Krzysztof Zubrzycki i Zofia Balcerek zwycięzcami V Dyktanda Krakowskiego

Krzysztof Zubrzycki z Kalwarii Zebrzydowskiej zwyciężył w V Dyktandzie Krakowskim, które odbyło się w sobotę w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W kategorii junior triumfowała 13-letnia Zofia Balcerek z Grodziska Wielkopolskiego.

Arkadiusz Kleniewski, dziennikarz portalu tvp.info, zwycięzcą Czwartego Dyktanda Krakowskiego

W kategorii tradacyjnej i młodzieży poniżej 15 roku życia o tytuł mistrza ortografii walczyli tegoroczni uczestnicy Czwartego Dyktanda...

zobacz więcej

Podobnie jak w ubiegłych latach uczestnicy startowali w dwóch kategoriach wiekowych: junior (do 15 roku życia) oraz dorośli.

Jak poinformował podczas ogłoszenia wyników rzecznik UJ Adrian Ochalik, szczególnie w kategorii juniorów finał był wyjątkowo wyrównany - o kolejności miejsc na podium zadecydowała interpunkcja, bo punktów za błędy ortograficzne było tyle samo.

Krakowski Mistrz Ortografii popełnił w tekście tylko dwa błędy. Mistrzyni juniorów - osiem.

Krzysztof Zubrzycki to 35-latek pochodzący z krakowskiej dzielnicy Grzegórzki. Obecnie na stałe mieszka w Kalwarii Zebrzydowskiej. Jak powiedział dziennikarzom, tekst dyktanda był dla niego przystępniejszy niż rok temu. – Błąd pojawił się w nazwie przełęczy Snozka, której nie znałem, a drugi błąd to też była jakaś nazwa własna – relacjonował zwycięzca.

Dodał, że w dyktandach startuje od trzech lat. Dwukrotnie był wicemistrzem Dyktanda Krakowskiego (w 2017 r. i 2018 r., gdy przegrał tylko z dziennikarzem portalu tvp.info Arkadiuszem Kleniewskim). W zeszłym roku Krzysztof Zubrzycki zdobył tytuł Mistrza Ortografii Polskiej podczas dyktanda w Katowicach.

Do konkursu zgłosiło się około 900 osób, w tym 200 juniorów. Najmłodszym uczestnikiem był Franciszek Rygielski - 9 lat, a najstarszym 68-letni Jerzy Nedoma. Największą odległość w drodze do Krakowa pokonała Monika Kukielka, która mieszka pod Liverpoolem w Wielkiej Brytanii.

Dorośli uczestnicy dyktanda zmierzyli się z tekstem pt. „O niekorzystnych przemianach materii i tyranii grawitacji”. Z kolei juniorzy zmagali się z zawiłościami ortograficznymi opowiadania „Krecia robota”. Obydwa teksty, jak co roku, przygotowała dr hab. Mirosława Mycawka z Wydziału Polonistyki UJ.

Arkadiusz Kleniewski, dziennikarz portalu tvp.info, Warszawskim Mistrzem Ortografii

Arkadiusz Kleniewski został Warszawskim Mistrzem Ortografii. Zwycięzca nie popełnił ani jednego błędu. To nie pierwszy jego sukces - na początku...

zobacz więcej

Jak powiedziała PAP językoznawczyni, dyktando pod względem treści nawiązywało do Krakowa. Wersja dla dorosłych - zaznaczyła - była trudna, ponieważ pisały ją osoby bardzo dobrze przygotowane. Natomiast dla dzieci i młodzieży - łatwiejsza, by zachęcić najmłodszych do ortografii.

Rektor UJ prof. Wojciech Nowak ocenił, że frekwencja, jaką zanotowano, to „coś imponującego i budującego”. – Po trzech zdaniach dyktanda dla dorosłych byłem lepszy od finalistów, jeśli idzie o błędy, bo miałem ich więcej – żartował.

– Najważniejsze, że sala jest pełna, że świetnie się bawicie, a przy okazji poznajecie zawiłości języka, którym posługujemy się na co dzień – dodał.

