Zmarnowana szansa Legii Warszawa. Czas na sensacyjnego mistrza?

Carlos Lopez (z lewej) jest ostatnio bez formy. Podobnie jak cały zespół Legii... (fot. PAP/Piotr Nowak)

Postawa Legii Warszawa od wielu miesięcy woła o pomstę do nieba. W środę mistrzowie Polski przegrali kolejny mecz (0:1 z Jagiellonią Białystok) i – wiele na to wskazuje – po trzech latach panowania opuszczą ekstraklasowy tron. Krok od tytułu jest prowadzony przez Waldemara Fornalika Piast Gliwice.

Jeszcze w kwietniu, tuż przed rozpoczęciem rywalizacji w grupie mistrzowskiej, wydawało się, że losy mistrzostwa rozstrzygną się między dwiema drużynami: Legią i Lechią. Obie miały po 60 punktów i bezpieczną – tak się wydawało – siedmiopunktową przewagę nad trzecim Piastem.

„Mecz o mistrzostwo” miał zostać rozegrany 27 kwietnia w Gdańsku. Przed nim sytuacja w tabeli była następująca:

Lechia – 63 punkty
Legia – 63 punkty
Piast – 59 punktów

Legia wygrała w kontrowersyjnych okolicznościach (3:1), oddaliła się na trzy punkty, a fani w Warszawie zastanawiali się nie czy, lecz kiedy będą mogli świętować kolejny tytuł. Cztery kolejki do końca, potencjalnie najtrudniejszy mecz (z Piastem) do rozegrania u siebie, sprzyjający terminarz – to nie mogło się nie udać. Paweł Mogielnicki z portalu 90minut.pl wyliczył nawet, że piłkarze Aleksandara Vukovicia mają ponad 84 proc. szans na triumf.

Pierwszy szok: mecz z Piastem w Warszawie. Niemal pełne trybuny, najsilniejszy skład, wielka mobilizacja i… 0:1. Gol Gerarda Badii, strzelony jeszcze w pierwszej połowie, uciszył trybuny przy Łazienkowskiej, a Piastowi pozwolił zbliżyć się do Legii na punkt. Szansy na powrót do walki nie wykorzystała Lechia, która dzień później przegrała z Cracovią (0:2) i właściwie wykluczyła się z wyścigu.

Wyścigu, w którym – takie można było odnieść wrażenie – gliwiczanie poruszają się bolidem Formuły 1, a piłkarze ze stolicy co najwyżej zdezelowanym maluchem. Faworytem wciąż byli jednak ci drudzy…

Gdyby ktoś narzekał na poziom ligowych emocji, po 35. kolejce na pewno przestał. Zaczęło się niepozornie: Piast długo prowadził z Jagiellonią (1:0), spokojnie utrzymywał korzystny wynik, kibice nieśmiało wykrzykiwali, że „mają lidera…”, aż… Aleksandar Sedlar postanowił urozmaicić im życie. Obrońca Piasta, kilka dni wcześniej wybrany jednym z trzech najlepszych defensorów Lotto Ekstraklasy, popełnił dziecinny błąd: sfaulował w polu karnym jednego z rywali i sprokurował „jedenastkę”.

Była 89. minuta; do piłki podszedł Jesus Imaz, który w nieco szczęśliwych okolicznościach pokonał Jakuba Szmatułę. 1:1, smutek w Gliwicach, wielka radość w Warszawie. Kilkadziesiąt sekund później – zwrot o 180 stopni. Kontratak Piasta, zamieszanie w polu karnym, jeden, drugi nieudany strzał, nagle „uderzenie życia” Tomasza Jodłowca i… 2:1! W doliczonym czasie gry, w samej końcówce, w takich okolicznościach…

Mało? Jodłowiec wciąż jest piłkarzem Legii, do Gliwic tylko wypożyczonym. Zespół ze stolicy opłaca połowę pensji defensywnego pomocnika, który za kilka tygodni ma wrócić do Warszawy. Róż pod stopy nikt mu już nie rzuci.

