Realna walka z mitycznymi małpoludami. „Były niemal wszędzie”

Niestety, nie zachowały się żadne zdjęcia tajemniczych istot (fot. YT/Paranormal Junkie)

UFO, foo fighters, trójkąt bermudzki – w historii wojen nie brakowało dobrze udokumentowanych zdarzeń, które z powodzeniem możemy określić mianem paranormalnych. Na wytłumaczenie wciąż czeka fenomen rock apes – tajemniczych małpoludów, które obserwowali i z którymi nawet walczyli żołnierze w Wietnamie. Liczba osobliwych spotkań sprawiła, że zorganizowano specjalną ekspedycję mającą schwytać lub zabić monstrum z dalekowschodniej mitologii...

Szeregowy pawian. Jak Jackie żołnierzy w okopach ratował

Okopy frontu zachodniego podczas I wojny światowej stały się synonimem najbardziej nieludzkich warunków, w jakich przyszło walczyć żołnierzom. To...

zobacz więcej

O kryptydach słyszał każdy. To hipotetyczne zwierzę, którego istnienie nie zostało potwierdzone przez zoologów. Zwykle są one znane z przekazów i dzielą się na trzy podstawowe kategorie. Są zatem, albo tylko niektórzy tak uważają, kryptydy wodne, jak Potwór z Loch Ness czy Kraken, lądowe, jak Chupacabra czy niemiecki Elwetritsch, a także powietrzne, jak ponoć obecne w USA Mothman czy Diabeł z New Jersey.

Są tacy, którzy uważają, że powinna być stworzona czwarta kategoria – homonidów, czyli kryptyd człekokształtnych. Bez wątpienia ta jest najbardziej pasjonująca. Można do niej, a raczej chcielibyśmy do niej zaliczyć Yeti, Wielką Stopę, zaobserwowanego na Syberii Czuczunię czy australijskiego Yowie.

Świat mają wręcz zamieszkiwać dziesiątki tajemniczych stworów. Wiele ludów ma swoje kryptydy. Zdarza się jednak, że obserwacji dokonują nie plemiona pozostające pod względem cywilizacyjnym w epoce kamienia łupanego ani żądni sensacji frustraci, ale współcześni, racjonalni ludzie. Mamy im wierzyć? To kwestia indywidualna. Z pewnością chcielibyśmy mieć dowód, że faktycznie coś widzieli, jeżeli widzieli oraz dowiedzieć się, co zaobserwowali.

Nguoi rung

Tajemnicze istoty w gęstej dżungli porastającej Wietnam obserwowano od dawna. Szczególnie często pojawiały się one w górzystym dystrykcie Vu Quang w prowincji Ha Tinh, ale także w Laosie oraz w północnej części wyspy Borneo. Lokalne ludy nazywają swojego „leśnego człowieka” Nguoi rung, Batutut lub Ujit.

Nguoi rung ma mieć około 180 cm wzrostu i być w typie goryla, ma jednak nieporośnięte sierścią kolana, stopy, dłonie oraz twarz. Przede wszystkim porusza się na dwóch nogach, a nie jak goryl, podpierając rękami. Podobno jest dobrze umięśniony, ekstremalnie silny i bardzo agresywny; najlepiej nie wchodzić z nim w żadne interakcje.

Z zaprzęgu św. Mikołaja na okręt podwodny. Wojenna epopeja reniferzycy Pollyanny

Żadne zwierzę nie kojarzy się równie mocno ze świętami Bożego Narodzenia, co renifer. Wprawdzie próżno szukać go w Biblii, ale automatycznie...

zobacz więcej

Same tajemnicze istoty nie szukają kontaktu z człowiekiem, żyją w swojej społeczności (przypuszczalnie), ale gdy nieostrożny człowiek nieopatrznie zbliży się do nich, bez wahania zostanie zaatakowany. Uaktywniają się nocami, wtedy też podróżują w grupach, co zresztą jest zbieżne z obserwacjami dokonanymi przez amerykańskich żołnierzy i ich południowowietnamskich sojuszników, ale też przez Wietkong.

