Dlaczego Polska B nie chce opozycji? Byt a świadomość [OPINIA]

Rynek w Kazimierzu Dolnym (fot. PAP/Wojtek Jargiło)

Opozycja niemal otwartym tekstem wskazuje od ponad trzech lat, że w Polsce mamy do czynienia z niejawnym stanem wyjątkowym. Tylko że obserwacja społeczna tego nie potwierdza. I stąd rozziew między opozycyjną histerią a jej niskimi sondażowymi notowaniami.

Premier: Cios w polską wieś, jest ciosem w polskie miasta, ciosem w Polskę

PiS chce równości krajów członkowskich UE i chce też równości między polską wsią i polskim miastem; cios w polską wieś, jest ciosem w polskie...

zobacz więcej

Janusz Lewandowski, europoseł Platformy Obywatelskiej, jeden z superbeneficjentów polskiej transformacji, niegdyś minister przekształceń własnościowych, zdziwił się niepomiernie na łamach „Polityki”, że opozycji znów spadło poparcie w sondażu. I to zrobionym dla liberalnej gazety – mowa o niedawnym sondażu „Kantar” właśnie dla „Polityki”.

I tak to skomentował: „Mam nadzieję, że to jest incydent, bo nijak nie jestem w stanie sobie tego wytłumaczyć. Być może, wbrew temu, co się powszechnie mówi, strajk nauczycieli nie jest tak dobrze odbierany, a poparcie dla strajku również. Nie potrafię sobie wyniku sondażu wytłumaczyć. Powinno być odwrotnie”.

Rzadko politycy opozycji tak jasno artykułują bezbrzeżne zdumienie własnymi porażkami: „powinno być odwrotnie”. Przez lata byli przekonywani, że przegrać nie mogą, że ich przeciwnicy to słabeusze, głośny, ale margines, „plebs”, który na dobre okiełznała „Polska racjonalna”. Słynne słowa Adama Michnika o ciężarnej zakonnicy na pasach świetnie tę pewność oddawały. A jednak od paru lat nic nie wskazuje, żeby notowania opozycji miały poszybować w górę – więc straszą kataklizmami, wieszczą nieledwie stan wyjątkowy w kraju i biadolą nad pisowskim autorytaryzmem, w mediach krajowych i zagranicznych.

A teraz drobny przeskok. Święta Wielkiejnocy spędziłem w Wielkopolsce na wsi. Akurat w całej okolicy kładą światłowód – kilometrami wzdłuż dróg widać prace nad infrastrukturą. W wielkanocną niedzielę od rana do wieczora ludzie spacerowali po okolicznych miastach i miasteczkach. W pałacu Rogalinie było mnóstwo ludzi, rodziny cieszyły się świętowaniem i byciem razem; na rynku w Kórniku i w arboretum przy kórnickim zamku także było tłoczno, podobnie na okolicznej promenadzie nad jeziorem. Ludzie po wyjściu z kościoła jedli lody i gofry kupowane w otwartych lodziarniach (tak, tak, zakaz handlu wcale nie jest taki opresyjny), dobrze się bawili i odpoczywali.

Prezes PiS: Dążymy do tego, by wieś i miasto żyły na tym samym poziomie

Naszym dążeniem i nadzieją jest to, żeby polskie miasto i polska wieś żyły na tym samym poziomie, żeby różnice zostały ostatecznie zredukowane –...

zobacz więcej

Tego nie rozumieją opozycyjni politycy i grające larum liberalne media: w Polsce zwykłym ludziom nie żyje się dziś szaro i źle. W Polsce nie ma żadnego stanu wyjątkowego: przy rodzinnych stołach znaczna część ludzi wcale nie skupia się na polityce. Dostrzec można coś dokładnie odwrotnego: ludzie widzą, że ich okolice się zmieniają na lepsze i modernizują – choćby montaż światłowodu traktowany jest przy tym jako rzecz najbardziej oczywista. Nikt nie ma poczucia, że dokonuje się jakiś cywilizacyjny regres, że rządzi PiS, bynajmniej. To, że w świąteczną niedzielę można kupić lody w lodziarni, także jest zupełnie naturalne.

O tym, że znacznie więcej ludzi na prowincji ma dziś zdecydowanie więcej pieniędzy w portfelu, nawet nie wspomnę. A to, że wiele kobiet po pięćdziesiątce cieszy się, że wreszcie ma pracę albo że więcej dostaje na rękę i że wreszcie się nie boi bezrobocia, też nie jest bez znaczenia.

Są to rzeczy, które widać gołym okiem, gdy się spędza czas w zwykłych polskich wsiach i miasteczkach. To są te drobne sprawy, zwykle kompletnie niewidoczne dla liberalnych mediów i warszawocentrycznej klasy politycznej, które – jak sądzę – w dużej mierze decydują o tym, że opozycja w sondażach wciąż wypada kiepsko.

To są te elementarne życiowe kwestie, które wpływają na to, że wielu ludzi nie wie, skąd opozycyjna histeria, skąd medialna atmosfera ciągłej wojny przeciw PiS-owi. Przynajmniej ta Polska B, którą znam - a znam jej jednak niemało - patrzy na to wszystko jak na cudzy spektakl.

Rafalska: Zdecydowana większość rodzin właściwie wydaje pieniądze z programu „500 plus”

– Zdecydowana większość rodzin właściwie wydaje pieniądze z programu „500 plus”. Dane pokazują, że tylko w 1,5 tys. przypadków świadczenie...

zobacz więcej

To, co dla opiniotwórczej inteligencji jest sensem życia, czasem zresztą nieco montypythonowskim, dla ludzi, którzy chcą lepiej żyć w swoich stronach, jest mało czytelne, a przez to mało emocjonujące. Dlaczego zatem Schetynie et consortes miałoby rosnąć w sondażach, skoro znacznej części społeczeństwa ta władza w żaden sposób nie uwiera? I nie jest też tak, jak wieszczono, gdy powstała Wiosna Roberta Biedronia, że Kościół katolicki w Polsce leży już na łopatkach, a dobije go właśnie małomiasteczkowy antyklerykalizm.

Otóż w święta ludzie wciąż tłumnie chodzą do kościołów, a gdy mówią o swoich proboszczach, to nawet jeśli mają im coś za złe, to raczej sprawy związane z codziennym funkcjonowaniem parafii. Widać zresztą wyraźnie, że doświadczenia religijne są wciąż istotne, gdyż służą kultywowaniu wspólnej pamięci. Gdy w Wielkanoc zjeżdżają się całe rodziny, rozłączone zarobkową emigracją, to obowiązkowo idą wspólnie na groby – bo wreszcie jest taka możliwość.


Życie w matriksie nie służy ani opozycji, ani wielkomiejskim, z reguły inteligenckim elitom. Widać, że ta współczesna Polska, skomplikowanie procesów, jakie zachodzą od dobrych paru lat, zdecydowanie ich przerasta. Nie rozumieją, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość może wygrywać, więcej gwarantując Polsce mniej zamożnej, choć pewnie dla lewicy społecznej to wciąż zbyt dalekie od ideału. Liberalna opozycja nie rozumie od lat aspiracji Polski B i nie rozumie, że bardzo długo musiała ona walić głową w mur albo odbijać się od szklanego sufitu.

źródło:
Zobacz więcej