Spłonęło też ponad 150 aut.



Do wyłonienia zwycięzcy dwumeczu trzeba było rozegrać trzecie spotkanie, na neutralnym terenie. Wybrano Meksyk. Przed meczem, który odbył się 14 lipca, prezydent Salwadoru Fidel Sanchez Hernandez spotkał się z piłkarzami na obiedzie i tłumaczył im jak wiele zależy od wyniku tej rywalizacji. Wzywał, żeby zrobili wszystko, aby wrócili do kraju z tarczą.

Bojkotować mundial w Rosji albo nie bojkotować. Oto jest pytanie

Niestety, polityka nie chce zostawiać sportu w spokoju. Wolelibyśmy zachwycać się zmaganiami zawodników, ale zbyt często pozostają one w cieniu...

zobacz więcej

Salwadorczycy ponownie byli górą. Wygrali 3:2, ale dużo ich kosztowało zdrowia odniesienie tego zwycięstwa. Mecz i tym razem był bardzo brutalny i kości nie raz trzeszczały. Dwukrotnie swoją drużynę wyprowadzał na prowadzenie Juan Ramon Martinez, ale rywale dwukrotnie odpowiadali dzięki bramko Jose Enrique Cardony Gutierreza oraz Rigoberto Gomeza Murillo. Potrzebna była dogrywka. Gola na wagę awansu strzelił dla Salwadoru Jose Antonio Quintanilla.

W tym czasie junty w obu krajach już przymierzały się do wojny i obu była ona na rękę. San Salvador liczył, że dzięki szybkiemu zwycięstwu uda się zmusić sąsiadów do korzystniejszego rozwiązania kwestii migrantów. Władze w Tegucigalpie chciały się natomiast pozbyć niechcianych przybyszów i liczyły, że zwycięstwo poprawi ich notowania w narodzie.

Po serii incydentów na granicy jeszcze 14 lipca zerwano stosunki dyplomatyczne. Wybuchła wojna, wprawdzie krótkotrwała, ale bardzo krwawa. Kolejnych sto godzin przeszło do historii jako wojna futbolowa, a termin ten zawdzięczamy Kapuścińskiemu. On też wysłał do Warszawy depeszę informującą o wybuchu konfliktu.

Wojna STOP

„TEGUCIGALPA (HONDURAS) PAP 14 LIPCA VIA TROPICAL RADIO RCA DZISIAJ SZÓSTA WIECZOREM ROZPOCZĘŁA SIĘ WOJNA SALWADORU Z HONDURASEM LOTNICTWO SALWADORU ZBOMBARDOWAŁO CZTERY MIASTA HONDURASU STOP JEDNOCZEŚNIE WOJSKA SALWADORU PRZERWAŁY GRANICE HONDURASU USIŁUJĄC WEDRZEĆ SIĘ W GŁĄB KRAJU STOP W ODPOWIEDZI NA ATAK AGRESORA LOTNICTWO HONDURASU ZBOMBARDOWAŁO WAŻNIEJSZE OBIEKTY PRZEMYSŁOWE I STRATEGICZNE SALWADORU A SIŁY LĄDOWE PODJĘŁY DZIAŁANIA OBRONNE” – głosiła treść telegramu.

Granica biegnąca w znacznej mierze przez tropikalną dżunglę nie stanowiła przeszkody dla nielicznych zresztą armii obu stron. Pod względem militarnym lepiej powiodło się mniejszemu Salwadorowi, który szybko opanował znaczną część terytorium wroga. Okupacja nie trwała jednak długo. Prezydent Sanchez Hernandez zgodził się na wycofanie wojsk na mocy porozumienia o zawieszeniu broni, zaaranżowanego po interwencji Organizacji Państw Amerykańskich. Wielu oficerów, także członków junty, mu tego nie wybaczyło.

Ostatnie podrygi socjalizmu? Boliwia na rozdrożu

Farmer koki, piłkarz, trębacz, murarz, trzykrotny prezydent Boliwii – kariera zawodowa Evo Moralesa należy do najdziwniejszych, ale i...

zobacz więcej

Na wstrzymaniu działań wojennych szczególnie zależało Stanom Zjednoczonym. Waszyngton obawiał się już nie tylko o interesy amerykańskich koncernów, ale przede wszystkim o to, że do konfliktu mogą dołączyć nikaraguańscy sandiniści i dojdzie do komunistycznej rewolty, która zapali cały region.

Zresztą nawet zwaśnione junty szybko porachowały, że wojna się nie kalkuluje. Po pierwsze ataki (szczególnie Salwadoru) straciły impet, a walki pozycyjne to zawsze niewiadoma, w dodatku kosztowna. Do tego pieniędzy na prowadzenie działań militarnych brakowało, a ewentualne korzyści były niewielkie.

Rozejm

Zawieszenie broni wprowadzono już 18 lipca. W ciągu kilku dni z okupowanych terytoriów Hondurasu wycofano ostatnich salwadorskich żołnierzy. Razem z nimi wróciło, jak się szacuje, nawet 130 tys. Salwadorczyków, którzy od lat żyli po drugiej – teraz już wrogiej – stronie granicy.

W walkach zginęło łącznie około 2 tys. osób. Straty Salwadoru wyniosły wraz z ludnością cywilną około 700 osób, a Hondurasu – około 1,2 tys. osób. Porozumienie o zawieszeniu broni naturalnie nie przerwało napięcia i wzajemnej wrogości. Traktat pokojowy kończący wojnę futbolową podpisano dopiero 30 października 1980 r.

