Wojna z Iranem? Szaleństwa się zdarzają [OPINIA]

Amerykanie wysłali do Zatoki Perskiej lotniskowiec USS Abraham Lincoln wraz z eskadrą bombowców B-52 (fot. Mass Communication Specialist 1st Class Brian M. Wilbur/U.S. Navy/Handout via REUTERS)

Rosnące napięcia wokół Iranu przypominają zabawę zapałkami na stacji benzynowej, na której wycieka paliwo. Ani USA, ani Iran najwyraźniej nie chcą wojny, bo wiedzą, jakim byłaby ona szaleństwem. Historia pokazuje jednak, że szaleństwa się zdarzają, a drobny incydent może spowodować iskrę, która doprowadzi do wybuchu, za który słono zapłacą setki milionów ludzi.

Donald Trump ostrzega Iran: To będzie wasz koniec

Prezydent Donald Trump zagroził w niedzielę na Twitterze, że jeśli Iran nadal będzie wysuwać pogróżki pod adresem USA, nie pozostanie to bez...

zobacz więcej

Mogłoby się wydawać, że USA dążą do wojny. Amerykanie wysłali do Zatoki Perskiej lotniskowiec USS Abraham Lincoln wraz z eskadrą bombowców B-52, a także okręt USS Arlington i baterię rakiet Patriot. 25 maja podjęli natomiast decyzję o wysłaniu dodatkowych 1500 żołnierzy na Bliski Wschód, choć nie sprecyzowali gdzie dokładnie. Amerykanie mają obecnie swoje siły w Iraku (5 tys.), Syrii (2 tys.), a także co najmniej kilkanaście tysięcy żołnierzy rozlokowanych w innych, sojuszniczych krajach regionu. Największą amerykańską bazą lotniczą jest Al-Udeid w Katarze, a także natowska Incirlik w Turcji. Wielce wątpliwa jest jednak możliwość ich wykorzystania w wojnie z Iranem. Turcja bowiem od dawna zacieśnia swoje relacje z wschodnim sąsiadem, niewiele sobie robiąc z linii politycznej Waszyngtonu i z całą pewnością nie będzie chciała mieszać się do konfliktu amerykańsko-irańskiego, na którym nic nie może zyskać. Dwaj główni regionalni wrogowie Iranu, tj. Izrael i Arabia Saudyjska, to państwa mające z Turcja od kilku lat fatalne stosunki. Również Katar ma dobre relacje z Iranem, a wrogie z Arabią Saudyjską i trudno się spodziewać, by chciał się wystawić na odstrzał z jednej i drugiej strony.

Mimo tej amerykańskiej demonstracji siły w Zatoce Perskiej można mieć jednak wątpliwości, czy Donald Trump rzeczywiście chce dokonać ataku na Iran. Oczywiście kwestią kluczową jest tu pytanie o cel i zakres takiego ataku, na które jasnej odpowiedzi brak. Kilka dni temu w amerykańskim Kongresie doszło do ostrej konfrontacji między sekretarzem stanu Mikiem Pompeo a dominującymi w Izbie Reprezentantów demokratycznymi kongresmenami, którzy stwierdzili, że nie rozumieją jakie są cele administracji Trumpa w stosunku do Iranu i zapowiedzieli zablokowanie możliwości rozpoczęcia działań zbrojnych przez prezydenta bez zgody Kongresu. Obecnie możliwość taka wynika z decyzji podjętych przez Kongres po ataku na WTC w 2001 r., dotyczących jednak wyłącznie walki z Al Kaidą i Państwem Islamskim, z którymi Iran nie ma nic wspólnego. Mimo to Pompeo, w odpowiedzi na pytanie republikańskiego senatora Randa Paula, odmówił wykluczenia możliwości skorzystania z tych decyzji jako podstawy wydania przez prezydenta rozkazu ataku.