W nocy 23 na 24 sierpnia 1947 r. monstrum zobaczył francuski kolonista Jules Harrois. Opisał, że to „l'homme sauvage”, czyli „dziki człowiek”. Amerykańscy żołnierze po raz pierwszy zetknęli się z nim w latach 60. Nazwali te istoty rock apes – kamienne małpy – gdyż atakują, rzucając kamieniami.

Przerwa w marszu

Relacja z jednego z najbardziej znanych spotkań pochodzi od członków sześcioosobowego oddziału ze słynnej 101 Dywizji Powietrznodesantowej. Zostało ono opisane przez Kregga P.J. Jorgensona w kiążce „Very Crazy, G.I. - Strange but True Stories of the Vietnam War”. Żołnierze zrobili sobie przerwę po długim i męczącym marszu po dżungli. Siedząc między drzewami mieli nieodparte wrażenie, że są z każdej strony obserwowani przez Wietkong, byli więc niespokojni.

Nagle spostrzegli, że krzaki znajdujące się w odległości około 15 metrów od nich zaczynają się gwałtownie trząść i dochodzą zza nich dziwne odgłosy. Ocenili, że to północnokoreańscy żołnierze szykują się do ataku, więc odbezpieczyli broń i oczekiwali na starcie.

Na rock apes natrafili m.in. żołnierze słynnej 101 Dywizji Powietrznodesantowej (fot. Wiki)

Śmierć na Górze Umarłych. UFO doprowadziło do zagłady studentów?

Kosmici, tajna broń, wilkołaki, potwór Menk, diabli wiedzą co – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co zaszło w obozie studentów i...

zobacz więcej

Nieoczekiwanie zza drzew wyszła dziwna kreatura mierząca około 6 stóp (około 180 cm), bardzo umięśniona i pokryta rudą sierścią. Odnotowali, że miała podłużną twarz, duże usta i ciemne, głęboko osadzone oczy. Widząc, że to nie człowiek, Amerykanie nie otworzyli ognia. Zaskoczeni zaczęli się kłócić, co to jest. Jeden z żołnierzy przekonywał, że to ani chybi orangutan. Jego koledzy zwrócili mu uwagę, że orangutany nie występują w Wietnamie ani okolicy. Bestia również obserwowała, z czym na do czynienia, a po chwili, ponoć rozbawiona sceną, uciekła z powrotem do lasu.

Inny dobrze opisany incydent pochodzi z 1966 r. Miał miejsce na Wzgórzu 868 w prowincji Quang Nam. Co ciekawe, dochodziło tam do wielu obserwacji tajemniczych istot, przez co Amerykanie zaczęli nazywać to wzniesienie Małpią Górą. Żołnierz Korpusu Piechoty Morskiej USA złożył raport radiowy swojemu kapitanowi, że razem z kolegami odnotował ruch w zaroślach, jak oceniono – działanie Wietkongu.

Owłosione humanoidy

Oficer rozkazał drużynie wstrzymać się z otworzeniem ognia, nie mając pewności, kto jest potencjalnym celem. Po chwili żołnierz ponownie skontaktował się z dowództwem. Tym razem poinformował, że zostali otoczeni przez owłosione, poruszające się w pozycji wyprostowanej humanoidy. Oficer zabronił otwierania ognia, zasugerował odgonienie intruzów kamieniami.

Tajemnicze monstra podjęły rękawicę i również zaczęły rzucać w żołnierzy kamieniami. Marines zorientowali się, że wokół nich są setki istot, zdecydowanie za dużo na walkę na kamienie. Nakazano im założyć bagnety i w ten sposób stoczyć ewentualną walkę.

