Niemiecki system azylowy to kpina. Migranci wciąż pozostają bezkarni [OPINIA]

Europa znów może zostać zalana przez migracyjną falę (fot. REUTERS/Michaela Rehle)

Europa znów może zostać zalana przez migracyjną falę o podobnych rozmiarach co w 2015 roku. Niemcy wydają się nie tylko nie być przygotowane na taką sytuację, ale wciąż nie mogą sobie poradzić z migrantami, którzy do tego kraju już dotarli. Problemy Berlina są przestrogą dla wszystkich, którzy również dziś głoszą hasła o potrzebie szerokiego otwarcia się na przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Zbrodniarze wojenni wśród migrantów. Niemieckie władze zignorowały ostrzeżenia

Wśród ponad miliona migrantów, którzy przyjechali do Niemiec w latach 2015-2016, znaleźli się przestępcy wojenni. Dziennik „Bild” ujawnił, że...

zobacz więcej

Dziś nie można mieć wątpliwości, z jakiego powodu niemiecka kanclerz Angela Merkel otwierała szeroko ramiona dla rzesz migrantów, którzy w 2015 roku masowo napływali z całego świata do Europy. Dla większości z nich to właśnie kraj nad Renem był celem podróży. Wielu z nich próbę dotarcia do niego okupiło własnym życiem. Celem Berlina było zaś maksymalnie szybkie wpompowanie do swojej gospodarki nowych pracowników. Po dziewięciu latach nieprzerwanego wzrostu ma ona wciąż jednak niedobór siły roboczej w wielu sektorach. Liczba wakatów jest szacowana na 1,5 miliona. W zeszłym roku połowa niemieckich firm zatrudniała azylanta w ramach umowy na praktyki zawodowe. Dwa lata wcześniej czyniło tak co trzecie przedsiębiorstwo.

Okazuje się również, że nawet tak duża liczba migrantów, z których część tylko podjęła pracę zawodową, a także wyższy odsetek urodzin, nie pozwolą zapobiec negatywnym skutkom starzenia się społeczeństwa. Przedstawiony w połowie marca raport Fundacji Bertelsmanna wskazuje, że systemowi opieki społecznej tego kraju grozi zapaść. W dokumencie podkreślono, że w ramach przeciwdziałania negatywnym tendencjom potrzebne będzie wydłużenie czasu pracy zawodowej (do 2060 roku wiek emerytalny powinien w Niemczech wzrosnąć do 70 lat), migranci będą musieli dużo szybciej wchodzić na rynek pracy, wzrosnąć powinien również odsetek pracujących kobiet i wymiar godzin, które poświęcają na działalność zawodową. Działania te mają zapobiec wystąpieniu konfliktu między starymi a nowymi pokoleniami, gdyż obciążenia socjalne przyszłych pokoleń mogą okazać się za wysokie.

Czy powyższe problemy mogą stanowić wytłumaczenie faktu, że większość z ponad półtora miliona migrantów, którzy od 2015 roku wjechali do Niemiec, nie została dobrze sprawdzona lub nie została sprawdzona wcale i że w kraju tym ponad pół miliona migrantów pozostaje poza kontrolą urzędników?

O tym, jak źle działa system imigrancki w Niemczech, świadczy m.in. to, że migranci, którzy otrzymali tam międzynarodową ochronę, czyli np. azyl polityczny czy status uchodźcy, pozostają w kraju na stałe, chociaż taka ochrona powinna być w rzeczywistości tymczasowa. Po upływie trzech lat od otrzymania statusu Federalny Urząd ds. Migracji i Uchodźców (BAMF) ma w obowiązku sprawdzić, czy danemu azylantowi wciąż grozi niebezpieczeństwo w momencie powrotu do swojego kraju. Jeśli nie grozi, to powinien natychmiast stracić status i do niego wrócić.

Urzędnicy powinni również sprawdzać, czy ktoś wyłudził status uchodźcy czy azylanta, podając fałszywe dane na swój temat, i czy złamał on prawo. Okazuje się jednak, że prześwietlają oni tylko tych azylantów, którzy popełnili przestępstwo. To oni stanowią większość z 1,2 procent azylantów, którzy utracili swój status.

W Niemczech pozostał co drugi niechciany przybysz. To blisko 30 tys. osób

Niemcom nie udało się deportować prawie połowy osób, którym odmówiono azylu w tym kraju. Blisko 30 tys. niechcianych przybyszów pozostało, ponieważ...

zobacz więcej

Po trzech latach osoby ze statusem uchodźcy bądź azylanta mogą ubiegać się o pozwolenie na osiedlenie się. Problemy z jego uzyskaniem mogą mieć jedynie ci, którzy nie radzą sobie na rynku pracy bądź nie znają podstaw niemieckiego. Jednak nawet ci, jeśli po kolejnych dwóch latach nie wejdą w konflikt z prawem lub nie są uzależnione całkowicie od pomocy socjalnej, otrzymują takie zezwolenie. Oznacza to, że cześć przybyszów może właściwie nie pracować, nie znać języka, a i tak pozostanie w kraju. Wielu z nich powiększa i tak rozbudowane dzielnice imigranckie i egzystuje w szarej strefie lub działa w kryminalnym światku. Co więcej, wzrost liczby migrantów – z których większość stanowili młodzi, niewykształceni mężczyźni, muzułmanie – wpłynął na zwiększenie się liczby przestępstw, włącznie z tymi najcięższymi, jak zabójstwa i gwałty.

