Zrobieni na czerwono [OPINIA]

Naród polski kilka razy w swej historii dawał wyraz wielkiej miłości do Włodzimierza Cimoszewicza (fot. arch. PAP/Radek Pietruszka)

Naród polski kilka razy w swej historii dawał wyraz wielkiej miłości do Włodzimierza Cimoszewicza. Gdy ten wycofywał się z polskiej polityki, naród słał listy, by nie odchodził. Kiedy więc Cimoszewicz wracał, był wybierany w kolejnych wyborach, nie licząc oczywiście tych prezydenckich, do których miał mniej szczęścia.

Prokuratura szuka świadków wypadku Cimoszewicza

Prowadząca śledztwo Prokuratura Okręgowa w Białymstoku szuka naocznych świadków potrącenia w Hajnówce rowerzystki przez byłego premiera...

zobacz więcej

W 1991 r. nie zdobył zbyt dużego poparcia, na powrót komunistów do władzy było dla Polaków jeszcze za wcześnie, chociaż, jak dziś wiemy, tylko trochę za wcześnie. Potem lewica postawiła – skutecznie – na Aleksandra Kwaśniewskiego, kiedy zaś po 10 latach jego prezydenckiej kariery znów sięgnęła po Cimoszewicza, ten kampanię przerwać musiał w atmosferze skandalu. Po kilku latach Anna Jarucka, która odebrała politykowi lewicy prezydenckie szanse, została skazana za manipulacje i narażanie na szwank dobrego imienia swojego dawnego szefa.

W tekście „Pułkownik Miodowicz – autor prowokacji” opublikowanym w sierpniu 2005 r. w „Przeglądzie” Robert Walenciak sugeruje, że związany z Janem Marią Rokitą poseł PO Konstanty Miodowicz zyskał sympatię zwalczającego już wówczas ludzi Rokity Donalda Tuska, pomagając mu usunąć groźnego kontrkandydata z rozkręcającej się kampanii prezydenckiej.

Jeszcze w lipcu 2005 r. Cimoszewicz prowadził w sondażach. Oskarżany m. in. przez tygodnik „Przegląd” o faktyczne autorstwo wymierzonej w Cimoszewicza prowokacji były poseł Platformy Konstanty Miodowicz nie żyje już od kilku lat. W tym kontekście warto przypomnieć jeszcze słowa Tomasza Nałęcza, polityka lewicy, który później przetarł szlaki dla wielu swoich kolegów, już w 2010 r. blisko wiążąc się politycznie z Bronisławem Komorowskim.

Pięć lat wcześniej Nałęcz tak mówił, występując w roli rzecznika Cimoszewicza: „Wiele wskazuje na to, że ta prowokacja wykonana rękami Anny Jaruckiej jest działaniem ludzi Platformy Obywatelskiej. W sposób oczywisty z tej prowokacji korzysta Donald Tusk, bo przejściowo udało się bardzo skutecznie podważyć zaufanie społeczne do Włodzimierza Cimoszewicza. Wykonali to oficerowie służb specjalnych z jego (Tuska) najbliższego otoczenia”.

Cimoszewicz, początkowo skłaniający się do obarczania Platformy winą za zniszczenie jego marzeń o prezydenturze, najpierw obserwować musiał, jak do tej partii trafia jego syn. Początkowo był temu bardzo przeciwny, później jednak sam dołączył do Koalicji Europejskiej, by stać się warszawską jedynką na jej liście wyborczej.

Włodzimierz Cimoszewicz: Nie zrezygnuję z kandydowania do Parlamentu Europejskiego

Nie zrezygnuję z kandydowania do Parlamentu Europejskiego, nigdy nie pojawił się taki pomysł; prowadzę kampanię zgodnie z planem i myślę, że...

zobacz więcej

Tylko że i ta kampania nie układa się dla niego szczęśliwie. Najpierw w świat idą informacje o dramatycznym stanie, w jakim przekazał używaną przez siebie leśniczówkę, którą ogołocił niczym wojska sowieckie fabryki na ziemiach odzyskanych.

Później pojawiła się sprawa wypadku z rowerzystką, o którym to incydencie im jest później, tym wiemy właściwie mniej. Prokuratura śledztwo prowadzi „w sprawie”, nie zaś „przeciwko”, jednak większość medialnych przekazów stawia byłego premiera i marszałka sejmu w złym świetle. Nie miał ważnych badań technicznych, nie zawiadomił policji – tyle wiemy i miejmy nadzieję, że dowiemy się reszty. Jest jednak faktem, że od tamtej pory Włodzimierza Cimoszewicza w kampanii praktycznie nie było.

Jest to tym bardziej uderzające, że Warszawa, jak zwykle, pełna jest materiałów wyborczych polityków opozycji. Czy wiąże się to z kolejnymi atrakcyjnymi upustami miejskich dysponentów przestrzeni reklamowej, możemy się tylko domyślać. Dość przypomnieć, że przy okazji wyborów samorządowych kandydaci Koalicji Obywatelskiej płacili czasem nawet tylko 20 proc. wartości usługi reklamowej.

Dziś znów patrzą na nas z tyłów autobusów, zarządzanych przez spółkę miejską, a więc obsadzoną przez partyjnych kolegów. Patrzy najczęściej Andrzej Halicki, patrzy Danuta Hubner, rzadziej – Kamila Gasiuk-Pihowicz czy Michał Boni. Prawdziwy szczęściarz natrafi na billboard Władysława Teofila Bartoszewskiego, przyczepiony do zaparkowanego samochodu. Włodzimierza Cimoszewicza nie ma.

