RAPORT

Prorosyjska era Tuska

Śmierć na Górze Umarłych. UFO doprowadziło do zagłady studentów?

Śledczy nie potrafili ustalić, dlaczego zginęli turyści (fot. cc)
Śledczy nie potrafili ustalić, dlaczego zginęli turyści (fot. cc)

Kosmici, tajna broń, wilkołaki, potwór Menk, diabli wiedzą co – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co zaszło w obozie studentów i doprowadziło do śmierci dziewiątki młodych ludzi na Przełęczy Diatłowa w górach Uralu. Choć od tragedii minęło już 60 lat, zdarzenie wciąż rozpala ogromne emocje, mnożą się teorie. Rosyjski Komitet Śledczy ogłosił wznowienie dochodzenia, ale trudno oczekiwać, by wnioski różniły się od tych z oficjalnego śledztwa z czasów ZSRR, które uznało, że turyści „zginęli w wyniku działania siły wyższej”...

Kosmiczne Archiwum X. Pentagon na tropie UFO

Tunele czasoprzestrzenne, napęd nadświetlny, niewidzialność – to nie wytyczne dla scenariusza filmu science-fiction, ale zakres prac tajnego...

zobacz więcej

O osobliwościach Związku Radzieckiego napisano setki książek. Reżim można sprowadzić do dwóch haseł – strachu i tajemnicy. W Sojuzie istnienie całych miast było trzymane w tajemnicy. Oficjalnie nie było prostytucji, pedofilii czy seryjnych morderców, więc jak można było w ogóle brać pod uwagę tajemniczą śmierć młodych ludzi. Radzieccy śledczy mieliby nie poradzić sobie w rozplątywaniu sieci zagadek?

Miało to swoje przykre konsekwencje. Seryjny morderca Andriej Czitakiło, który przeszedł do historii jako „Rzeźnik z Rostowa”, zabił więcej ofiar, gdyż władze nawet nie chciały przyznać, że ktoś taki w ogóle istnieje i nie ostrzegano mieszkańców. Takie zbrodnie mogą się dziać u krwiopijczych imperialistów, w krajach kapitalistycznych, ale nie w kraju sprawiedliwości społecznej.

Najważniejszy element układanki

Mimo takiej postawy władz, tragedia w górach Północnego Uralu odbiła się szerokim echem. Ludzie o niej plotkowali, w końcu historia przebiła się do ściśle kontrolowanych przez cenzurę mediów. Udało się częściowo odtworzyć przebieg wydarzeń, ale w układance wciąż brakuje najważniejszego elementu – odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”.

Przenieśmy się w mroźne góry na północy Rosji, a dokładnie Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Mamy 23 stycznia 1959 roku. Grupa dziewięciu studentów i absolwentów Uralskiego Instytutu Politechnicznego im. Kirowa w Swierdłowsku (obecnie Jekaterynburg) wybiera się na narty. Towarzyszy im przewodnik, 37-letni Siemion Zołotariow. – Jeszcze o mnie usłyszycie. O naszej wyprawie będzie mówił cały świat! – zapowiada przed wyjazdem Zołotariow...

Celem jest zdobycie szczytów Otorten (wówczas szacowano go na 1182 m n.p.m., ale dziś wiemy, że ma 1234 m) i Ojka-Czakur. Otorten, jak cały Ural, szczególnie wysoki nie jest, ma też łagodne zbocza, ale zimą trasa należy do trzeciej, najtrudniejszej kategorii. W dzień temperatura spada do –20 stopni, nocą nawet do -30 stopni. Do tego dochodzą silne wiatry, śnieżyce, zamiecie, głębokie zaspy. Na trasie mogą też czyhać inne niebezpieczeństwa. Teren jest tajny. To Iwdielłag, jedna z wysp Archipelagu GUŁag podlegająca pod zarząd NKWD w mieście Iwdiel.