Wciąż mało? Gdy wystarczyło tylko dograć kilkadziesiąt sekund, przytrzymać piłkę i czekać na gwizdek sędziego, po raz kolejny dał o sobie znać Sedlar. Serbski obrońca bezsensownie kopnął Imaza w polu karnym, nie pozostawiając sędziemu wyboru: „jedenastka”. Tym razem Szmatuła wyczuł jednak intencje strzelca, rzucił się w lewy róg i wybił piłkę na rzut rożny. Całe Gliwice oszalały z radości. No, prawie całe…


Trudno pojąć zachowanie Sedlara: sprokurował dwa rzuty karne, Szmatuła właśnie uratował mu skórę, utrzymał Piasta w grze o mistrzostwo Polski, a Serb jako jedyny (!) nie podbiegł, by mu pogratulować. Z innej kamery widać jeszcze lepiej, jak kuriozalna była to sytuacja…

Kilkanaście lat temu nie byłoby wątpliwości, skąd takie, a nie inne zachowanie Sedlara. Korupcyjne „autorytety” wielokrotnie tłumaczyły, że w smutnych czasach polskiej piłki wystarczyło opłacić jednego z obrońców i o wynik można było być spokojnym. Ale dziś? Teraz? W takich okolicznościach? Trudno przypuszczać, by intencje Serba były nieczyste. Może to szok? Może radość wolał zachować dla siebie?

***

Zwycięstwo Piasta z Jagiellonią sprawiło, że gliwiczanie zostali tymczasowym liderem Ekstraklasy. „Tymczasowym”, bo tuż po nich swój mecz rozpoczynała Legia, która przy Łazienkowskiej podejmowała niewalczącą już o nic Pogoń.

To miało być łatwe zwycięstwo. Szczecinianie szybko strzelili jednak gola, a potem dzielnie się bronili. Pękli raz: kwadrans po rozpoczęciu drugiej połowy bramkę zdobył rezerwowy Dominik Nagy. Legia przeważała, kontrolowała grę, ale nie stwarzała groźnych okazji. Nie grali ani jak mistrz aktualny, ani potencjalny. Zremisowali, wywołując wściekłość kibiców, zatrwożonych nie tylko wynikiem (1:1), ale i stylem drużyny. Przestali też być faworytem…

W środę wszyscy grali o jednej porze. Piast jechał do Szczecina, Legia do Białegostoku. Sytuacja w tabeli przed tymi spotkaniami była następująca:



Piast – 68 punktów
Legia – 67 punktów

Legia przegrała po samobójczym trafieniu Mateusza Wieteski. Piast bezbramkowo zremisował, wyraźnie przestraszony, sparaliżowany możliwością zapewnienia sobie tytułu już w Szczecinie. Efekt? Dwóch kandydatów do tytułu, 180 minut gry i… zero goli.

W niedzielę (19 maja) ostatnia kolejka. Piast gra u siebie z Lechem Poznań, Legia podejmuje Zagłębie Lubin. Sytuacja jest komfortowa dla gliwiczan: wystarczy wygrać u siebie, przy pełnych trybunach, z zespołem, który nie ma już żadnych szans na puchary, a którego kibice na pewno woleliby, by mistrzem był Piast, nie Legia. W sieci pełno jest teorii spiskowych, dywagacji na temat ewentualnego „podłożenia się” Piastowi przez piłkarzy z Poznania, ale najpewniej wcale nie musieliby tego robić. W obecnej dyspozycji zawodnicy Waldemara Fornalika przerastają bowiem rywali z Wielkopolski. Jeśli zagrają „swoje”, zostaną mistrzem Polski. Po raz pierwszy w historii, zaledwie 11 lat po pierwszym awansie do Ekstraklasy…

Piast zostanie mistrzem, jeśli…
– wygra z Lechem
– Legia nie wygra z Zagłębiem

Legia zostanie mistrzem, jeśli…

– wygra z Zagłębiem, a Piast zremisuje lub przegra z Lechem

źródło:
Zobacz więcej