Cóż, być może ktoś po prostu uznał, że nie ma co wydawać pieniędzy w sytuacji, gdy, zważywszy na warszawską, wielkomiejską popularność opozycji, jedynka z jej listy i tak „zrobi” najlepszy lub jeden z dwóch najlepszych wynik w kraju. A że przytrafiły się wspomniane kłopoty, może też lepiej było Cimoszewiczem nie epatować.

Cimoszewicz skomentował swój wypadek. Były premier przyznał, że jest ciężko chory

Włodzimierz Cimoszewicz potrącił w sobotę na oznakowanym przejściu dla pieszych rowerzystkę i wydał oświadczenie. Były premier wyraził ubolewanie...

zobacz więcej

Sam kandydat jednak od czasu do czasu się odzywał. Opowiadał na przykład, że jego ojciec stracił uprawnienia kombatanckie, choć walczył w II wojnie światowej. Historia Mariana Cimoszewicza dotąd była tematem, którego jego syn raczej nie lubił, czego doświadczył w początkach III RP poseł OKP Jan Beszta-Borowski. Kiedy ten ostatni przypomniał historię Cimoszewicza seniora, w której znalazło się miejsce i dla Armii Czerwonej, i Informacji Wojskowej – gwałtowne i pełne emocji polemiki zaprowadziły obu panów do sądu.

Dziś klimat się jednak zmienia i na spotkaniach Koalicji Europejskiej ojca z komunistycznego aparatu bezpieczeństwa wspominać wypada, a nawet trzeba. Obietnica przywrócenia odebranych świadczeń weteranom peerelowskich służb to jeden z niewielu pewnych i jasnych punktów programu Koalicji. Programu tak tajnego, że nawet Latarnik Wyborczy nie jest w stanie szukającym za jego pośrednictwem odpowiedzi wskazać KE jako siły odpowiadającej jego poglądom.

Na przywołaniu ojca czołowy kandydat KE jednak nie skończył i postanowił odnieść się również do tematu, jaki na finiszu kampanii rozgrzał opinię publiczną i medialne dyskusje – bezspadkowego mienia pożydowskiego i amerykańskiej ustawy 447. Do tej pory narracje były właściwie dwie. Narodowcy deklarowali, że niczego nikomu nie oddamy, a PiS nastroje tonował, tłumacząc, że skoro tak naprawdę nawet nikt nie ma podstaw, by się tego domagać, nie ma się czym przejmować.

Inne partie, w zależności od bieżącego politycznego interesu i nastroju, zbliżały się do któregoś z tych stanowisk, tymczasem Cimoszewicz stanął w poprzek tych deklaracji i skrytykował Polaków. – To jest coś, co kompromituje nasz kraj po raz kolejny: za cnotę uważa się obronę tego, żeby nie zwrócić tego, co się komuś należy tylko dlatego, że był Żydem, do tego ofiarą holokaustu – powiedział były premier na antenie jednej z telewizji.

Jest to o tyle ciekawe postawienie sprawy, że odważnie krytykuje pogląd, którego nikt, łącznie z Konfederacją, nie głosi i bohatersko walczy z problemem, który nie występuje.

Gowin o słowach Cimoszewicza: Haniebnie antypolskie

Tak haniebnie antypolskich słów nie spotkałem wśród najbardziej antypolsko nastawionych Żydów w Izraelu – przekonywał wicepremier Jarosław Gowin,...

zobacz więcej

Delikatnie mówiąc, była to wypowiedź mało fortunna, która słusznie została nagłośniona i skrytykowana przez wiele prawicowych portali. Mamy tu bowiem do czynienia z nieprawdopodobnym kompleksem, każącym krytykować każdą obronę polskiego interesu, nawet wbrew faktom lub bez zapoznania się z nimi. I naprawdę nie ma tu żadnego znaczenia, że w innej części tej samej rozmowy były premier roszczenia do mienia bezspadkowego uznał, jak wszyscy inni politycy, za bezzasadne.

Cimoszewicz ze swoją wypowiedzią wyrwał się niczym 22 lata temu, gdy podczas dramatycznej walki z powodzią uprzejmy był powiedzieć: „To jest kolejny przypadek, kiedy potwierdza się, że trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać, a ta prawda jest ciągle mało powszechna”. Według wielu ekspertów te słowa kosztowały SLD przegrane wybory.

Nie ma więc plakatów, wyborczych ulotek i właściwie żadnej kampanii. Jest komunistyczne dziedzictwo i seria nieszczęśliwych wypadków i niefortunnych wypowiedzi kandydata, któremu przypadło najbardziej prestiżowe miejsce – jedynka na liście zjednoczonej opozycji ze stolicy. To najsmutniejszy chyba symbol tego, jak wiele zmieniło się od czasów, kiedy można było jeszcze łudzić się, że siły polityczne, które uczestniczyły w zrywie Solidarności coś jeszcze łączy.

Z drugiej strony jest to jednak ich wielka porażka, niezależnie od tego, jakim wynikiem zamkną te i kolejne wybory. Wczorajsi antykomuniści, którzy bez postkomunistów nie są już w stanie istnieć w życiu politycznym, zostali przez nich koncertowo rozegrani.

Gwiazdami KE poza Cimoszewiczem są przecież Miller, Belka i niestartujący, lecz obecny w kampanii Kwaśniewski. W 2015 r. niektórym wydawało się, że postkomunistyczna lewica znika właśnie ze sceny politycznej, tymczasem wygląda na to, że to ona pomarańczowe logo Platformy przemalowała na czerwono.

źródło:
Zobacz więcej