Przedstawiane dane dotyczące migrantów potwierdzają wszystkie obawy krytyków kanclerz Angeli Merkel, którzy od 2015 roku ostrzegali, że system azylowy jest wykorzystywany nie jako ratunek dla osób prześladowanych, ale sposób pozyskania migrantów. Szefowa niemieckiego rządu przekonywała wtedy, że np. syryjscy uchodźcy będą musieli wrócić do swojego kraju, gdy Państwo Islamskie zostanie pokonane. Na nic jednak takiego się nie zanosi. Deportacja nie grozi także przybyszom z krajów, gdzie nie ma konfliktów zbrojnych.

Chociaż największa migracyjna fala dotarła do Europy, w tym do Niemiec przed czterema laty, to dopiero teraz rząd w Berlinie przyjął projekt ustawy migracyjno-azylowej, który ma utrudnić migrantom, którym odmówiono azylu, celowe uchylanie się od wydanego nakazu wyjazdu. - Ten, kto jest egzekucyjnie zobowiązany do wyjazdu, musi nasz kraj opuścić. Jeżeli ten obowiązek prawny nie jest spełniony, to musi to wyegzekwować państwo. Chodzi o przestrzeganie rządów prawa – tłumaczył główne powody zaostrzenia przepisów minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer.

Surowiej karani mają być także ci migranci, którzy ukrywali swoją tożsamość. Karą za oszukiwanie urzędników ma być zmniejszanie pomocy socjalnej. Przedłużeniu ma ulec tzw. areszt deportacyjny. W zeszłym roku z 230 tysięcy migrantów, którym odmówiono azylu i nakazano opuścić kraj, deportowano mniej niż 10 procent. Częstą przyczyną braku deportacji był brak dokumentów uprawniających do podróży, nieumiejętność znalezienia przez policję danej osoby, która miała wrócić do swojego kraju, a także siłowe oparcie się osoby deportowanej na lotnisku.

Co więcej, aż jednak trzecia deportowanych z Niemiec migrantów wraca do tego kraju. Czyni tak od 5 do 10 procent osób deportowanych po odrzuceniu wniosku o azyl i aż 30-40 procent z tych migrantów, którzy podlegają tzw. procedurom dublińskim, czyli są odsyłani do unijnego kraju, gdzie po raz pierwszy zostali zarejestrowani.

Migranci próbują przechytrzyć Niemców. „Zapadają się pod ziemię”

Prawie połowa imigrantów przebywających w Niemczech znika, gdy zbliża się termin wydalenia ich z kraju – wynika z policyjnych statystyk. Telewizja...

zobacz więcej

Jeszcze bardziej dramatycznie wyglądają statystyki, do których dotarła gazeta „Bild Zeitung”. Świadczą one o tym, że od 2014 roku Federalny Urząd Kryminalny oraz Prokuratura Generalna otrzymała od Urzędu ds. Migracji i Uchodźców ponad 5 tysięcy doniesień o migrantach podejrzanych o złamanie prawa międzynarodowego. Wdrożono jednak jedynie 129 spraw. W latach 2015-2016, gdy do Niemiec dotarło prawie milion migrantów, przekazano dane o 3,8 tys. przybyszach o to podejrzanych, co skutkowało wszczęciem jedynie 28 spraw. Oznacza to, że w Niemczech na masową skalę ochronę otrzymali zbrodniarze wojenni. Sprawa ta wywołała burzę w tym kraju, a szef MSW Horst Seehofer zażądał od podległych mu służb pełnego raportu w tej sprawie. Przypomnijmy tylko, że Niemcy należą do państw szczególnie zagrożonych islamskim terroryzmem.

W ostatnim czasie wizja powtórki z migracyjnej fali zalewającej Europę, podobnie jak to miało miejsce w 2015 roku, staje się coraz bardziej realna. Wpływa na to choćby rozszerzenie się konfliktu w Libii, z której do tej pory i tak dociera duży procent wszystkich przybyszów z Afryki. W tym miesiącu przed falą sięgającą liczby nawet 800 tysięcy migrantów ostrzegały libijskie władze. Mówił o tym także m.in. były szef niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) Hans-Georg Maassen. W wywiadzie dla węgierskiej telewizji podkreślał, że może to nastąpić już tego lata lub na jesieni. Maassen skrytykował również ochronę zewnętrznych granic Unii i powiedział, że Niemcy nie są w stanie zasymilować tak dużej liczby migrantów.

Berlin zauważa problem, lecz nie znajduje na niego recepty. Niedawno przewodnicząca CDU Annegret Kramp-Karrenbauer i prawdopodobna następczyni Merkel na stanowisku kanclerza zapowiedziała, że w sytuacji powtórki z migracyjnej fali z 2015 roku nie wyklucza zamknięcia granic. Chociaż zaznacza, że byłaby to ostateczność.

Pytanie jednak, czy Berlin znów nie będzie szukał w tym ratunku dla swojej gospodarki i systemu socjalnego i czy znów nie będzie chciał wykorzystywać migracyjnego kryzysu, by uderzać w takie kraje jak Polska, które stoją na stanowisku, że będą same decydować o tym, kogo wpuszczają na swoje terytorium, a kogo nie.

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia.

źródło:
Zobacz więcej