„Święty” morderca. Kult Che Guevary kwitnie

– Nie trzeba mi dowodu, aby rozstrzelać człowieka. Potrzebuję jedynie dowodu, że koniecznym jest go rozstrzelać – powiedział raz młody mężczyzna z...

zobacz więcej

Mimo znacznie słabszych osiągnięć na froncie, konsekwencje wojny futbolowej były nieco mniej dotkliwe dla Hondurasu. Wyjazd emigrantów poprawił notowania junty, ale tylko na moment. Problemy społeczne pozostały nierozwiązane i już w 1975 r. wybuchł bunt krwawo stłumiony przez wojsko.

Równolegle trwały tarcia i przewroty na najwyższych szczeblach władzy, powstawały szwadrony śmierci tropiące komunistów i wszystkich, którzy mogliby stanowić zagrożenie, komunistyczne bojówki atakowały wojsko. Chaos panował całe dziesięciolecia. Ostatnio przygasł, ale wojskowi wciąż mają pewien wpływ na kierunek rozwoju. Świadczy o tym choćby zamach stanu dokonany przez armię w 2009 r., w wyniku którego obalono prezydenta Jose Manuel Zelayę Rosalesa.

Maras

Wewnętrzny konflikt wciąż się tli, a zagrożenie stanowią nie tylko wrogość między partiami lewicowymi i prawicowymi, ale i gangi uliczne, tzw. maras. Sytuacja nie daje wielkich nadziei na poprawę, ale mimo wszystko i tak jest lepsza od tej panującej u sąsiadów. Salwador również do dziś zmaga się ze skutkami wojny, ale w znacznie większym stopniu.

Niewielki, ale gęsto zaludniony kraj nie był w stanie pomieścić wszystkich uciekinierów z Hondurasu, ani zapewnić im odpowiedniej ilości ziemi pod uprawę. Chłopi wspierani przez komunistycznych ideologów domagali się przydziałów, ale władze pozostawały głuche, rozparcelowanie ziem kilkunastu bogatych rodów (około 40 proc. ogółu) nie wchodziło w rachubę. Rewolta wisiała w powietrzu i w końcu musiała wybuchnąć na terenach, na których osiedlali się powracający do kraju.

Pierwsze starcia miały związek z nieuznaniem przez juntę porażki na rzecz liberalnej opozycji w wyborach w 1972 r. Sytuacja zaogniała się z każdym miesiącem. Reżim wspierany także finansowo przez USA terroryzował mieszkańców przy pomocy wojska i prawicowych bojówek oraz szwadronów śmierci. Prześladowani organizowali się w grupy partyzanckie, takie jak Ludowa Armia Rewolucyjna, Ludowe Siły Wyzwoleńcze im. Farabundo Marti czy Siły Zbrojne Oporu Narodowego.

Najokrutniejszy gang na celowniku służb. USA biorą się za MS-13

Amerykański prokurator generalny i szef Departamentu Sprawiedliwości Jeff Sessions ogłosił, że walka z gangiem Mara Salvatrucha (MS-13) będzie...

zobacz więcej

Brutalna wojna domowa wybuchła z całą siłą w 1979 r. i trwała do 1992 r. Kosztowała życie około 75 tys. osób, w zdecydowanej większości cywilów, los 9 tys. nadal pozostaje nieznany. Pierwsze wybory po zakończeniu wojny wygrała prawica. Nowy rząd ogłosił amnestię, w wyniku której nikt odpowiedzialny za zbrodnie popełnione przed, w trakcie i po wojnie domowej nie został osądzony.

Nowa wojna

Z ludem nikt się nie liczył. Powszechna bieda, brak zaufania do władz, ogromna ilość broni na ulicach i deportacja kryminalistów z USA wytworzyły mieszankę wybuchową. Całe miasta zostały opanowane przez gangi, osławione maras, w tym Mara Salvatrucha i 18th Street Gang, należące do największych na świecie. Wojnę domową zastąpiła wojna gangów.

Konflikt między Salwadorem a Hondurasem, który przeszedł do historii jako wojna futbolowa, nie był jedynym, którego punktem zapalnym stał się mecz piłkarski. 13 maja 1990 r. na stadionie Maksimir w Zagrzebiu zmierzyły się miejscowe Dynamo i Crvena Zvezda Belgrad. W tym czasie napięcia etniczne w zmierzającej do rozpadu Jugosławii było ogromne. Zamieszki, które wybuchły na trybunach między Serbami i Chorwatami, były symbolicznym początkiem wojny, która wybuchła kilka tygodni później po ogłoszeniu przez Chorwację niepodległości.

Przywódcą grupy kibiców Crveny, która wszczęła rozróby na trybunach był, zdegenerowany kryminalista Željko Ražnatović „Arkan”. Podczas wojny zorganizował on ultranacjonalistyczną bojówkę paramilitarną, Serbską Gwardię Ochotniczą, zwaną „Tygrysami Arkana”, złożoną głównie z kibiców, najemników i lokalnych przestępców.

W latach 1991-95 grupa licząca nawet 10 tys. osób dopuściła się wielu zbrodni wojennych, w tym czystek etnicznych na Chorwatach i bośniackich muzułmanach. Sam „Arkan” nigdy nie odpowiedział za popełnione zbrodnie, zginął w 2000 r. w zamachu. Przez Serbów nadal jest czczony jako bohater narodowy. Granica między sportem i polityką potrafi być bardzo płynna.

źródło:
Zobacz więcej