Igor Diatłow przygotowywał się do wyprawy na Arktykę (fot. cc)
Igor Diatłow przygotowywał się do wyprawy na Arktykę (fot. cc)

Dorwać UFO. Rządy walczą o kosmiczną technologię

Odtajnianie dokumentów rządowych to zawsze ciekawy moment. Natychmiast wypływają pasjonujące historie. Tak też dzieje się w przypadku odtajnianych...

zobacz więcej

Uczestnicy wyprawy to jednak nie nowicjusze. Dowódca Igor Diatłow przygotowuje się do wyprawy na Arktykę i celowo wybiera trudne warunki wymagające nie tylko odporności, ale i doświadczenia. Nie jest to też zwykła wyprawa turystyczna. W czasach niemal histerycznego upamiętniania rocznic, akademii na cześć i przekraczania norm młodzi ludzie chcą swoim wyczynem uczcić XXI zjazd KPZR, który wkrótce ma się odbyć się w Moskwie. Zamierzają w ciągu 18 dni pokonać około 300 kilometrów.

Grupa przyjaciół

Diatłow to student piątego roku Wydziału Radiotechnicznego, ma 23 lata. Kim są pozostali bohaterowie tragicznych wydarzeń? 22-letnia Zinaida Kołmogorowa to jego koleżanka z roku. 21-letnia Ludmiła Dubinina to studentka czwartego roku Wydziału Budownictwa. 25-letni Aleksandr Kolewatow jest studentem czwartego roku Wydziału Fizyczno-Technicznego, 24-letni inż. Rustem Słobodin jest absolwentem Wydziału Mechaniki, zaś 24-letni Gieorgij Jurij Kriwoniszczenko – absolwentem Wydziału Budownictwa, podobnie jak 21-letni inż. Nikołaj Thibeaux-Brignolle. 21-letni Jurij Doroszenko studiuje na czwartym roku Wydziału Radiotechnicznego.

Przewodnik – Zołotariow jest instruktorem Kirowskiej bazy turystycznej i byłym sierżantem Armii Czerwonej. W ubiegłym roku ustalono na podstawie badań DNA, że nie to jego ciało leży w grobie, w którym miano go złożyć. Kim jest mężczyzna z trzema tatuażami i złotymi zębami, których nie miał instruktor? Ot, kolejna zagadka. W góry wybiera się jeszcze Jurij Judin, 21-letni student ekonomii. Jako jedyny przeżywa noc z 1 na 2 lutego.

Grupa dojeżdża pociągiem ze Swierdłowska do miasta Serow, potem do miasta Iwdiel i ciężarówką dociera do Wiżaju, ostatniej na północ zamieszkanej w tym rejonie wioski. Żyją w niej głównie Mensowie, lud ugrofiński. Autochtoni dziwią się pomysłowi studentów. Pobliska Chołatczachl to przecież „Góra Umarłych”, jeszcze bardziej dosadnie Mensowie tłumaczą „Otorten” – to po prostu „Nie idź tam”. Ma tam grasować mityczny potwór czy też leśny duch Menk, uralski odpowiedni yeti.

Na młodych ludziach wychowanych w duchu materializmu dialektycznego ciemnota i zabobon mogą najwyżej wzbudzić politowanie. Gdzie tam znowu Menk?! Mamy drugą połowę XX wieku, Łajka już była w kosmosie, a wystrzelona przed kilkoma tygodniami sonda Łuna 1 właśnie zaczęła orbitować wokół Słońca! Ruszają w trasę. Najpierw jadą na odkrytej naczepie ciężarówki. Możemy sobie tylko wyobrazić co to oznacza. Tak docierają do osady o nazwie 41 Odcinek, zamieszkanej głównie przez geologów i drwali.

UFO na odtajnionym nagraniu amerykańskiego lotnictwa. Nie jesteśmy sami?

Amerykański Departament Obrony opublikował tajemnicze nagranie przedstawiające niezidentyfikowany obiekt latający poruszający się wbrew znanym nam...

zobacz więcej

Choroba ratuje życie

27 stycznia ruszają w góry. Nazajutrz na zdrowie zaczyna narzekać Judin. Cierpi z powodu reumatycznego bólu nogi tak, że jest zmuszony wrócić do Wiżaju. Przed jego odejściem grupa robi sobie pamiątkowe zdjęcia. Po tragedii Judin resztę życia spędzi próbując rozwikłać zagadkę śmierci towarzyszy. – Gdybym mógł zadać Bogu tylko jedno pytanie, to zapytałbym, co stało się z moimi przyjaciółmi – wyznał po latach. Umiera 27 kwietnia 2013 roku mając 76 lat. Zgodnie z jego wolą zostaje pochowany na cmentarzu Michajłowskim w Jekaterynburgu, gdzie złożono ciała uczestników wyprawy.