W kategorii juniorów swoich sił próbowała m.in. Roksana Węgiel - zwyciężczyni 16. Konkursu Piosenki Eurowizji dla Dzieci. Z kolei tekst dyktanda dla dorosłych przeczytała piosenkarka Anna Wyszkoni. Był też wokalista zespołu TSA Marek Piekarczyk.

Patronat nad wydarzeniem objęły m.in. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Towarzystwo Miłośników Języka Polskiego.

Dyktando Krakowskie odbyło się w ramach Miesiąca Języka Ojczystego, który Wydział Polonistyki UJ organizuje od 21 lutego do 21 marca. W ramach wydarzenia odbywają się m.in. konkursy poświęcone językowi polskiemu czy warsztaty z emisji głosu.

Tekst dyktanda w kategorii dorośli:

„O niekorzystnych przemianach materii i tyranii grawitacji”

Heca hecą, a latka lecą - żachnęła się rzewnie Żaneta z Żyrzyna. Przebóg! Toż to huk czasu od studiów, a tu znienacka, gdy jak co dzień sięgała po świeżo zaparzoną nescafé i croissanta, przyszła wieść o zjeździe całego rocznika. Jaźń zawrzała od kolaży minionych zdarzeń jak po zażyciu ayahuaski. Ongiś, studiując w Gołębniku, tworzyli supertrio à la papużki nierozłączki. Ważysław z Horyńca-Zdroju miał żyłkę hazardzisty. Bez wahania, acz nie bez cholagogi, żywił się w hardcore’owym [hardcorowym] barze „Smok” - takim fast foodzie à rebours, wartym wszystkich gwiazdek Michelina. Modus operandi polegał w nim na chyżości konsumpcji i utrzymywaniu wzrokowego kontaktu z talerzem. Chwila nieuwagi, a już czyhające zewsząd sztućce dokonywały redystrybucji około trzytygodniowego bigosu, lokując go w trzewiach słabo uposażonych krakusów z półświatka. Żądanie zwrotu korzyści było haniebnym faux pas zagrożonym honorowym rękoczynem, więc nikt o byle bigos nie ważył się swarzyć. Raz jednak pewien zhardziały chojrak z ciupażką pod cuchą, ani chybi eks-Podhalanin, miał czelność ustrzec swoje flaczki przed grabieżą. Na pewno do dziś mu one bokiem wychodzą. Nim zaczął degustację, z nagła wyrósł przed nim krępawy rambo z Półwsia Zwierzynieckiego otoczony wianuszkiem mlaskotów. - Ani się ważcie, żałosne lajkoniki! - huknął niby-juhas, półstojąc. - Ty huncwocie, z chacharami zadzierasz? Wyny stąd! - wycharczał zwierzyniecki andrus. Chwycił nowotarżanina wpół i tak nim wzwyż wywinął, że ladaco mimo braku łyżew wykręcił potrójnego toe-loopa, lecz zanim się złożył do lutza, oddał hołd sile ciążenia. Ważysław był depeszem. Nosił ramoneskę i jeansy [dżinsy] Levi’sa z Peweksu [Pewexu]. Urodą mógłby dziś konkurować z George’em Clooneyem. Wybywał nad Sudół Dominikański, by w dolinie Rozrywki zaczytywać się w Rabelais’m i Joysie. Został ghostwriterem, ożenił się z pół-Honduranką i przepadł bez wieści, niestety, nie w Appalachach - w Górach Harcu [Harzu]. Z kolei Róża, supergrzegórzczanka, mieszkała ostatnio w Starej Łomży przy Szosie. Jako zagorzała fanka Classix Nouveaux ćwiczyła callanetics do rytmu new romantic. Marzyła o karierze w show-biznesie [show-businessie], licząc, że spocznie kiedyś na Pęksowym Brzyzku. Obstalowała sobie półkę na trofea: Super Wiktory, nagrody Grammy i - daj Bóg - Oscary. Dopadła ją jednak taka niemoc grania, z jakiej słyną „Organy” Hasiora na przełęczy Snozka. Skończyło się więc na nominacji do SuperJedynek, kilku wzmiankach w Super Expressie i megahejcie na Pudelku. Jednym słowem, miał być Mount Everest, ewentualnie Mont Blanc, a wyszła co najwyżej Magurka, i to w Beskidzie Małym. Porażka. Dzwony w kościele św. św. [Świętych] Piotra i Pawła zabiły na Anioł Pański, a Żaneta wciąż snuła wspomnienia, niczym osnuwik bądź snówek swe pajęcze sidła. Wtem zakłuł ją niepokój. Czymżeż sama się mogła pochlubić po latach? Ubożuchne portfolio: wiek balzakowski plus VAT i sieć zmarszczek niczym dorzecze Missisipi. Niegdyś o włos by została twarzą L’Oréalu, dziś z aparycją wychuchola bycie „twarzą rajstop” zakrawa na mrzonkę. Na próżno stosowała lwipazur zwany czepotą i suplementy z pierzgi. Na nic zdał się wampirzy lifting z efektem push-up. „Bo to, pani kochana - zdradziła jej wizażystka - są zmarszczki grawitacyjne. By zyskać gładką twarz, trzeba wystrzelić się w Kosmos [kosmos]”.

