Tematów nie zabraknie [OPINIA]

Demonstranci podczas akcji protestacyjnej przed siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej (fot. PAP/Rafał Guz)

Przyjemnie jest móc powiedzieć „a nie mówiłem”. Kolejne sondaże pokazują, że Koalicja Europejska traci szanse na wygraną w wyborach do PE, a i strajkujący nauczyciele przestają cieszyć się sympatią społeczną. PiS dostaje więc prezenty na zajączka, a sytuacja jest na tyle ciekawa, że przy świątecznych stołach raczej nie uniknie się rozmów o polityce. Znając życie, gdy piszę ten tekst portale szykują już kąciki porad „jak przy świątecznym stole zaorać wujka – zwolennika PiS”. Ewentualnie dziadka, fana PO, ale to na innych stronach.

Dwa tysiące placówek oświatowych wycofało się ze strajku

Strajkuje około 2 tys. jednostek mniej niż strajkowało 8 kwietnia. Niewiele ponad 13 tys. szkół i przedszkoli nadal prowadzi akcję strajkową -...

zobacz więcej

Jeszcze niedawno zanosiło się na remis i to przy najlepszym dla PiS obrocie spraw. Jak na razie karta się jednak odwróciła. Co ciekawe, główną zmienną wydaje się być właśnie strajk, mający w rachubach opozycji mocno uderzyć w rząd. Z przyczyn analizowanych już tutaj w wielu tekstach, plan ten nie wypalił.

Sami nauczyciele zaś sympatię tracą bardzo szybko co, niestety, w wielu przypadkach nie skutkuje żadną samokrytyczną refleksją. Wręcz przeciwnie, widać radykalizację nastrojów. Zapowiedzi zablokowania matur znajdują potwierdzenie w pierwszych oficjalnych pismach i decyzjach, zaś niedawno wszyscy obejrzeć mogliśmy filmik, gdzie nauczycielka w pozie znudzonej urzędniczki spławia zaniepokojonych swoją przyszłością uczniów.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt sytuacji, który do tej pory wielu z nas umykał. Okazuje się bowiem, że istnieją też szkoły, w których strajkujący nauczyciele stanęli na wysokości zadania – zorganizowali zajęcia zastępcze dla młodzieży, przeprowadzili egzaminy, przyjęli model działania, który nie uderzał ani w uczniów, ani w niestrajkujących kolegów i koleżanki.

Trudno stwierdzić, ile było takich szkół, ponieważ normalność i przyzwoitość są w dzisiejszych czasach mało medialne. Tymczasem jednak to właśnie w takich miejscach nauczyciele nie zerwali więzi ani z młodzieżą, ani z rodzicami, ani wreszcie z kolegami, których gdzie indziej nazywa się łamistrajkami i odsądza od czci i wiary. I tacy protestujący, do których najtrudniej mieć pretensję, tak naprawdę są kolejną grupą, padającą ofiarą swoich zradykalizowanych i coraz bardziej na oślep zadających ciosy kolegów. Ci tymczasem narzekają na spotykający ich hejt i mówią, że gdyby w 1980 roku istniał w Polsce internet, stoczniowy obrywali by tak, jak dziś oni.

„Życie nie tylko po to jest, by brać”. Licealiści odpowiadają nauczycielom [WIDEO]

Prawie stu uczniów tczewskiego liceum wyraziło poparcie dla dyrekcji szkoły, która od kilku dni próbuje przeprowadzić radę klasyfikacyjną. Rada...

zobacz więcej

Tymczasem sprawa wygląda inaczej – strajk trwa już dość długo, przez ostatnie tygodnie jest głównym tematem, angażującym opinię publiczną, lecz przy tym (i tu trudno szukać analogii w sierpniowym zrywie) co chwila okazuje się, że protest uderza w kolejne roczniki dzieci i młodzieży – najpierw gimnazjalistów, później ósmoklasistów, a teraz – w maturzystów. Dla ich rodziców nerwy dzieci nie są rządową propagandą, a domową rzeczywistością. Rząd zaś, jak dotąd, na bieżąco rozwiązuje kryzys egzaminacyjny, zbierając punkty bez ulegania postulatom, które w tym samym czasie wydają się tracić społeczne poparcie.

