„Nie chciałem być sługusem”. Świadek o „najważniejszym ogniwie” krwawej bandy z Ursynowa

Wojciech S. przed sądem (fot. Rafał Pasztelański)

– Był bardzo inteligentny, interesował się wieloma sprawami. Nie pił alkoholu, nie palił papierosów, nie stosował żadnych używek. Był niekwestionowanym liderem i najważniejszym ogniwem. Raczej wszyscy wypełniali polecenia, które wydawał Wojtek – tak Grzegorz J., były członek gangu ursynowskiego i grupy „obcinaczy palców” opisywał przed sądem Wojciecha S. ps. „Wojtas”, domniemanego szefa wspomnianych organizacji kryminalnego podziemia. – Byłem przyjacielem Wojtka, ale później nie chciałem być jego sługusem – tłumaczył, dlaczego odszedł z gangu.

Dożywocie dla „mokotowskich” gangsterów ma ich wyeliminować ze społeczeństwa

Wojciech S. ps. Wojtas vel Kierownik, uważany za szefa komanda śmierci gangu mokotowskiego, został skazany na dożywotnie więzienia za udział w...

zobacz więcej

Przed warszawskim Sądem Okręgowym toczy się ponowny proces domniemanego szefa gangu obcinaczy palców – Wojciecha S. ps. „Wojtas” vel „Kierownik”. Gangster odpowiada za udział w brutalnym zabójstwie dwóch członków gangu piaseczyńskiego oraz podżeganie do zastrzelenia bossa gangu żoliborskiego.

W 2017 r. stołeczny Sąd Okręgowy skazał go na karę dożywotniego więzienia, z możliwością wyjścia na wolność po 40 latach. Rok później Sąd Apelacyjny uchylił ten wyrok; uznał, że podczas pierwszego procesu doszło do błędów proceduralnych i sprawę „Wojtasa” oraz Tomasza R. ps. „Garbaty” skierował do ponownego rozpatrzenia. Chodzi o to, że w czasie procesu jeden z mecenasów bronił „Wojtasa”, ale także przez jakiś czas reprezentował drugiego z oskarżonych – Tomasza R. ps. „Garbaty”.

Pod koniec procesu S., który nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów, oświadczył, że brał udział w uprowadzeniu dwóch osób, które potem zostały zamordowane. Tym samym de facto obciążył „Garbatego”, który do takich czynów się nie przyznał. W takim wypadku sąd powinien zdecydować o zmianie obrońców obu podsądnych, by nie doszło do kolizji ich interesów. Jednak ciągłe substytucje obrońców spowodowały, że sprawa ta umknęła sądowi I instancji. I to było podstawą uchylenia wyroków wobec wspomnianych podsądnych.

Nowy proces ruszył przed kilkoma dniami.

Przełomowe zatrzymania ws. gangu „obcinaczy palców”. Są zarzuty za zabójstwo porwanego chłopaka

Śledczym stołecznej prokuratury apelacyjnej udało się przełamać zmowę milczenia członków gangu „obcinaczy palców”. Dzięki temu, jak ustalił portal...

zobacz więcej

Akcja

Przed sądem zeznawał Grzegorz J., były członek gangu Wojciecha S., a zarazem jego ochroniarz i, jak sam mówił, przyjaciel. W grupie ursynowskiej (odłamie gangu mokotowskiego) odpowiadał, jak twierdził, za zbieranie haraczy z agencji towarzyskich, a później pilnowanie uprowadzonych osób.

Teraz J. współpracuje z policją i prokuraturą, m.in. został tzw. sześćdziesiątką lub „małym świadkiem koronnym”. W zamian za zeznania może liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary. I nienawiść byłych kompanów, którzy mieli wydać na niego wyrok śmierci.

Grzegorz J. opowiadał przede wszystkim o tym, jak wyglądało porwanie dwóch piaseczyńskich przestępców: Tomasza M. ps. „Max” i Jacka P. ps. „Postek”, którzy zniknęli jesienią 2002 r. Przygotowania do akcji miały trwać kilka tygodni. Gangster zeznawał, że pierwotnie miało dojść do porwania jednej osoby, (wówczas nie wiedział, że chodzi o „Maxa”). Jego zdaniem „pomysł wyszedł ze strony grupy konstancińskiej”, na czele której stał Rafał B. ps. „Bukaciak”.