Przez radio oficer słyszał odgłosy toczącej się bitwy, wysłał więc wsparcie. Przybyli żołnierze znaleźli kompanów, wielu ciężko rannych i przypuszczalnie kilka ciał napastników. Ranni zostali ewakuowani, ciałami humanoidów nikt się nie przejął. Nie wiadomo, co się potem z nimi stało. Tak zakończył się incydent, który przeszedł do historii jako bitwa pod Dong Den. Jedynym dowodem na to, że się odbyła, są relacje świadków, niestety tak jest ze wszystkimi obserwacjami nguoi rungów.

„Miś zwany Wojtkiem”. Powstanie animacja o niedźwiedziu z armii Andersa

Brytyjski animator Iain Harvey pracuje nad krótkometrażowym filmem animowanym o losach syryjskiego niedźwiedzia brunatnego o imieniu Wojtek, który...

zobacz więcej

Na Małpiej Górze doszło też do kontaktu z tajemniczymi istotami w 1968 r. Kompania Mike z 3 Batalionu 5 Dywizji Piechoty Morskiej natrafiła na szereg śladów – odchodów, odcisków stóp i pęków włosów. W nocy usłyszeli rozmaite warknięcia, krzyki, a także zostali zaatakowani kamieniami. Marines opisywali, że wprawdzie bestie „rzucały jak panienki, to jednak z wielką siłą”. Kilku żołnierzy zostało rannych.

Wzgórze 868

Interesującą relację przekazał też marine o nazwisku Steve Canyon, którego służba również zawiodła na Wzgórze 868. Jego oddział został wysłany do testowania nowych tłumików mających ograniczać powylotowy błysk wystrzału z karabinu. Gdy się przygotowywali, spostrzegli, że zza zarośli przygląda im się „kamienna małpa”, nie okazując przy tym żadnego strachu.

Po chwili zaczęła wydawać dźwięki przypominające warczenie. Jeden z marines rzucił w kierunku istoty kamień, żeby ją odgonić. Ta podniosła go i odrzuciła. Nagle wokół oddziału pojawiło się około 20 rosłych małp, które, skrzecząc i wyjąc, zaczęły miotać kamienie w żołnierzy.

Marines nie odpowiedzieli ogniem, tylko zaczęli się wycofywać. Canyon został zapytany później, dlaczego razem z kolegami nie zaczął strzelać. – Nie wiem, to nie wydawało się w porządku. Te małpy zaczęły za nami biec, odpuściły dopiero, gdy wybiegliśmy z dżungli – relacjonował.

Amerykanie mieli kilka starć z tajemniczymi małpoludami (fot. Wiki)

Kosmiczne Archiwum X. Pentagon na tropie UFO

Tunele czasoprzestrzenne, napęd nadświetlny, niewidzialność – to nie wytyczne dla scenariusza filmu science-fiction, ale zakres prac tajnego...

zobacz więcej

W podobnych okolicznościach rozpoczęła się inna obserwacja, dokonana w 1968 r. przez Roberta Bairda. Weteran relacjonował, że razem z kolegami spędzał noc w dżungli, gdy spoza obozu zaczęły dobiegać trudne do zidentyfikowania dźwięki. Nie wiedząc, czy to normalne odgłosy dżungli, czy też wróg, kapral o pseudonimie Pancho poszedł na zwiad.

Biegł w panice

Podoficer wdrapał się na szczyt wzgórza, na którym znajdował się bunkier komunikacyjny, żeby rozejrzeć się w terenie. Gdy schodził, nagle – co odnotowali jego koledzy – zaczął strzelać, a następnie przybiegł do obozu i, na co również zwrócili uwagę jego koledzy, był wyraźnie wstrząśnięty. W tym momencie zadzwonił porucznik, żeby się dowiedzieć, dlaczego padły strzały.

Pancho opowiedział, że gdy wracał do obozu, zobaczył krzak, którego wcześniej nie widział. Podczołgał się, żeby sprawdzić, z czym ma do czynienia. Nagle krzak „prychnął na niego”. Żołnierz spanikował i zaczął strzelać, a następnie uciekł do kolegów. „Spotkał się z wszechobecnym wietnamskim rock ape” – odnotował Baird. „One były niemal wszędzie. Nie bały się nas i podchodziły niemal pod sam obóz. Krzyki opisane kolegę słyszeliśmy później przez całą noc” – relacjonował żołnierz.