Ci idą szlakiem Mansów i docierają w okolice rzeki Auspia. Tu zostawiają prowiant, żeby niepotrzebnie nie dźwigać zapasów i móc skorzystać z nich w drodze powrotnej z Otortenu. Na mrozie się nie zepsują. 1 lutego grupa dociera do Chołatczachl, „Góry Umarłych”. W zasadzie tego nie było w planach. Być może doszło do załamania pogody – niczego nadzwyczajnego w tych rejonach, i turyści muszą nieco zboczyć. Tego już nigdy się nie dowiemy.

To, czym dysponujemy, to zdjęcie ostatniego posiłku podróżników. Namiot stoi rozbity w otwartej przestrzeni nieopodal rzeki Łozwy. Pytanie, dlaczego doświadczeni turyści nie zatrzymali się w lesie, który mógłby ich ochronić przed silnym wiatrem, tym bardziej że pogoda się psuje, pozostaje bez odpowiedzi. Z drugiej strony turyści działają racjonalnie. Namiot zostaje rozbity w jamie w śniegu, jej dno wyłożone jest nartami, pustymi plecakami i częścią odzieży, zgodnie z ówczesną praktyką. Po posiłku „diatłowcy” idą spać. Co następuje potem jest jedną z największych zagadek XX wieku...

Przenieśmy się do dnia 12 lutego. Bliscy Diatłowa czekają na obiecany na ten dzień telegram, który miał zostać nadany z Wiżaju i informować o zdobyciu Otortenu. Gdy wieści nie nadchodzą, krewni organizują akcję poszukiwawczą. O razu piętrzą się problemy. Na dobrą sprawę nie wiadomo, gdzie udali turyści, gdyż nie zostawili mapy z planem wyprawy. Do tego dochodzą zwykłe socjalistyczne pułapki – władze samorządowe i partyjne nie palą się do pomocy, wojsko nie pozwala latać nad tajnymi terenami. Chcemy wam pomóc, ale wicie, rozumicie.

Pożegnanie Jurija Judina. On jako jedyny przeżył wyprawę (fot. CC)
Pożegnanie Jurija Judina. On jako jedyny przeżył wyprawę (fot. CC)

Atomowy kret bojowy. Jak Sowieci chcieli pokonać USA

Wojna motorem postępu – brzmi stare hasło, które dotąd nie straciło i zapewne nigdy nie straci na aktualności. Technologie wojskowe od zawsze...

zobacz więcej

Rozcięty namiot

Dopiero 21 lutego Uralski Instytut Politechniczny zaczyna poszukiwanie ochotników do wyprawy ratunkowej. Po dwóch dniach grupa przylatuje do Iwdielu. 26 lutego udaje się namierzyć zdewastowany namiot. Następnego dnia ratownicy docierają na miejsce, jak się okazuje horroru.

Pobieżne obserwacje – namiot turystów jest rozcięty od środka w dwóch miejscach i przywalony śniegiem. Dlaczego nie próbowano wyjść przez normalny otwór? Dlaczego w ogóle uciekano z niego w nocy? Po obozowisku walają się ubrania i buty zaginionych. Ślady stóp wskazują, że ucieczka ani chybi odbywała się panice – niektórzy boso, inni w skarpetach. Ktoś kuśtykał w jednej walonce po śniegu skutym siarczystym mrozem.

Pierwsze znalezione ciała budzą grozę tym większą, że niewytłumaczalną. Pod cedrem leżą przy wygasłym niewielkim ognisku Kriwoniszczenko i Doroszenko. Są bosi i mają na sobie jedynie bieliznę. Nieopodal udaje się odnaleźć Diatłowa, a około dwieście metrów dalej Słobodzina oraz Kołmogorową, która leży w podobnej odległości.

Wygląda na to, że usiłowali wrócić do obozowiska. Dlaczego? W tej strasznej godzinie wierzą, że niebezpieczeństwo minęło? Chcą zebrać ciepłą odzież i dalej uciekać? Nie dochodzą jednak do namiotu ani nie udaje im się uciec. Śmierć dopada ich szybko.