Ale to „Wojtas” miał przedstawić sprawę swoim kompanom.

– On dzielił role i mówił, kto ma się czym zajmować. Mieliśmy to realizować „metodą na policjanta”. Czyli udawać policjantów. Tyle że miała być jedna osoba, a na miejsce przyjechały dwie. Na miejscu naradzaliśmy się więc, co dalej zrobić, bo nie byliśmy na to przygotowani sprzętowo, to znaczy nie mieliśmy samochodu, aby zabrać tę drugą osobę – zeznawał J.

Gangsterzy zdecydowali, że „zawijają” dwie osoby. Napastnicy pochwycili „Maxa” i „Postka”, i po krótkiej szarpaninie wsadzili do samochodów, którymi przyjechali na miejsce akcji, czyli w okolice „Karczmy słupskiej”.

– Myślałem, że to porwanie ma związek z przejęciem wpływów. Oni mieli być związani z gangiem mutantów. Przez jakiś czas pilnowaliśmy obu, a wreszcie ich zabrano. Potem „Wojtas” powiedział, że pogadali z nimi i puścili ich w skarpetkach. Gdzieś tak dwa lata później dowiedziałem się, że obaj porwani nie żyją. Ale nie chciałem się dopytywać, co i jak, bo to by się źle dla mnie skończyło – przekonywał Grzegorz J.

Ta śmierć wstrząsnęła nawet gangsterami. Zarzuty zabójstwa dla „Wojtasa” z „Mokotowa”

Prokuratura oskarżyła o handel narkotykami trzech mieszkańców Wielkopolski, którzy zaopatrywali w marihuanę gang Rafała B. ps. Bukaciak –...

zobacz więcej

Przyjaciele z siłowni

Gangster opowiedział, jak trafił do jednej z najbardziej niebezpiecznych i bezwzględnych grup przestępczych polskiego półświatka. Wszystko zaczęło się na początku nowego stulecia od kłopotów jego przyjaciela z pewnym watażką, szalejącym po Warce, rodzinnym mieście J.

– Mariusz znał z więzienia chłopaków z w grupy ursynowskiej. Ci chłopcy z Ursynowa pojechali do nas i była awantura z miejscowym gangiem. Ten napadnięty zawiadomił policję, a ja musiałem się ukrywać. Przyjechałem do Warszawy i tak poznałem chłopaków z Ursynowa, którzy na początku pomagali mi np. z wynajęciem mieszkania – mówił J.

J. opowiadał, że poznał Wojciecha S., z którym łączyły go „wspólne zainteresowania”, m.in. „siłownia i sport”. W 2002 r. świadek mógł budzić strach samą swoja sylwetką: miał 198 cm wzrostu i ważył 140 kg. Prawdopodobnie dlatego został też ochroniarzem „Wojtasa”, choć przekonywał, że poza zależnością służbową łączyła ich także przyjaźń. Jego zdaniem banda „Wojtasa” była jedną z najważniejszych grup wchodzących w skład gangu mokotowskiego.

O samym „Wojtasie” mówił w samych superlatywach. – Był bardzo inteligentny. Interesował się wieloma sprawami. Nie pił alkoholu, nie palił papierosów, nie stosował żadnych używek. Niewiele przeklinał – wyliczał Grzegorz J. – Był niekwestionowanym liderem i najważniejszym ogniwem. Raczej wszyscy wypełniali polecania, które wydawał Wojtek. On decydował o podziale zysków – dodał.

Grzegorz J. zeznawał, że początkowo był przyjacielem „Wojtasa”, ale potem ich relacje się znacząco popsuły. – Nie chciałem być jego sługusem. Nie podobały mi się uprowadzenia dla okupu. I to, że jak się okazało, dostawaliśmy za nie tylko jakieś ochłapy, gdy do grupy trafiały duże pieniądze – wyjaśniał.