Tekst dyktanda w kategorii junior (dla uczestników do 15. roku życia):

„Krecia robota”

Ośmioipółletni Krzyś rzucił plecak w kąt i wybiegł z chyżym wyżłem na pole. Na zewnątrz zdążyło już zszarzeć. Mimo mżawki krążyły w powietrzu hoże jerzyki i jaskółki. Chłopiec i pies niezrażeni przykrą aurą ruszyli żwawo spod klasztoru oo. [Ojców] Karmelitów na Piasku w kierunku Plant. Nim minęli Collegium Novum, ich uszu dobiegł hejnał z kościoła Mariackiego. W pobliżu Wawelu Krzyś przycupnął na ławce. Znienacka wyżeł się zjeżył i zaczął charczeć. Ławka zachybotała i runęła w czeluść. Chłopiec ocknął się wpółprzytomny w podziemnym korytarzu w towarzystwie chwackiego kruczoczarnego kreta. „Witam Cię, kawalerze. Dobrze, żeś zajrzał. Wierz mi, że jako ssak ryjówkokształtny powinienem mieszkać na Krecie, ale z greką jestem na bakier, więc to odpada”. Po tym wstępie gospodarz podziemi zaprowadził Krzysia do spichrza. „Spójrz na moje władczynie pierścieni” – rzekł, wskazując na przypominające ekoparówki, ułożone rządkami dżdżownice. „Żywności mam w bród – skwitował, częstując gościa smoothie z rukwi i rosówek w kolorze lilaróż - mógłbym wieść rajskie życie, gdyby nie uprzykrzone sąsiedztwo. Małe szczurzątka hałasują bezustannie. Żywią się w barach McDonald’s frytkami, które rozrzucają dzieciaki gatunku homo sapiens. Ohydnie przez to tyją i niechlubnie przegrywają w wyścigach. Od spijania resztek coca-coli chorują na cukrzycę. Stale, krzycząc, żądają trampek od Gucciego i najnowszych iPhone’ów, bo, sorry, ale te ostatnio znalezione w śmietniku wieszają się i smużą. A miniszczurki muszą w szybkim tempie na wyprzódki hakować, hejtować, lajkować, trollować i być online [on-line] na Fejsie. Trzeba być tępym dzwonem, żeby tego nie czaić. Więc, szczurzy ojcze, dwój się i trój! Grzebżeż w tych kontenerach, żeby pocieszki nie pozdychały z nudów! Wiesz, drogi koleżko, jak sobie to rozważam, to mi się nóż w kieszeni otwiera. My, krety, stosujemy zimny chów i nie musimy zżymać się na zrzędzenie potomstwa”. Zabrzęczał budzik. Tato Krzysia wszedł do pokoju i powiedział: „Synku, kupimy ci dziś nowego smartfona i zjemy coś w snack-barze, okej [okay/OK]?”. „Nie, tatusiu, dziękuję - odparł Krzyś - nie chcę żyć jak szczur”.


źródło:
Zobacz więcej