Co z pozostałymi ciałami? Na nie udaje się natrafić dopiero 4 maja. Leżą pod śniegiem w jarze, około 70 metrów od ogniska. Najpewniej Zołotariew, Dubinina, Kolewatow i Thibeaux-Brignolle ruszają w dół zbocza, ale w ciemnościach wpadają do wąwozu i nie mogą się z niego wydostać. Śledczy zakładają, że oni również ponoszą śmierć w wyniku hipotermii. Szybko okazuje się, że ciała niektórych są straszliwie okaleczone.

Ikar leci w kosmos. Tragiczni poprzednicy Gagarina

Jurij Gagarin był pierwszym człowiekiem w kosmosie. To wiemy ze szkoły. Czy aby na pewno on był pierwszy? Niekoniecznie. Pomijając sympatyczną...

zobacz więcej

Gdzie jest język?

Spójrzmy zatem na zwłoki okiem anatomopatologa. Diatłow – śmierć w wyniku wychłodzenia, podobnie Doroszenko, Kolewatow, Kołmogorowa, Kriwoniszczenko. Przyczyną zgonu Słobodziny jest wprawdzie hipotermia, ale nastąpiła po ogłuszeniu i utracie przytomności spowodowanej pęknięciem kości czołowej czaszki. Również Dubininy nie spotyka lekka śmierć. Jej obrażenia to kłuta rana serca, krwotok prawej komory serca, silny krwotok do jamy opłucnej, liczne złamania żeber z przemieszczeniem kości oraz wewnętrzne krwawienia klatki piersiowej. Do tego brakuje jej... języka.

Tajemnicze obrażenia odnosi również Thibeaux-Brignolle. Podczas sekcji wychodzą na jaw uraz podstawy czaszki oraz wieloelementowe złamania kości czaszki z obfitym krwotokiem do opon mózgowych i wciśnięciem fragmentów złamanej czaszki do opon mózgowych. Zołotariow ma natomiast strzaskaną klatkę piersiową – przyczyną śmierci jest krwotok do jamy opłucnej, powstały w wyniku wielokrotnych złamań żeber.

– Obrażenia wyglądały tak, jakby spowodował je wypadek samochodowy. Nie mógł ich spowodować ani człowiek, ani zwierzę – ocenia dr Borys Wozrożdenny, badający ciała „diatłowców”. Kto zadał te obrażenia? Nie wiadomo. Anatomopatologów dziwi też fakt, że każda z ofiar ma oznaki obrzęku płuc. Do tego dochodzi masa mniej i bardziej tajemniczych okaleczeń i urazów. Co ważne, żadna z ofiar nie piła przed śmiercią alkoholu, za to ich ciała najpewniej były napromieniowane. Rodziny opowiadają potem, że gdy wydano im bliskich, ich skóra miała dziwny pomarańczowy odcień...

Ustalenie obrażeń i przyczyn zgonów to łatwe zadanie, ale dotąd nie dało się odkryć, dlaczego dochodzi do tragedii. To pytanie nigdy nie przestaje nurtować Judina i nigdy nie znalazł na nie odpowiedzi; podobnie śledczy. Zdołano jedynie odtworzyć ostatnie chwile podróżników.

Atak paniki

Dowody wskazują, że około godz. 21.30-23.30 coś wywołuje tak wielką panikę turystów, że uciekają w popłochu ze swojego namiotu w samej bieliźnie przy temperaturze około -18 stopni. Tu trzeba się zatrzymać. Po pierwsze, skoro jest tak późno, dlaczego wcześniej nie rozpalają piecyka, który nadal jest w pokrowcu? To można potraktować jeszcze jako błąd.

Podróżników zabiła nieznana siła (fot. CC)
Podróżników zabiła nieznana siła (fot. CC)

Szpiegowanie żartami. Jak CIA rozpracowywało Sowietów

Wyścig zbrojeń, wyścig kosmiczny, wojny zastępcze – zimna wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim miała wiele oblicz....

zobacz więcej

Nasuwa się jednak druga wątpliwość. Wydaje się oczywiste, że tylko panika może sprawić, że człowiek ucieka boso na mróz, tymczasem dokładne ustalenia śledczych tego nie potwierdzają. Ślady na śniegu nie sugerują panicznej ucieczki. Poza tym, choć ofiary mają obrażenia, nie stwierdzono w obozowisku śladów walki. Gdyby coś zaatakowało turystów, mieliby się czym bronić, dysponowali nożami, siekierą, czekanem do lodu, a jednak noży użyto jedynie do rozprucia namiotu.

