Były wiceprezydent Wrocławia o tekście „GW”: 70 mln to kwota nierealna w tym terenie

Maciej Bluj o wartości gruntów kupionych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego w 2002 r. (fot. arch. PAPMaciej Kulczyński)

– Byłem bardzo zdziwiony kwotami podanymi w artykule „Gazety Wyborczej”. Te 70 mln to jest w ogóle nierealna kwota w tym terenie – powiedział w rozmowie z portalem tvp.info były wiceprezydent Wrocławia Maciej Bluj, który przez 12 lat odpowiadał za inwestycje. Skomentował w ten sposób doniesienia „Gazety Wyborczej” o inwestycji Mateusza Morawieckiego i jego małżonki, którą poczynili 17 lat temu.

Kontrowersje ws. tekstu „GW”. Grunty Morawieckiego wyceniła działaczka KE

- W 2002 r. Mateusz Morawiecki kupił grunty od Kościoła. Dziś wyceniane są sto razy więcej, na ok. 70 mln – napisała „Gazeta Wyborcza”. Jak się...

zobacz więcej

Poniedziałkowa „GW” napisała, że Morawiecki wraz z żoną w 2002 r. kupili 15 ha gruntów za 700 tys. zł od Kościoła we Wrocławiu. Później rzeczoznawca ocenił, że nieruchomość już w 1999 r. warta była prawie 4 mln zł.

Czytamy, że władze Wrocławia zaplanowały na tych terenach inwestycje, a przez środek działki dzisiejszego premiera ma przebiegać trasa szybkiego ruchu. Gazeta napisała, że „dokumenty tej transakcji zniknęły, a obecny proboszcz nie wie, skąd ta niska cena”.

W rozmowie z portalem tvp.info były wiceprezydent Wrocławia odniósł się do doniesień gazety. Maciej Bluj jako wiceprezydent Wrocławia od 2007 r. odpowiadał za inwestycje.

– Jeżeli są to tereny, które nie wymagają dzisiaj wprowadzenia tej infrastruktury, to na razie jest tylko plan, który się może się ziścić w przyszłości. Jeżeli inwestor przychodzi do miasta i mówi: ja chciałbym, żeby ta droga tam powstała, to miasto z mocy ustawy o drogach publicznych z artykułu 16. obowiązuje go do partycypacji w układzie drogowym – dodaje.

Były zastępca prezydenta Wrocławia stwierdza, że „bardzo często w mieście tereny pod drogi kupowane są za złotówkę i jeszcze dodatkowo wymagana jest partycypacja inwestora”.

– To infrastruktura, która w tym momencie nie jest miastu nieodzowna, a to inwestor ma w tym interes, żeby ta infrastruktura powstała teraz. W związku z tym po pierwsze, musi przekazać teren za tak naprawdę symboliczną złotówkę. To się odbywa w drodze negocjacji, ale to jest bardzo częsta praktyka. Potem musi jeszcze partycypować w kosztach inwestycji drogowych – mówi.

Premier o swoich finansach: Nie zakopaliśmy pieniędzy w ogródku

Nie prowadziliśmy z żoną wystawnego życia, nie zakopaliśmy pieniędzy w ogródku, nie wyprowadziliśmy oszczędności do rajów podatkowych, tylko...

zobacz więcej

Szacuje też, że cena za metr kwadratowy, nawet jeśli miasto chciałoby ten grunt wykupić, „to jest ok. 120 zł za metr kwadratowy”. – I w tym przypadku to jest jakieś 3,5 mln zł. Ale prawdopodobieństwo, że miasto wykupi, jest bardzo znikome – zaznacza.

– Drugi element to jest w ogóle wycena tych gruntów. Ja byłem bardzo zdziwiony kwotami podanymi w artykule „Gazety Wyborczej”. Te 70 mln to jest w ogóle nierealna kwota w tym terenie. Rozumiem, że ktoś cytował rzeczoznawcę, nie wiem, na czym ten rzeczoznawca się opierał. Ja znam operaty szacunkowe z tego terenu i tam się ceny zaczynają od 138 zł za metr kwadratowy. Taka kwota dokładnie była na operacie. Przy takiej kwocie za 12 hektarów wychodziłaby kwota ok. 16,5 mln zł. Są również po 200 i 230, ale te tereny są tam, gdzie istnieje więcej infrastruktury drogowej – wyjaśnił.

Według Bluja „z całą pewnością obowiązek z art. 16 o drogach publicznych tutaj występuje”. – Gdy dojdzie do tej inwestycji, miasto zwróci się do właściciela o przekazanie gruntów i o partycypację w infrastrukturze. To jest normalna praktyka, w każdym mieście takie procedury istnieją i po to jest ten zapis ustawowy – dodaje.

Bluj pytany o to, czy działka w momencie zakupu stanowiła mienie publiczne, stwierdził, że ani wtedy, ani teraz grunty te „nie stanowiły mienia publicznego”.

– Plan miejscowy rysuje przebieg drogi, ale póki nie ma podziału geodezyjnego, ten teren pozostaje prywatny. Nie możemy mówić o mieniu publicznym – dodaje.

– W Polsce jest mnóstwo miejsc, w których biegną drogi, które przed chwilą były jeszcze prywatnymi terenami, mimo że plany były doskonale znane. Jak ktoś kupuje dużą połać gruntu, to ta cena przy dużej wielkości nie byłaby wysoka – stwierdza.

Zaznacza też, że w przypadku tego areału „parę milionów złotych to koszt wyłączenia z gruntów z produkcji rolnej”. – Szacuję, że to może być ok. 4 mln zł przy tym areale – dodaje. To są zwyczajne praktyki. Premier był prywatną osobą i nie ma w tym nic złego – mówi.

źródło:
Zobacz więcej