Pakt Putin - Erdogan

Prezydenci Rosji i Turcji (fot. Metin Pala/Anadolu Agency/Getty Images)

Kilka dni temu Amerykanie po raz kolejny ostrzegli Turcję, że zakup rosyjskiego systemu obrony ziemia-powietrze S-400 przez ten kraj pociągnie za sobą poważne konsekwencje we wzajemnych relacjach. Nic jednak nie wskazuje na to, by Turcja pod przywództwem Recepa Tayyipa Erdogana zamierzała zrezygnować z zacieśniania swoich więzi z Rosją, a teza o tymczasowości rosyjsko-tureckiego sojuszu dawno już została negatywnie zweryfikowana przez upływ czasu.

Próba przewrotu w Turcji

zobacz więcej

We wrześniu 2016 roku uczestniczyłem w konferencji zorganizowanej w Szczecinie przez Wielonarodowy Korpus Północ-Wschód NATO i wygłosiłem na niej referat dotyczący zagrożeń dla południowej flanki NATO płynących z zacieśniających się relacji turecko-rosyjskich. Trzy miesiące wcześniej w Warszawie odbył się szczyt NATO, który miał być pokazem jedności Sojuszu. Poniekąd był, tyle że równo miesiąc później turecki przywódca Recep Tayyip Erdogan poleciał do Petersburga spotkać się z Władimirem Putinem. Tymczasem w deklaracji końcowej warszawskiego szczytu podkreślono, że „agresywne działania Rosji” są głównym wyzwaniem dla NATO.

Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w listopadzie 2015 r., gdy Turcja zestrzeliła na pograniczu turecko-syryjskim rosyjski samolot SU-24, niektórzy polscy komentatorzy wpadli w euforię. Miał to być pokaz tureckiej siły i zdecydowania oraz przykład dla innych krajów, jak reagować na rosyjskie prowokacje. Rosja w tym czasie od kilku miesięcy prowadziła swoją interwencję wojskową w Syrii, ratując Asada przed upadkiem. Turcja wspierała natomiast dżihadystów, w tym Al-Kaidę, walczących z Asadem oraz znienawidzonymi przez Ankarę Kurdami.

Wniosek był więc prosty (aż za prosty, bo jednocześnie fałszywy): Rosja i Turcja mają sprzeczne interesy. Zwolennicy tezy o odwiecznej wrogości turecko-rosyjskiej nie zostali zbici z pantałyku przez pielgrzymkę Erdogana do Putina w sierpniu 2016 roku, w trakcie której nazywał on rosyjskiego przywódcę swoim przyjacielem i przeprosił za zestrzelenie SU-24. Upierali się, że to tylko chwilowe zbliżenie, wynikające jakoby z braku dostatecznych ustępstw wobec Turcji ze strony Zachodu, a o żadnym sojuszu rosyjsko-tureckim nie można mówić.

Tydzień po szczycie NATO w Warszawie w Turcji miała miejsce próba puczu, która została udaremniona prawdopodobnie dzięki Rosji. W rosyjskiej bazie Chmejmim w Syrii podsłuchano rozmowy uczestników tureckiego spisku wojskowego i Moskwa przekazała informację o planach puczystów Erdoganowi. Dzięki temu ocalił on nie tylko swoją pozycję prezydenta, ale i życie, miał być bowiem tego dnia zabity.

Premierzy państw Grupy Wyszehradzkiej: NATO gwarantem naszego bezpieczeństwa

NATO pozostaje gwarantem bezpieczeństwa, a kraje regionu wnoszą wkład w zdolności sojuszu – mówili w niedzielę w Warszawie premierzy Polski, Czech,...

zobacz więcej

Niedługo potem do więzienia trafili tureccy wojskowi odpowiedzialni za zestrzelenie SU-24, a Erdogan zasugerował, że cały incydent był prowokacją „gulenistów” (czyli zwolenników osobistego wroga Erdogana Fethullaha Gulena, który został oskarżony o zorganizowanie puczu). Znów nie wzruszyło to zbytnio zwolenników tezy o tym, że zestrzelenie SU-24 było wielkim sukcesem Turcji. Dalej twierdzili oni, że to Turcja wyszła zwycięsko z tej konfrontacji, bo przecież jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, to tym gorzej dla faktów.