„Nie znalazłem w namiocie żadnych śladów walki. 50-60 metrów od namiotu, w dół zbocza, zlokalizowałem osiem par ludzkich śladów, które dokładnie przeanalizowałem. Były zdeformowane na skutek wiatrów i wahania temperatury. Śladu dziewiątej osoby nie znalazłem, po prostu go nie było. Sfotografowałem ślady, kierowały się w dół stoku, od namiotu. Wskazywały, że ludzie szli normalnym krokiem z góry na dół” – odnotowuje prok. Wasilij Tiempałow z prokuratury w Iwdielu.

Turyści pokonują około trzystu metrów. Przy jednym z cedrów rozpalają ognisko, przypuszcza się, że właśnie podczas rozniecania ognia Doroszenko i Krywoniszczenko doznają stwierdzonych podczas autopsji poparzeń na dłoniach. Ktoś też wspina się na drzewo, przypuszczalnie, żeby się rozejrzeć, zapewne wypatrzyć, czy siła, która wygnała ich z namiotu już zniknęła.

Tajemniczy prostokąt

Gałęzie cedru zostają ułamane do wysokości czterech metrów. Na korze zostają ślady krwi i tkanki miękkie, najpewniej z ran osoby, która się wspina. To jest w miarę logiczne, ale dlaczego ofiary ścinają nożem około dwudziestu choinek i zaciągają je do lasu w głębi jaru, żeby ułożyć z nich prostokąt? To już pozostanie kolejną tajemnicą.

Na to i na wiele innych pytań starają się odpowiedzieć śledczy z prokuratury w Swierdłowsku. Grupa kierowana przez prok. Lwa Iwanowa bada sprawę pod kątem kryminalnym. W protokole zamknięcia dochodzenia, sporządzonym 28 maja 1959 roku nie ma odpowiedzi na pytanie o przyczynę tragedii. Oficjalna przyczyna śmierci turystów to „działanie nieznanej siły”. Prokuratura znajduje jedynie winnych błędów w organizacji wypraw turystycznych i niewystarczającą kontrolę nad podobnymi ekspedycjami.

Zagadka śmierci giganta jazzu rozwiązana? Historyk wyklucza winę RAF-u

Był największą gwiazdą muzyki przełomu lat 30. i 40. ubiegłego wieku. Wylansował więcej numerów 1 niż Elvis Presley i Beatlesi. Subtelnym jazzem...

zobacz więcej

Władze utajniają raport na 50 lat. Klauzula tajności zostaje zdjęta w 2009 roku i teraz każdy może mieć wgląd w dokumenty. Owszem, pojawiają się wątpliwości dotyczące przebiegu prowadzonego śledztwa, ale jedyny skutek jest taki, że do starszych hipotez mających wyjaśnić przyczynę zagłady „diatłowców” dochodzą nowe, często jeszcze bardziej fantastyczne.

Są zatem hipotezy tłumaczące tragedię zjawiskami naturalnymi, takimi jak zejście lawiny, huraganowy wiatr czy atak dzikich zwierząt. Żadna nie znajduje jednak potwierdzenia w ustaleniach śledczych. Jeżeli chodzi o lawiny, lud Mansów nawet nie ma w swoim słowniku takiego wyrazu, gdyż stoki w Północnym Uralu mają bardzo mały kąt nachylenia, a do tego pod śniegiem tworzą się grube skorupy z lodu, które go zatrzymują. Huraganowy wiatr również nie wchodzi w rachubę, bo zwiałby namiot i uniemożliwił rozpalenie ogniska. Śladów dzikich zwierząt ani walki z nimi także nie stwierdzono.

Infradźwięki?

Ciekawą teorię proponuje producent filmowy i pisarz Donnie Eichar współpracujący z naukowcami z Amerykańskiej Narodowej Służby Oceanicznej i Meteorologicznej (NOAA). W jego ocenie za tragedię odpowiadają infradźwięki. Cóż to za diabelstwo? Otóż dowiedziono, że ukształtowanie terenu oraz wiatr mogą utworzyć tzw. wiry von Karmana. Drgania mają bardzo niską częstotliwość i ich ludzkie ucho nie słyszy, ale ciało jak najbardziej odczuwa. Mogą one powodować problemy ze snem, a nawet napady panicznego strachu. Infradźwięki występują m.in. na Gibraltarze. Według Eichara, niepokojące dźwięki połączone z ciasnym namiotem wywołały tragiczną w skutkach panikę. Teoria ciekawa, ale niestety nie tłumaczy obrażeń podróżników.