Iran stąpa po cienkim lodzie. Trump nie odpuszcza ajatollahom [OPINIA]

Rośnie napięcie między Stanami Zjednoczonymi i Iranem. Teheran stara się naciskać na pozostałych sygnatariuszy porozumienia nuklearnego, by...

zobacz więcej

Niejasny cel potencjalnego ataku

Problem tkwi jednak w niejasnym określeniu celu ewentualnego ataku na Iran. Przedstawiciele administracji Donalda Trumpa w przesłuchaniach kongresowych wykluczyli, by takim celem miała być „zmiana reżimu” w Iranie. Do tego bowiem potrzebna byłaby inwazja, do której z całą pewnością nie wystarczy ani te dodatkowe 1,5 tys. żołnierzy, ani też tych kilkanaście tysięcy już rozsianych po różnych krajach regionu. Okupacja Iranu wymagałaby kilkakrotnie większych sił niż te użyte do okupacji Iraku po 2003 r. Wynika to m.in. z wielkości Iranu, którego powierzchnia jest prawie czterokrotnie większa od irackiej, populacja to 80 mln, podczas gdy Irak w 2005 r. liczył tylko 25 mln. Ponadto Iran to kraj górzysty i w przeciwieństwie do Iraku z roku 2003, którego armia była całkowicie zdemoralizowana, dysponuje zdyscyplinowanymi i zdeterminowanymi, liczącymi ponad 800 tys. żołnierzy, siłami zbrojnymi, w tym ponad 100 tys. Gwardią Strażników Rewolucji (Pasdaranem), której część oddziałów jest zaprawiona w boju z Państwem Islamskim i Al Kaidą w Syrii i Iraku. Według rankingu Global Firepower Iran jest na 14. miejscu na świecie jeśli chodzi o zdolności militarne państwa, a w regionie tylko nieznacznie wyprzedza go Egipt oraz Turcja. Tylko że siły własne Iranu to nie wszystko, bo są jeszcze jego sojusznicy, w szczególności w Iraku, Jemenie i Libanie.

Skoro „zmiana reżimu” nie byłaby celem ataku na Iran, to oznacza, że cała retoryka dotycząca opresyjności irańskich władz wobec własnego społeczeństwa jest czystą propagandą. Nie chodzi przy tym o to, że irańskie władze nie są opresyjne. Co więcej faktem jest, że znaczna część społeczeństwa, prawdopodobnie większość, kontestuje system republiki islamskiej. Tyle że po pierwsze nie przekłada się to na wsparcie tych opozycyjnie nastawionych do władzy Irańczyków, dla bombardowania czy inwazji ich kraju. Po drugie Amerykanie wspierają tzw. mudżahedinów ludowych, którzy twierdzą, że rzekomo reprezentują demokratyczną opozycję, a faktycznie jeszcze niedawno byli uznawani za organizację terrorystyczną – zarówno przez USA jak i UE. W dodatku Irańczycy doskonale pamiętają, że mudżahedini ludowi byli zaangażowani w zamachy bombowe w Iranie, a także uczestniczyli w wojnie iracko–irańskiej po stronie atakującego Iran bronią chemiczną Saddama Husajna. Oczywiście mudżahedini ludowi, a także separatyści i dżihadyści sunniccy, z którymi USA też flirtuje, mogą się okazać cennym sojusznikiem w atakach asymetrycznych (dywersji), ale ta taktyka stoi w sprzeczności z ewentualnym celem, jakim miałoby być budowanie demokratycznego Iranu, sprzymierzonego z USA. Warto też pamiętać, że sunnickie państwa arabskie regionu, z Arabią Saudyjską na czele, zrobią wszystko, by wrogi USA system islamskiej republiki w Iranie nie upadł, a jeśli już, to by po nim nastał okres permanentnej wojny domowej w Iranie, przy której wojna w Syrii byłaby zabawą w piaskownicy. Demokratyczny, prozachodni Iran oznaczałby bowiem, że wahabicki reżim w Arabii Saudyjskiej nie byłby już nikomu do niczego potrzebny, a nad głowami tamtejszej rodziny panującej, a także innych regionalnych władców absolutnych, zawisłby miecz Damoklesa.

Chybiona strategia antyirańska [OPINIA]

USA nakładając na Iran sankcję zakładają, że albo uda im się w ten sposób zmusić władze tego kraju do renegocjacji porozumienia w sprawie...

zobacz więcej

Bombowe fajerwerki?