Wygląda więc na to, że związkowi liderzy zwyczajnie przelicytowali, a pierwsze zapowiedzi podjęcia działań na rzecz unieważnienia wyników egzaminów, które już się odbyły, pokazują, że nie zamierzają oni szukać sympatii społecznej, polegając jedynie na determinacji swoich sympatyków. Abiturienci są więc zakładnikami nauczycieli, nauczyciele zaś to coraz bardziej zakładnicy liderów związkowych.

Ponieważ jednak strajk stopniowo zdaje się wygasać, pozostaje nadzieja, że naturalny moment, jakim są święta pozwoli wszystkim, lub prawie wszystkim wyjść z tego konfliktu z twarzą. Może przynajmniej w pokojach nauczycielskich, do których znów zacznie się wpuszczać, poddanych przez ostatnie dni ostracyzmowi, kolegów.

„Jeżeli ktoś klasyfikuje uczniów, to zamyka sobie drogę powrotu do strajku”

Szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz wykluczył możliwość uczestniczenia strajkujących nauczycieli w radach pedagogicznych i...

zobacz więcej

Tuż przed świętami do zakończenia strajku wezwał Grzegorz Schetyna i choć swoje słowa skierował, jak tłumaczą jego partyjni koledzy, do rządzących, przekaz w świat idzie dość jednoznaczny. Zwłaszcza, że niemal w tym samym czasie szef ZNP, Sławomir Broniarz, mocno naokoło, ale wycofuje się z blokowania matur, mówiąc, że nie wie, czy miałby odwagę zdecydować się na taki krok. Szczęśliwie dla niego nie pracuje w zawodzie od bardzo wielu lat, więc nie będzie musiał tego sprawdzać.

W tym samym czasie pojawiła się informacja, że o strajku myślą również pracownicy Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej. MOPS-y zajmują się wypłacaniem świadczeń z programu 500+, wydawałoby się więc, że taka groźba to prawdziwy kłopot dla rządu. Zwłaszcza według logiki opozycji, według której to za te pieniądze Prawo i Sprawiedliwość kupuje sobie poparcie. Najwyraźniej jednak myślący ciepło o takim scenariuszu, nie wyciągnęli wniosków z faktu, który chyba sami zauważyli już przy okazji strajku nauczycieli.

Rząd, doprowadzając (oczywiście z pomocą wielu osób i instytucji) do przeprowadzenia egzaminów, skutecznie wykreował wizerunek sprawnego organizatora, chroniącego najsłabszych przed kosztami protestów. Próba sabotowania wypłat 500+ przez instytucje samorządowe, zwłaszcza tam, gdzie kieruje nimi opozycja, to wspaniały prezent, pozwalający na zdobycie kolejnych punktów według tej samej zasady. Mówiąc bardzo obrazowo – proszę wyobrazić sobie przedstawicieli rządu, którzy wszędzie i bezpośrednio docierają do potrzebujących z pomocą, której, choć gwarantowana prawnie (tak, jak i prawo do edukacji zresztą) odmawiają protestujący, wspierani przez opozycję.

Robert Biedroń pobił matkę? „Akta tej sprawy zginęły z sądu”

– Z prokuratury w Krośnie, którą kierowałem w tamtych latach, wyszedł na pewno akt oskarżenia wobec osoby o tym imieniu i nazwisku – powiedział...

zobacz więcej

Za oknami mamy już prawdziwą, zieloną wiosnę, w polityce natomiast Wiosna, pisana wielką literą, zdaje się zmierzać ku końcowi. Nie dość, że – poza jednym badaniem – partia Roberta Biedronia mocno już słabuje w sondażach, od środy głośno jest o kwestii przemocy wobec matki, jakiej polityk dopuścić się miał przed dwudziestu laty. Kwestię ustalenia, co naprawdę się wtedy wydarzyło, zostawiam dziennikarzom śledczym. Zadanie będzie utrudnione, bo dziwnym zrządzeniem losu akta sprawy zniknęły z sądu. Niemniej wiemy, że materiały były na tyle mocne, że prokuratura wniosła wówczas akt oskarżenia, później dojść musiało do porozumienia stron.