Inni badacze sugerują, że turyści padli ofiarą ataku Mansów, więźniów łagrów na Uralu, bądź szwadronów śmierci tropiących zbiegów z łagrów. Niektórzy twierdzą, że lawinę zdarzeń zapoczątkowała bójka wśród samych „diatłowców”. Te sugestie również jednak nie znajdują potwierdzenia w dowodach. Atak mitycznego Menka można chyba również zostawić fantastom.

Znacznie ciekawsze są hipotezy związane z działaniami sowieckiej armii. Z rejsami niezidentyfikowanych obiekty latających, tyle że nie UFO. Najprostsze wytłumaczenie – wojskowi dokonują przelotów, może nawet na małej wysokości, turyści wpadają w panikę, opuszczają obóz i po kolei giną bądź umierają. Sęk w tym, że najbliższa baza lotnicza mieści się w Swierdłowsku, około 600 km od Otortenu i stacjonują tam tylko pamiętające II wojnę światową myśliwce Jak-9 oraz nowsze odrzutowce Mig-15, które mają za mały zasięg, żeby dolecieć w rejon wyprawy i wrócić na lotnisko.

Zagadka śmierci „diatłowców” pozostaje nierozwiązana (fot. CC)
Zagadka śmierci „diatłowców” pozostaje nierozwiązana (fot. CC)

Zaprogramowany morderca. Kto naprawdę stoi za zamachem na Roberta Kennedy’ego?

Klątwa Kennedych zebrała przez lata krwawe żniwo wśród przedstawicieli najsłynniejszej dynastii politycznej USA. Dwie tragedie już na zawsze będą...

zobacz więcej

Owszem, w Iwdielu stacjonują samoloty, ale tylko cywilne maszyny An-2. Raczej niemożliwe, żeby wywołały panikę wśród młodych ludzi. Jeżeli jednak miałyby to być jakieś tajne, zimnowojenne projekty, to raczej też nie wchodzą w rachubę. Sowieci testują nowe samoloty na poligonie obok miasta Żukowskij pod Moskwą. Uzbrojenie zaś testowane jest we Władimirowce pod Astrachaniem nad Morzem Kaspijskim. Testy uzbrojenia w Północnym Uralu nie miałyby sensu, gdyż odzyskanie ewentualnych szczątków maszyny bądź pocisku w trudno dostępnym regionie byłoby trudne i kosztowne.

Dziwne kule ognia

Coś jednak było w powietrzu, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Członkowie innej grupy turystów, która tej feralnej nocy znajduje się około 50 km dalej, zeznają, że widzieli nad Chołatczachl tajemnicze pomarańczowe kule świetlne. Co ciekawe, zaobserwowano je również podczas prowadzenia czynności śledczych w marcu i kwietniu. O dziwnym zjawisku w nocy z 1 na 2 lutego prokuratorom opowiadają również Mansowie.

Śledczy odkrywają w lesie, w okolicach wąwozu, gdzie śmierć zabrała Zołotariewa, Dubininy, Kolewatowa oraz Thibeaux-Brignolle'a dziwne ślady. Okazuje się, że część wierzchołków drzew oraz najwyższe gałęzie są nadpalone. Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, że ślady ognia pojawiają się w przypadkowych miejscach, bez epicentrum, z którego płomienie mogłyby się przemieszczać na sąsiednie drzewa, jakby faktycznie kuliste ognie przemieszczały się chaotycznie. Zjawisko pozostaje niewytłumaczone. Podobnie jak dziwne leje i zagłębienia w ziemi po zachodniej stronie pobliskiego zbocza o numerze 1079.