Inne spotkanie odnotowano w 1969 r. Amerykański patrol został ostrzelany przez północnokoreańskich żołnierzy. Wszyscy rzucili się na ziemię i zaczęli szukać osłony przez latającymi pociskami. Nagle zza gęstych krzaków ktoś wybiegł. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak potężny mężczyzna, ale szybko okazało się, że coś jest z nim nie tak. Był pokryty rudą sierścią i miał ponad dwa metry wzrostu. Bestia dostała się w krzyżowy ogień i została trafiona, ale nie upadła, tylko pobiegła dalej.

Pierwowzór G.I. Joe. Z Biblią w plecaku odparł atak japońskiego regimentu

Obrona Wizny, bitwa pod Hodowem w 1694 roku, gdzie czterystu Polaków pokonało około 40 tys. Tatarów – w naszej historii nie brakowało starć...

zobacz więcej

Amerykanie domyślili się, że żołnierze Wietkongu również widzieli stwora, gdyż zaczęli się wydzierać i uciekli z placu boju. Jeden z uciekinierów był w takiej panice, że aż porzucił swoją broń. To nie był koniec osobliwego zdarzenia.

Po przegrupowaniu Amerykanie skierowali się w bezpieczniejsze miejsce. W nocy dobiegały ich rozmaite dźwięki – skowyty, szczeknięcia, wycia i pomruki – brzmiały znajomo, ale żołnierze wiedzieli, że nie pochodziły od znanych im zwierząt. Oczywiście, powiedzą sceptycy, po walce i w nocy spotęgowany strach dopowie wyobraźni to, czego oczy nie widzą, ale ciąg dalszy historii wskazuje, że w dżungli działała jakaś niewytłumaczalna siła.

Makabryczny widok

Nazajutrz rano został wysłany patrol w celu zbadania, co widziano poprzedniego dnia i próby ustalenia, co wydawało dźwięki słyszane nocą. Żołnierze natknęli się na ciało Wietnamczyka, które zostało dosłownie rozerwane na dwie części. Makabryczny widok był ponad siły Amerykanów; czym prędzej uciekli do obozu, nie chcąc wpaść na istotę, która tak brutalnie potraktowała ich wroga.

„Do końca mojej służby w Wietnamie nigdy nie widziałem ani nie słyszałem niczego podobnego. Informacje o naszym spotkaniu szybko się rozeszły. Niektórzy mieszkańcy wiedzieli o tej istocie, nazywali ją »śmierdzącą małpą«, »plugawą małpą«, jakoś tak, dokładnie nie pamiętam. Po tym zdarzeniu poprosiłem o przeniesienie do oddziału służącego przy helikopterach, żeby nie musieć już walczyć w dżungli” – odnotował jeden z żołnierzy.

Do kontaktów zwykle dochodziło po zmroku (fot. Army.mil)

UFO na odtajnionym nagraniu amerykańskiego lotnictwa. Nie jesteśmy sami?

Amerykański Departament Obrony opublikował tajemnicze nagranie przedstawiające niezidentyfikowany obiekt latający poruszający się wbrew znanym nam...

zobacz więcej

Szczególnie dramatyczną relację przekazał Michael Kelley z kompanii D 502 Regimentu Piechoty 101 Dywizji Powietrznodesantowej. Razem z kolegami zmierzył się nie z jednym czy kilkoma a setkami nguoi rungów. Do incydentu doszło w 1969 r. Zaczęło się od tego, że osiem istot pojawiło się na grzbiecie góry Nui Mo Tau, obok zaskoczonego plutonu robiącego sobie przerwę na lunch.