Skoro jednak nie „zmiana reżimu”, to co? Od dawna wiadomo, że żadne „precyzyjne bombardowanie” celów w Iranie nie zablokuje irańskiego programu nuklearnego. Wręcz przeciwnie, da Iranowi pretekst do ruszenia z tym programem pełną parą i wystąpienia nie tylko z umowy wiedeńskiej JCPOA, ale być może nawet z traktatu o nieproliferacji broni jądrowej NPT. Iran już obecnie daje sygnały o potencjalnej gotowości do takiego kroku. Atak na Iran oznaczałby też konsolidację władzy w tym kraju w rękach frakcji twardogłowych obrońców systemu i krytyków otwierania się na zachód, dając pretekst do krwawego pozbycia się przeciwników. To umocniłoby, a nie osłabiło system islamskiej republiki. Przy czym przywódcy Iranu coraz mocniej odwołują się nie tyle do religii, co do narodowej dumy Irańczyków. Dotyczy to w szczególności liderów Pasdaranu. Warto bowiem przypomnieć, że cały spór toczy się obecnie nie tyle wokół kwestii programu nuklearnego Iranu, ale jego programu rakietowego. W tym zakresie Iran nie ma żadnych zobowiązań międzynarodowych, a ustąpienie Iranu oznaczałoby jego kapitulację w grze regionalnych mocarstw o dominację na Bliskim Wschodzie. Dla Iranu jest to całkowicie nie do przyjęcia.

Pozostają zatem „fajerwerki”. Bombardowanie dla samego bombardowania, pokaz siły mający na celu wyjście z twarzą, zademonstrowania „zdecydowania” amerykańskiego przywódcy. Poza wątpliwą kwestią wizerunkową przyniesie on same szkody. Iran z całą pewnością na taki atak jakoś odpowie, co z kolei stanowiłoby groźbę eskalacji. Iran nie będzie miał bowiem wówczas wiele do stracenia, gdyż jedyne, co realnie zagrażałoby systemowi republiki islamskiej, to inwazja na ten kraj, a ta jest szaleństwem. Iran więc tej opcji się nie obawia.

Irańscy sojusznicy zrobią Armagendon na Bliskim Wschodzie?

Możliwości działania Iranu poza jego granicami są ogromne i wyraźnie dążące do wojny Izrael oraz Arabia Saudyjska również mogą tych konsekwencji doświadczyć, stając się celem irańskiego ostrzału rakietowego. Dlatego nie wszyscy w Izraelu są wobec wojny tak entuzjastycznie nastawieni jak premier Benjamin Netanjahu. Ponadto z całą pewnością Iran może liczyć również na ataki na Izrael ze strony libańskiego Hezbollahu oraz Syrii, a w Arabii Saudyjskiej na dywersję tamtejszej mniejszości szyickiej, wspartej działaniami jemeńskich partyzantów Huthich.

Tureccy ekstremiści w Polsce – czy poleje się krew? [OPINIA]

Na jednej z warszawskich uczelni działa grupa tureckich ekstremistów, powiązana z terrorystyczną organizacją Szare Wilki. Tą samą, w której działał...

zobacz więcej

Konfrontacja zbrojna z Iranem doprowadzi też niewątpliwie do wybuchu nowej wojny w Iraku, w którym obecnie jest 5 tys. żołnierzy amerykańskich i ok. 150-tysięczne, niechętne USA, Oddziały Mobilizacji Ludowej (PMU). Choć tezy o tym, że PMU podlega Iranowi nie odzwierciedlają rzeczywistości, to związki i sympatia większości żołnierzy PMU w stosunku do Iranu są oczywiste. Amerykanie zdają sobie z tego sprawę i dlatego niedawno Mike Pompeo dokonał niezapowiedzianej, nagłej wizyty w Bagdadzie, twierdząc, że wywiad amerykański dostał informacje, że PMU chciało zaatakować siły amerykańskie w tym kraju. Niewiele jednak na to wskazuje, zwłaszcza, że nawet najbardziej proirańscy przywódcy w Iraku potępiają wszelkie prowokacje mogące doprowadzić do konfliktu irańsko-amerykańskiego. Możliwa jest zatem odwrotna sytuacja tj. próba neutralizacji PMU poprzez amerykańskie naciski na Irak, by rozwiązał tę formację, co jednak władze Iraku odrzuciły. Nie można też wykluczyć niejako zastępczego ataku amerykańskiego na PMU w Iraku zamiast bezpośrednio na Iran. Taki krok oznaczałby jednak początek nowej destabilizacji i wojny w Iraku, cofając go do pierwszych lat po obaleniu Saddama.