Jednak więcej nawet niż o Biedroniu, cała sytuacja mówi nam na pewno o środowisku dziennikarskim. Osoby, bardzo na ogół w deklaracjach wrażliwe na kwestie przemocy w rodzinie, w konfrontacji z doniesieniami o sytuacji, która mogła wydarzyć się z udziałem lubianego przez nich polityka, nagle dziwią się zainteresowaniu mediów prywatną sprawą dwojga dorosłych ludzi. „Robercie, pamiętam jedną sprawę karną z Twoim udziałem. Kiedy siedziałeś na ławie oskarżonych i walczyłeś o wolność słowa. Wygrałeś. Cieszę się, że masz tak fantastyczną relację z Twoją Mamą. Trzymaj się w trudnych chwilach” – wzrusza się sam Rzecznik Praw Obywatelskich. Zaiste, fantastyczna jest relacja, która potrzebuje prokuratora.

Oczywiście nie mam podstaw, by wypowiadać się na temat bieżących relacji Biedronia z matką, zastanawiam się natomiast, jak to jest, że jednych polityków prześwietlamy od kołyski, innym zaś zostawiamy o wiele szerszy margines swobody. I nagle przestajemy (a raczej – niektórzy z nas przestają) interesować się, co to za niepokojące hałasy rozlegają się w ich czterech ścianach.

PE poparł zakaz sprzedaży produktów podwójnej jakości

Parlament Europejski w Strasburgu poparł w środę przepisy zakazujące sprzedaży produktów podwójnej jakości. Nowe przepisy zostały zatwierdzone...

zobacz więcej

Trudno zresztą, by światła część komentatorów miała w ogóle czas zastanawiać się nad takimi niuansami, skoro zajęta jest wyśmiewaniem chorego na zespół Tourette’a prezesa PKN Orlen Daniela Obajtka. Obajtek nagrał bowiem film z życzeniami świątecznymi, który został przeanalizowany na Twitterze przez ekspertkę od mowy ciała, która pominęła kwestię wpływu choroby na mimikę, tę ostatnią zaś poddała miażdżącej krytyce. Lawina hejtu ruszyła i trwa w najlepsze, pomimo prób uspokajania zabawy za pomocą przywoływania powszechnie dostępnej informacji o chorobie, również przez co bardziej wrażliwych politycznych przeciwników prezesa Orlenu.

Święta to też zakupy, choć, miejmy nadzieję, jednak nie przede wszystkim. Temat cen na pewno pojawi się więc w rodzinnych rozmowach, co politycy opozycji chcą wykorzystać wrzucając infografiki, na których porównują ceny minimalne sprzed kilku lat z jakimiś liczbami z kosmosu, podawanymi jako te bieżące. Tymczasem faktem jest, że zdarza nam się za niektóre rzeczy płacić więcej, kupując w gorszej jakości, za co odpowiada polityka wielkich zagranicznych sieci handlowych.

PE przyjął dyrektywę, która ma zlikwidować proceder sprzedaży produktów tej samej marki, lecz różnej jakości w poszczególnych krajach. Co ciekawe, przy sprzeciwie polskich eurodeputowanych z tych partii, które tworzą Koalicję Europejską. Zostaje wreszcie kwestia euro. Choć sympatyzujące z Donaldem Tuskiem media cieszą się, że tym jednym twittem, mówiącym o tym, że nie ma o czym, przynajmniej na razie, dyskutować, zniszczyć miał narrację PiS, zapominają jednak, że Tusk zablokował już na Twitterze chyba wszystkich, których ten wpis mógłby wybić z rytmu. I to by było na tyle. Wesołych Świąt wszystkim czytelnikom.

źródło:
Zobacz więcej