„Rozpętali piekło”

Kelley opowiadał, że w pierwszej chwili Amerykanie wzięli nieproszonych gości za Wietkong i „rozpętali piekło”. Żołnierze pruli ze swoich karabinów M-16 i rakietnic M-79, leciały granaty. Sam Kelley wskazał, że razem z dowódcą plutonu znajdował się około 50 metrów od kolegów, ale na odgłos wystrzałów dołączyli do nich, chowając się za zwalonym drzewem.

Gdy znaleźli się obok kolegów, zorientowali się, że zamiast wymiany ognia jest strzelanie na oślep w kierunku „duchów” przemykających między drzewami i krzakami. Istoty miały około półtora metra wzrostu, sierść koloru rudego i jasnobrązowego. Jeden z gości się wyróżniał; był to wielki samiec o ciemnej sierści, który wściekle rzucił się na żołnierzy, szczerząc wielkie zęby.

W pewnym momencie, jak na komendę, wszystkie tajemnicze istoty nagle zniknęły w lesie, jakby nigdy ich nie było. Po chwili żołnierze opanowali się i gdy dym opadł, poszli zobaczyć skalę zniszczeń. Ku ich zdziwieniu w okolicy nie było żadnych ciał agresywnych istot ani nawet śladów krwi.

– To może zabrzmieć trochę dziwnie, ale mimo tego, że nie miałem oporu, żeby zabijać wrogów, myśl o zabijaniu niewinnych zwierząt sprawiała, że żołądek mi się wywracał – opowiadał Kelley.

Dorwać UFO. Rządy walczą o kosmiczną technologię

Odtajnianie dokumentów rządowych to zawsze ciekawy moment. Natychmiast wypływają pasjonujące historie. Tak też dzieje się w przypadku odtajnianych...

zobacz więcej

Pełne portki

– Kiedy sprawdzaliśmy okolicę i nie znalazłem żadnych śladów krwi, byłem totalnie zdumiony, biorąc pod uwagę liczbę pocisków, które wystrzeliliśmy. Do dziś zastanawiam się, czy koledzy chcieli tylko odstraszyć kamienne małpy, czy też tak beznadziejnie celowali – zastanawiał się.

– Z pewnością część z tych, którzy jako pierwsi zobaczyli te dziwne zwierzęta, musiała potem prać swoją bieliznę. Ta nieoczekiwana wizyta wystraszyła nas nie na żarty.

Podobnych relacji było więcej, pochodziły także od żołnierzy Wietkongu. Żeby rozwiać tajemnicę dowódca Wietnamskiej Armii Ludowej gen. Hoang Minh Thao zorganizował w 1974 r. ekspedycję, która miała na celu schwytanie albo przynajmniej zabicie jednej z tych istot. Niestety, wyprawa zakończyła się niepowodzeniem, nie znaleziono żadnych twardych dowodów na istnienie nguoi rungów.

Swoje ekspedycje przeprowadzali także naukowcy. Wyprawa prof. Vo Quya z Narodowego Uniwersytetu Wietnamu też zakończyła się niepowodzeniem. Nieco więcej szczęścia miał prof. Tran Hong Viet z Uniwersytetu Pedagogicznego w Hanoi. Znalazł dziwne ślady stóp, których zrobił gipsowy odlew, ale więcej dowodów nie udało się zdobyć.

Sceptycy mogą próbować wyjaśnić tajemnicze zjawisko zażywaniem przez amerykańskich żołnierzy LSD. Faktycznie, podczas wojny w Wietnamie miało to miejsce, ale w tym przypadku monstra widzieliby pojedynczy żołnierze. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że obserwowały je całe oddziały i to nie tylko amerykańskie, ale też północnowietnamskie, które nie raczyły się substancjami halucynogennymi? Do tego trzeba pamiętać, że relacje są zaskakująco zbieżne z wielowiekowymi wierzeniami lokalnych plemion o wielkich, agresywnych małpach, które uaktywniają się nocami. Może po prostu przyjmiemy, że dżungla ma swoje tajemnice i nie ma zamiaru się nimi dzielić.

źródło:
Zobacz więcej