Mówienie o sojuszu Turcji z Rosją to skandal

Moje wystąpienie na wspomnianej wcześniej konferencji NATO w Warszawie zakończyło się skandalem. Obecny na sali oficer turecki zadzwonił do Ankary z meldunkiem zaraz po zakończeniu mojej prezentacji, po czym złożył protest przeciwko „urządzaniu sądu nad stosunkami zagranicznymi Turcji”, jak to określił. Wielu oficerów innych krajów NATO gratulowało mi natomiast odwagi i przyznawało, że Turcja jest problemem dla NATO. Kilka dni później tureckie ministerstwo obrony interweniowało w Kwaterze Głównej NATO, żądając od polskich władz wyciągnięcia wobec mnie konsekwencji. Nikt natomiast nawet nie próbował polemizować z tezami przedstawionymi w moim wystąpieniu.

Punktem wyjścia mojego wystąpienia było przypomnienie historycznych zagrożeń dla NATO na południowej flance, które zdefiniowały politykę Sojuszu na tym wektorze i zdeterminowały przyjęcie Turcji do NATO. Warto to przypomnieć, gdyż dziś rola Turcji w przeciwdziałaniu tym zagrożeniom jest wątpliwa, a co za tym idzie powstaje pytanie, po co Turcja jest w NATO. Bezpośrednią przyczyną przystąpienia Turcji do NATO w 1952 r. były naciski ze strony Stalina dotyczące kontroli nad cieśninami Bosfor i Dardanele, łączącymi Morze Czarne z Morzem Śródziemnym.

Putin rozwścieczył sojusznika. Rzeź Idlib tylko odroczona

Oddziały Asada i Hezbollahu stały już na pozycjach wyjściowych. Nagle przyszedł pilny rozkaz z Moskwy: „wstrzymać ofensywę”. Kilkanaście godzin...

zobacz więcej

Towarzyszyły im również pretensje terytorialne dotyczące części wybrzeża Morza Czarnego w północno-wschodniej Turcji. Turcja wstępując do NATO, zyskiwała wsparcie Sojuszu, które skutecznie odstraszyło ZSRR. Z drugiej strony członkostwo Turcji w NATO powodowało, że Morze Czarne nie zostało przekształcone w wewnętrzny akwen bloku sowieckiego. Poza Turcją i ZSRR państwami czarnomorskimi były wówczas bowiem tylko Rumunia i Bułgaria, a zatem „demoludy” Układu Warszawskiego. Później doszły jeszcze dwa interesy NATO na południowej flance: problem palestyński oraz problem irański po rewolucji 1979 r.

Pakt Lenin - Atatürk

Gdy po I wojnie światowej na gruzach Imperium Otomańskiego rodziła się Republika Turecka, miała ona u swego zarania tych samych wrogów co dopiero co powstała Rosja sowiecka. Dlatego też nie powinno nikogo dziwić, że doszło do paktu między twórcą nowej Turcji Mustafą Kemalem Atatürkiem a Leninem i w ten sposób podzielony został Kaukaz oraz Armenia. Oba państwa zgodnie zniweczyły w ten sposób niepodległościowe dążenia Ormian, Gruzinów, Kurdów i Azerów.

Układ Putin - Erdogan nie jest zatem niczym nowym, wręcz przeciwnie, wpisuje się w pewną tradycję, wbrew tezom o rzekomo odwiecznie wrogich relacjach rosyjsko-tureckich. Jednym z fundamentów kemalistowskiej Turcji stała się polityka neutralności, która przetrwała nawet taką próbę jak II wojna światowa.

Turcja była lojalnym członkiem NATO przez pół wieku i w nagrodę sojusznicy przymykali oczy na zamordyzm panujący w tym kraju, na przewroty wojskowe, a nawet na inwazję na Cypr i oczywiście na masakrowanie Kurdów. Tylko z tego powodu NATO wspierało turecką walkę z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK), uznając tę organizację za terrorystyczną. W logice zimnowojennej wszystko było proste – wróg sojusznika jest wrogiem, a wróg wroga przyjacielem. Turcja była zatem również ścisłym sojusznikiem Izraela w walce z Palestyńczykami, nie miała też przyjaznych stosunków z Islamską Republiką Iranu.

Zamachy i zestrzelenie Su-24 uderzyły w turecką gospodarkę

W kwietniu liczba przybyłych do Turcji turystów zagranicznych wyniosła 1,75 mln, co oznacza spadek o 28 procent w porównaniu do tego samego okresu...

zobacz więcej

Przełom w Soczi po inwazji na Gruzję

Sytuacja dramatycznie zmieniła się po 2002 roku, gdy do władzy doszedł Erdogan. W 2003 r. zdominowany przez islamistów z AKP parlament turecki wykluczył jakiekolwiek wsparcie dla amerykańskiej interwencji w Iraku. Prawdziwy przełom nastąpił w 2009 roku, gdy doszło do pierwszego spotkania Erdogana i Putina w Soczi.

To wtedy, a nie dopiero w 2016 roku, odrodził się turecko-rosyjski sojusz. Szczyt w Soczi miał miejsce zaledwie 9 miesięcy po rosyjskiej inwazji na Gruzję. Symboliczne było również miejsce, gdyż Soczi wchodziło w skład krótkotrwałej Demokratycznej Republiki Gruzji powstałej po I wojnie światowej. Zaczęło się zacieśnianie ekonomicznych i politycznych związków między obydwoma krajami, które na tyle uzależniło Turcję od Rosji, że po listopadzie 2015 r. sankcje nałożone przez Kreml okazały się bardzo skuteczne.

Mityczna sprzeczność interesów tureckich i rosyjskich w regionie Kaukazu i Bliskiego Wschodu budzi wątpliwości w zderzeniu z faktami. Oba kraje są na przykład sojusznikami separatystycznej Abchazji, która odłączyła się od Gruzji. Teoretycznie Turcja i Rosja wspierają przeciwne strony w konflikcie azersko-armeńskim. Ale tylko teoretycznie, bowiem stosunki rosyjsko-azerskie są świetne, Rosja jest głównym dostarczycielem broni do Azerbejdżanu, i to właśnie rosyjskie pociski spadały na Górski Karabach w kwietniu 2016 r.

W interesie obu krajów była też destabilizacja Europy wywołana przez kryzys migracyjny w 2015 roku. Nie ulega wątpliwości, że Turcja odegrała w nim aktywną rolę, a jej służby specjalne stymulowały przepływ migrantów. Natomiast Rosja odniosła polityczną korzyść w wyniku wzrostu poparcia dla niektórych ugrupowań prawicowych, które chcą ocieplenia relacji europejsko-rosyjskich.

Otomańskie mrzonki i antykurdyjska obsesja

Jeżeliby poważnie traktować mrzonki o odbudowie otomańskiego imperium przez erdoganowską Turcję, to rzeczywiście jej interesy byłyby sprzeczne z planami Kremla. Tylko że imperium to nie było tureckim państwem narodowym, a dzisiejsza Turcja opiera swoją politykę na mieszance nacjonalizmu i islamizmu. Dlatego jednym z kluczowych problemów Turcji jest jej antykurdyjska obsesja wynikająca z tego nacjonalizmu. Tureckie wsparcie dla islamistów jest natomiast problemem dla pozostałych krajów członkowskich NATO, którym zagrażają te dżihadystyczne organizacje. To jest bowiem źródło islamskiego ekstremizmu i terroryzmu w Europie.

Kluczowe znaczenie dla relacji w trójkącie NATO-Turcja-Rosja ma kwestia kurdyjska. Tu rzeczywiście cele Rosji i Turcji są sprzeczne, ale niewiele z tego wynika. Rosja jest bowiem zainteresowana graniem tą kartą, wykorzystując tureckie zaślepienie w tym zakresie. Najgorszym rozwiązaniem z punktu widzenia Kremla jest pokojowe rozwiązanie problemu kurdyjskiego i zawarcie porozumienia między Turcją a PKK oraz siłami syryjskich Kurdów.

Takie negocjacje miały miejsce i nawet doprowadziły do podpisania przez turecki rząd porozumienia z przedstawicielami tureckich Kurdów w Dolmabahce na początku 2015 roku, ale wkrótce potem Erdogan uznał to za zbędne i wrócił do polityki konfrontacji. Kilka miesięcy później groźba wsparcia PKK (m.in. poprzez dostawy zaawansowanej broni) przez Rosję (obok sankcji gospodarczych) skłoniła Turcję w 2016 r. do uległości wobec Kremla.

Nieudany pucz w Turcji. Prezydent wzywa do obrony demokracji, sztab pod kontrolą władz

– Sytuacja w kraju po próbie wojskowego przewrotu jest całkowicie pod kontrolą – powiedział w sobotę, w Ankarze premier Turcji Binali Yildirim....

zobacz więcej

Dla Rosji konflikt kurdyjsko-turecki jest wartością samą w sobie, zwłaszcza po tym jak oddziały syryjskich Kurdów stały się praktycznie jedynym pewnym sojusznikiem USA w Syrii i filarem operacji przeciwko Państwu Islamskiemu. Turcja realizuje strategiczne cele Rosji, starając się rozerwać ten amerykańsko-kurdyjski sojusz, zwłaszcza że jeśliby do tego doszło, to skorzystają na tym islamscy terroryści, którzy odzyskają zdolność organizowania zamachów w Europie.

A na takiej destabilizacji znów skorzysta Kreml. Ponadto Rosja spodziewa się, że opuszczeni przez USA Kurdowie będą szukać w Rosji protektora przed tureckim zagrożeniem. Turcja zaś w sytuacji, gdy Kurdowie będą zależni od Rosji, będzie skłonna do kolejnych ustępstw wobec Kremla, obawiając się rosyjskiego wsparcia dla PKK. Rosja mogłaby bowiem doprowadzić do przeniesienia siedziby PKK z irackiego Kandilu do północnej Syrii i wtedy rzeczywiście południowa granica Turcji byłaby mocno zagrożona.

Rosyjskie korzyści z tureckiej polityki

Gdy USA zadeklarowały, że planują wycofanie swoich sił z Syrii, pojawiły się głosy, że to doprowadzi do konfliktu rosyjsko-tureckiego i obnaży różnicę interesów tych dwóch państw w Syrii. Tyle że znów fakty mówią zupełnie co innego. Rosja choć wspiera Asada, to nie ma nic przeciwko temu, by Turcja okupowała część Syrii. W ten sposób obie strony czują się zagrożone i szukają wsparcia Kremla. A Rosja zawsze jest gotowa przehandlować coś nieswojego za coś, co będzie jej. Tak właśnie było ze zgodą Moskwy na zajęcie przez Turcję kurdyjskiej enklawy Afrin w północno-zachodniej Syrii na początku 2018 roku. W lutym 2019 roku Rosjanie wykluczyli zgodę na zajęcie przez Turcję terenów kontrolowanych przez Kurdów w północnej Syrii po wycofaniu się Amerykanów. A Turcja i tak podtrzymała wolę zakupu S-400. Co więcej, Rosjanie i Turcy rozpoczęli wspólne patrole w syryjskiej prowincji Idlib, a na Morzu Czarnym zaplanowano wspólne manewry.

W konkluzjach mojego wystąpienia w 2016 roku przedstawiłem korzyści odnoszone przez Rosję z takiej polityki Turcji: brak realnego wsparcia Turcji dla Gruzji i Ukrainy, wzrost nastrojów antyzachodnich w Turcji, osłabienie spójności NATO, wzmacnianie rosyjskiej pozycji na Bliskim Wschodzie, zwiększanie zależności ekonomicznej Turcji od Rosji oraz niweczenie planów dywersyfikacyjnych Europy.

To ostatnie związane jest z projektem rosyjskiego gazociągu Turkish Stream, na którego budowę Turcja i Rosja podpisały umowę w 2016 r. Rosjanie rozpoczęli tez budowę elektrowni atomowej w Mersin. Po 2,5 roku widać, że nic się nie zmieniło. Natomiast jeśli umowa na dostarczenie S-400 do Turcji zostanie wykonana, to warto zadać pytanie, czy Turcja zamierza ochraniać południową flankę NATO za pomocą rosyjskiego systemu? Warto tez pamiętać, jak to może ułatwić Rosji dostęp do NATO-wskich tajemnic. Jaką zatem korzyść będzie miało NATO z członkostwa Turcji? Obawiam się, że będzie to wówczas pytanie retoryczne.

źródło:
Zobacz więcej