Prowokacja? Ale czyja?

Mimo wszystko nie wydaje się, by Amerykanie szukali pretekstu do ataku na Iran, bo gdyby tak było, to wykorzystaliby do tego eksplozję katiuszy w pobliżu ambasady USA w Bagdadzie. O wystrzelenie kilka dni temu trzech katiusz w stronę tej ambasady od razu oskarżono irański Pasdaran, który miałby operować z szyickich dzielnic irackiej stolicy. Jednak zarówno Iran jak i wszystkie siły proirańskie odcięły się od tego incydentu, a szyiccy liderzy w Iraku podkreślili, że jest on szkodliwy dla Iraku. Co jednak ciekawe, o prowokację nie oskarżyli USA, uznając, że wojna irańsko-amerykańska nie leży w interesie żadnego z tych krajów, a dla Iraku oznaczałaby katastrofę. Za tym atakiem, a być może również sabotażem w stosunku do czterech tankowców w pobliżu wybrzeża ZEA, stoją zatem najprawdopodobniej Saudowie, którzy zapewne liczą, że w ten sposób dadzą nowe argumenty skłaniającemu się do rozwiązania militarnego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA Johnowi Boltonowi, by mógł przekonać Trumpa. Ten jednak najwyraźniej (i całe szczęście) nie garnie się do wojny, która stanowiłaby zaprzeczenie jego krytyki „wydawania miliardów” przez jego poprzedników na wojny.

Rosyjska propaganda i żydowskie roszczenia [OPINIA]

Władimir Solowiew, znany z chamstwa rosyjski propagandysta żydowskiego pochodzenia, prowadzący jeden z politycznych talk-show w rosyjskiej...

zobacz więcej

Sankcje skuteczne ale...

Jeśli jednak nie wojna to co? To kolejny problem. USA liczą, że zmuszą Iran do rozmów polityką sankcji, ale niewiele na to wskazuje, choć faktycznie one działają. Sytuacja gospodarcza Iranu staje się coraz bardziej dramatyczna, ze spadkiem eksportu ropy do 500 tys. baryłek dziennie w maju. Tymczasem dla zrównoważenia budżetu Iran musi utrzymać sprzedaż na poziomie co najmniej 1,5 mln baryłek dziennie. Niewiele też wskazuje na to, by Europa czy Rosja gotowe były uratować JCPOA. Szansą dla Iranu jest jednak brak gotowości Saudów do zwiększania sprzedaży ropy. Ponadto ataki Jemeńczyków na saudyjskie instalacje naftowe mogą doprowadzić do zaburzeń na rynku ropy i ostatecznie skłonić Chiny, a być może również Indie, do kontynuowania zakupów od Iranu. Iran może również liczyć na przemyt ropy do Turcji, we współpracy z tamtejszymi władzami. Również iraccy stronnicy Iranu mogą wesprzeć proceder przemytu. Jeżeli jednak to nie wystarczy, to Iran może zablokować cieśninę Hormuz, rzucając wyzwanie USA i wiedząc, że Amerykanie mają mimo wszystko ograniczone możliwości odpowiedzi. Irańczycy grożą też wywołaniem nowego kryzysu migracyjnego, zapowiadając wyrzucenie z kraju 3 mln pracujących tam Afgańczyków. Ludzie ci raczej nie zechcą wracać do swej ojczyzny lecz ruszą na Europę. Być może przez Turcję ale być może również przez Rosję i Ukrainę, a wtedy staną pod naszymi granicami.

Bez względu na scenariusz, napięcia wokół kwestii irańskiej będą powodować wzrost cen ropy naftowej, a to jest kolejna korzyść, jaką na tym kryzysie wyciągać będzie Rosja. Natomiast w przypadku wojny Kreml zapewne wykorzysta sytuację do agresywnych działań w Europie Wschodniej lub na Kaukazie. Jeżeli taki konflikt wybuchnie, to USA będą starały się również stworzyć międzynarodową koalicję złożoną z najbliższych sojuszników. Tymczasem saudyjskie zdolności bojowe są zerowe, co pokazali w wojnie w Jemenie, a bezpośredni udział Izraela wykluczyłby udział państw arabskich.

źródło:
Zobacz więcej