Przyjaciele z gangu spotkali się w sądzie. Po dwóch stronach barykady

– Trafił swój na swego. Rafał jest bezwzględny i twardy jak ja – tak Wojciech S. ps. Wojtas, członek gangu mokotowskiego, miał mówić przed dekadą o...

zobacz więcej

Krwawe przesłuchanie

Główną zbrodnią obciążającą oskarżonych było uprowadzenie i zabójstwo dwóch piaseczyńskich przestępców, „Max” i „Postka”, którzy zniknęli jesienią 2002 r.

Jak twierdził Rafał B. (szef grupy z Konstancina), mężczyźni zostali zwabieni 23 października 2002 r. na spotkanie w okolicach Karczmy Słupskiej (później Sowa i Przyjaciele – przyp. red.) w Warszawie. Tam „Bukaciak” i jego kompani, w przebraniu policjantów uprowadzili obu mężczyzn i wywieźli do lasu w okolicach Konstancina.

Tortury porwanych miały trwać wiele godzin, a oprawcami byli według skruszonych „Wojtas” i Robert M. ps. „Ternit”. Ponoć „Mokotów” chciał przesłuchać „Maxa” i „Postka”, aby dowiedzieć się, gdzie się ukrywają „mutanci” i kto dokładnie stał za zamachami na gangsterów związanych z grupą mokotowską.

Niedługo potem Wojciech S. miał także namawiać podwładnych do „sprzątnięcia” Szymona K. z Łomianek, jednego z bossów gangu żoliborskiego. Miała to być zemsta za majową masakrę w centrum handlowym Klif. Wówczas to mafijny zabójca zastrzelił dwóch członków gangu mokotowskiego: Krzysztofa B. i Artura M. ps. „Budyń”. Trzeci „mokotowiak” - Artur N. ps. „Gruby” vel „Jogi”, został ranny. Celem zamachu był Tomasz S. ps. „Komandos”, który pod skrzydłami „Mokotowa” chciał przejąć północną Warszawę, głównie Żoliborz.

„Szymon” miał być jednym ze zleceniodawców strzelaniny w Klifie. „Wojtas” nie dopadł go tylko dlatego, że żoliborski watażka został zatrzymany przez policję.

Wykopywanie zwłok zabitych gangsterów (fot. policja)

„Na tych porwaniach się nie dorobiłem. Dostawaliśmy tylko ochłapy”

– Grupa ursynowska, do której należałem, miała tylko jednego lidera - „Wojtasa”. Miał on jedyny i niepodważalny głos – tak Grzegorz J., były...

zobacz więcej

Bezwzględny

44-letni Wojciech S., mechanik silników samochodowych z warszawskiego Mokotowa, był zdaniem prokuratury jednym z inicjatorów stworzenia gangu porywającego ludzi dla okupu. Pod koniec 2002 r. miał wejść w komitywę z Grzegorzem K. ps. „Ojciec” i razem stworzyli gang kidnaperów.

W październiku 2004 r. „Wojtas” brał udział w próbie porwania niejakiego „Siwego”. Mężczyzna ten współpracował z wymiarem sprawiedliwości i prawdopodobnie miał zniknąć na zawsze. Moment porwania widzieli policjanci, którzy przypadkiem byli w okolicy. Wojciech S. trafił do aresztu, który opuścił po roku.

Z informacji operacyjnych policji wynika, że razem z Arturem N. ps. „Archi” byli zaufanymi bossów gangu mokotowskiego: „Korka” i „Daksa”. Mieli nawet realizować zdania specjalne, w tym kierować potyczkami z konkurentami.

W półświatku Wojciech S. uchodzi za specjalistę od mokrej roboty. To on według policjantów miał kierować wojną gangu mokotowskiego z innymi bandami stołecznego podziemia kryminalnego. Przypisuje mu się także udział w grupie, która planowała na przełomie 2007 i 2008 r. zamachy na prokuratorów i policjantów rozpracowujących gang mokotowski.

Na celowniku gangsterów znalazło się dwóch ostrołęckich i dwóch warszawskich prokuratorów oraz policjanci z CBŚ. Gangsterzy chcieli nawet porwać jednego z oficerów CBŚ, aby torturami wymusić wszystko, co wie o sprawie. Później policjant zostałby brutalnie zamordowany.

źródło:
Zobacz więcej