Możliwe testy rakiet bądź pojazdów komicznych potwierdza relacja Siergieja Sogrina, kolegi turystów ze swierdłowskiej politechniki i uczestnik akcji poszukiwawczej. „Mój ojciec w noc tragedii widział przelot rakiety w stronę Północnego Uralu. W marcu nad Przełęczą obserwowaliśmy rakietę. Kiedy wróciłem do domu, opowiedziałem mu o tym. Odparł: »ja również widziałem rakietę na niebie, pierwszego lub drugiego lutego«. Mieszkaliśmy wówczas w Swierdłowsku. Ojciec codziennie późnym wieczorem albo wczesnym rankiem odgarniał śnieg. Nie pamiętam dokładnie, o której to porze to robił i kiedy dokładnie widział rakietę” – zeznaje.

Również inny członek ekipy poszukiwawczej, Władysław Karelin twierdzi, że był świadkiem przelotu tajemniczego obiektu, który porównał do kuli ognia. „Kiedy z telewizji zaczęto pokazywać wyloty rakiet z Kosmodromu Bajkonur, uświadomiłem sobie, że widziałem właśnie to” – opowiada.

Zagłada nazywa się Nibiru. Koniec świata już dzisiaj?

Między 20 a 23 września nastąpi Apokalipsa. Nie doprowadzi do niej Korea Północna, Państwo Islamskie, ale tajemnicza planeta Nibiru, która w tych...

zobacz więcej

Jest też teoria o próbach bomb, ewentualnie awarii rakiety, której szczątków jednak nie znaleziono. Mają ją potwierdzać oznaki toksycznego obrzęku płuc u ofiar. Również anatomopatolog, który przeprowadza sekcję zwłok porównuje obrażenia turystów znalezionych w wąwozie do urazów powstałych przy powietrznej fali detonacyjnej. Być może zatem seria wybuchów nad lasem, która nadpala drzewa, sprawia, że część turystów ucieka w kierunku jaru, ale i tam dosięga ich śmierć. To może tłumaczyć obrażenia oraz twierdzenia, że zwłoki są napromieniowane.

KGB kontra CIA

Ciekawą, ale raczej mało prawdopodobną hipotezę stawia badacz Aleksiej Ratkin. Autor książki „Śmierć idąca po śladzie…” przekonuje, że co najmniej trójka „diatłowców” to agenci KGB (nic nadzwyczajnego w ogarniętym szpiegomanią i otoczonym siatką bezpieki ZSRR), którzy tej nocy mają się spotkać z agentami CIA działającymi na terytorium Sojuza.

Ich zadaniem jest dekonspiracja „amerykańskiego wroga” – sugeruje Ratkin. Szpiedzy CIA wietrzą podstęp i mordują turystów. Faktycznie, w obozie zostają znalezione przedmioty nie należące do grupy, ale też trudno sobie wyobrazić, żeby agenci obcego wywiadu wygonili wrogów z namiotu, a potem pozwolili im umrzeć z zimna.

Teoria Ratkina, jakkolwiek bardzo ciekawa, nie tłumaczy też tajemniczych kul ognia, tudzież latających pojazdów. Może jednak tłumaczyć, dlaczego władze tuszowały sprawę, co potwierdza prok. Iwanow. W 1990 roku publikuje on artykuł w prasie, w którym przeprasza bliskich ofiar za wprowadzanie ich w błąd. Podejrzenia o sabotowanie śledztwa przez bezpiekę mogą potwierdzać również losy członka ekipy ratunkowej Jurija Jarowoja. Gdy w 1980 roku ogłasza chęć ujawnienia zebranych przez siebie materiałów i dowodów, wkrótce ginie w wypadku samochodowym.

Wznowienie śledztwa po 60 latach przez rosyjski Komitet Śledczy dysponujący nowoczesnymi narzędziami daje nadzieję, że w końcu poznamy okoliczności tragedii na Przełęczy Diatłowa, jak nazwano to ponure miejsce na cześć dowódcy nieszczęsnej wyprawy. Szanse na to są jednak niewielkie. Może jednak lepiej zostawić to przeklęte miejsce? W ostatnich latach w rejonie obozu doszło do kilku groźnych wypadków z udziałem poszukiwaczy tajemnic. Kilku zagranicznym turystom amputowano odmrożone palce, jeden mężczyzna zamarzł w swoim namiocie. Najwyraźniej Góra Umarłych nie chce dopuszczać żywych do swoich tajemnic...


Pisząc artykuł korzystałem m.in. z materiałów zebranych w serwisie Diatlow.pl

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej