Zagadka Mercury'ego będzie zabrana do grobu

Freddie Mercury zmarł w wieku 45 lat (fot. mat.pras.)

Freddie Mercury wielkim artystą był. Muzyka Queen z cudownym głosem Brytyjczyka odcisnęła głębokie piętno na popkulturze i poruszyła miliony. Choć odsłoniła wiele zakątków ludzkiej duszy, masa wątków dotyczących życia i śmierci samego Mercury'ego wciąż pozostaje nieznana. Nadal nie wiemy, co się stało z jego prochami. Teorie spiskowe zaczęły wręcz żyć własnym życiem...

Złote Globy rozdane. Historia lidera Queen i dramat z Meksyku uznane za najlepsze

„Bohemian Rhapsody” został zwycięzcą Złotych Globów w kategorii najlepszy film dramatyczny. W Los Angeles zakończyła się 76. ceremonia wręczenia...

zobacz więcej

Film „Bohemian Rhapsody”, który niedawno był wyświetlany w kinach, a teraz – można w ciemno zakładać, że z powodzeniem – powalczy o Oscary, nie precyzuje wiadomości związanych ze śmiercią Mercury'ego. Dowiadujemy się, że zmarł 24 listopada 1991 roku, co żadną tajemnicą oczywiście nie było.

Obraz poruszył wątek choroby piosenkarza, ale w tym przypadku jego twórcy musieli natrafić na szereg niejasności. O ile biseksualizm czy też homoseksualizm gwiazdora wielką tajemnicą nie był od lat, o tyle fakt zakażenia się przezeń wirusem HIV był długo ukrywany.

Przedwczesna śmierć

Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by wydedukować, że śmiertelna choroba była efektem odbycia przez Freddiego w latach 80. stosunku seksualnego z osobą zakażoną. Kiedy to nastąpiło jednak nie wiemy. Być może nawet przez kilka lat Mercury nie był świadomy zakażenia i można przyjąć, że sam również skazał kogoś na przedwczesną śmierć.

Nie wiadomo też dokładnie, kiedy wokalista zachorował na AIDS, będącą konsekwencją wyniszczającego działania wirusa HIV. Jego wieloletni przyjaciel, kochanek i spadkobierca Jim Hutton w swojej książce „Mercury and Me” zasugerował, że miało to miejsce pod koniec kwietnia 1987 roku.

Wszechstronny i charyzmatyczny. 25 lat temu odszedł Freddie Mercury

25. rocznica śmierci Freddiego Mercury'ego. Wokalista Queen zmarł na AIDS. Do końca utrzymywał swoją chorobę w tajemnicy. Oficjalnie opinia...

zobacz więcej

Mniej więcej w tym samym czasie brytyjska bulwarówka „The Sun” ujawniła, że piosenkarz poddał się badaniu krwi w klinice przy Harley Street w Londynie. Gdy Mercury wracał z Japonii, na lotnisku Heathrow przydybał go reporter gazety Hugh Whittow i dopytywał, czy jest zakażony wirusem HIV. – Czy ja wyglądam jakbym umierał na AIDS?! – padła ostra odpowiedź oburzonego artysty.

Natarczywość brytyjskiej prasy jest wręcz legendarna, więc trudno oczekiwać, żeby Freddie miał w takich warunkach wyznać prawdę. Może się jej bał, może wcześniej w ogóle się nie zbadał? Tego nie wiemy i najpewniej już nigdy się nie dowiemy. Wiemy jedynie, że prawda o stanie Mercury'ego zdrowia była ukrywana latami, nawet przed kolegami z zespołu Queen.

Z każdym miesiącem piosenkarz wyglądał jednak gorzej. Wkrótce pojawiły się również widoczne objawy toczącej jego organizm choroby – mięsaki Kaposiego na dłoniach i twarzy, zmiany nowotworowe wskazujące na obecność wirusa HIV. Do tego chudł niemiłosiernie. Mercury walczył z bezlitosnymi objawami – wypalał mięsaki Kaposiego, co zostawiało również wyraźne ślady, wobec czego zapuścił lekki zarost.

Ostatnie show

Ostatnim jego występem publicznym była impreza zorganizowana na cześć przejęcia przez Barcelonę flagi olimpijskiej, co miało miejsce 8 października 1988 roku. Wykonał wówczas z nieziemską śpiewaczką operową Montserrat Caballé m.in. utwór „Barcelona”. Przez chorobę Mercury miał jednak problemy z głosem, przez co organizatorzy zastosowali playback i niestety wyszło to na jaw, gdyż źle odtworzono taśmę.

Był gwiazdą Queen, został patronem asteroidy

Bezimienna dotąd asteroida numer 17473 dostała imię Freddiego Mercury'ego, nieżyjącego wokalisty legendarnego zespołu Queen. Z okazji przypadającej...

zobacz więcej

Możemy się domyślać, jakie katusze musiał przeżywać ten posiadacz cudownego czterooktawowego głosu i niezrównanych umiejętności wokalnych wiedząc, że musi być traktowany jak pośledni piosenkarzyna, który ledwo coś sklecił w studiu, ale już nie powtórzy tego przed publicznością.

Grupa Queen miała ogromny wpływ m.in. na sztukę tworzenia teledysków, ostatni taki film z udziałem Mercury'ego zapewne nigdy nie przestanie szokować. W „These are the days of our lives” wydanym tuż przed śmiercią artysty, widać jakie spustoszenia poczyniła choroba. Żeby podczas kręcenia zapewnić wokaliście jako taki komfort, ograniczono ekipę filmową. Charakteryzatorzy nałożyli mu również na twarz grubą warstwę makijażu.

Freddie wiedział, że tym utworem żegna się z publicznością (niektórzy uważają, że podobnie zrobił David Bowie w teledysku do utworu „Lazarus”). Na koniec szepcze do fanów „I still love you”. Słowa poprzedza przejmująca solówka Briana Maya, o której jeden krytyk napisał, że nie jest to gra na gitarze, a głaskanie po ręku umierającego przyjaciela...

Takie wnioski możemy jednak wyciągać z perspektywy czasu. O chorobie piosenkarza wiedziało wówczas zaledwie kilka osób. Zdając sobie sprawę ze zbliżającego się nieubłaganie końca, tuż przed śmiercią Mercury przestał przyjmować leki mające hamować rozwój choroby, pozostał jedynie przy przeciwbólowych. Warto wziąć to pod uwagę, żeby docenić ostatnią płytę Queen „Innuendo”, w szczególności utwory „Don't try so hard” oraz epitafium, czyli ściskający gardło „Show must go on”.

Zagadka śmierci giganta jazzu rozwiązana? Historyk wyklucza winę RAF-u

Był największą gwiazdą muzyki przełomu lat 30. i 40. ubiegłego wieku. Wylansował więcej numerów 1 niż Elvis Presley i Beatlesi. Subtelnym jazzem...

zobacz więcej

Jedno ujęcie

Podczas nagrywania Mercury był już w zasadzie umierający – cierpiał na zapalenie płuc, a w takich warunkach nawet mówienie jest męczarnią. Tak miał się zmierzyć z „Show must go on”, pełnym partii wymagających wysokiego śpiewu oraz falsetu. Gitarzysta Brian May obawiał się, czy Freddie w ogóle podoła. Także sam wokalista miał opory, żeby wyśpiewać niezwykle osobiste słowa. W końcu rzucił szklankę wódki, którą trzymał w dłoniach i powiedział: „K..., zrobię to skarbie”.

Całość przyprawiająca o ciarki została wykonana w jednym ujęciu. – Zrobił to tak, że opadły nam szczęki. Sam zdarł sobie przy tym na pewien czas gardło – opowiedział później May. – Podczas nagrywania tej płyty jego głos nigdy nie był piękniejszy – stwierdził.

– W „Show must go on” najbardziej autobiograficzny wers brzmi: „My make-up may be flaking, but my smile still stays on” (Mój makijaż może się rozpływać, ale na twarzy nadal zachowuję uśmiech). To prawda. Niezależnie od tego jak bardzo był chory, nigdy nikomu się nie żalił, nie oczekiwał współczucia ani niczego podobnego. To była jego walka, nikogo innego, i zawsze pokazywał na zewnątrz odwagę na przekór wszelkim przeciwnościom losu – przyznał potem Hatton.

Singiel został wydany 14 października 1991 roku. Mercury był już za słaby na kręcenie teledysku. 23 listopada ponad wszystko ceniący prywatność artysta wydał oświadczenie, w którym rozwiał wszystkie wątpliwości dotyczące swojego stanu zdrowia.

Kanye West śpiewa „Bohemian Rhapsody”. Internauci są bezlitośni: Freddie przewraca się w grobie

Kanye West ma sporą grupę fanów, jednak wykonanie coveru utworu „Bohemian Rhapsody” legendarnego zespołu Queen raczej nie przyczyni się do...

zobacz więcej

„W związku z licznymi doniesieniami prasowymi w ciągu ostatnich dwóch tygodni pragnę poinformować, że test na HIV był pozytywny i jestem chory na AIDS. Uważałem za właściwe utrzymać tę informację w tajemnicy, aby chronić swą prywatność. Jednak teraz nadszedł czas, aby powiedzieć prawdę. Mam nadzieję, że lekarze i wszyscy ludzie dobrej woli na całym świecie połączą się ze mną w walce z tą straszną chorobą. Moja prywatność zawsze była bardzo ważna dla mnie i słynę z braku wywiadów ze mną. Proszę zrozumieć, iż ta polityka będzie kontynuowana” – napisał.

Szok

Słowa te były szokiem. Wielu fanów nie chciało w nie wierzyć. Jeszcze większy szok nastąpił nazajutrz. Media na całym świecie poinformowały o śmierci Mercury'ego. Zmarł o godz. 19.20 w swoim domu Garden Lodge w londyńskiej dzielnicy Kensington na grzybicze zapalenie płuc. Miał 45 lat. Wiadomo, że przed śmiercią zaczął tracić wzrok i nie opuszczał swojego łóżka. Była przy nim m.in. Jane Austen, była narzeczona i największa miłość, dla której napisał utwór „Love of my life”. To ona poinformowała rodziców Mercury'ego i zgonie.

Pogrzeb w obrządku zoroastriańskim odbył się 27 listopada. Bliscy i przyjaciele nie zrobili z niego show jaki później zrobiono dla Michaela Jacksona, z córką Paris wskazującą na niebo i podobnymi ckliwymi historiami. Ceremonia odbyła się w tajemnicy i wzięło w niej udział 35 osób, w tym członkowie Queen oraz m.in. Elton John.

Wiemy, że trumna została zabrana do kaplicy przy dźwiękach utworów niezrównanej Arethy Franklin – „Take my hand, precious Lord” oraz „You've got a friend”. Zgodnie z życzeniem zmarłego jego zwłoki zostały skremowane i przekazane Mary Austin, która gdzieś pochowała je w tajemnicy. Miejsce ostatecznego spoczynku jednego z najwybitniejszych piosenkarzy w historii rocka ma być znane wyłącznie jego niedoszłej żonie, która przyrzekła, że nigdy go nie zdradzi.

Król popu i sceniczny geniusz. Michael Jackson obchodziłby dziś 60. urodziny [GALERIA]

Za życia sprzedał ponad 750 mln płyt, sam album „Thriller” osiągnął 100 mln, otrzymał 14 nagród Grammy, jego teledyski zrewolucjonizowały MTV. W...

zobacz więcej

Można przypuszczać, że tak właśnie było, ale ludzie nie byliby sobą, gdyby zaraz nie zaczęli tworzyć teorii spiskowych. Teorie te trafiły na najbardziej podatny z możliwych grunt – wyjątkowo lubiącą sensacje brytyjską prasę. Jest kilka wersji dotyczących miejsca pochówku Mercury'ego. Co jedna to ciekawsza.

Być może zatem, jak chcą wierzyć niektórzy, wokalista Queen ma być pochowany w ogrodzie domu Garden Lodge, w którym zmarł. Ponoć jest nawet znana dokładna lokalizacja – mianowicie prochy zakopano pod drzewem wiśniowym w japońskim ogrodzie. Jedyny względnie wiarygodny argument przemawiający za tą teorią to fakt, że ogrodnikiem w tej edwardiańskiej posiadłości był wieloletni przyjaciel i powiernik Mercury'ego Jim Hatton oraz że zgodnie z wolą zmarłego dom został zapisany Mary.

Wersja alternatywna

Wersja alternatywna – prochy gwiazdora zostały rozsypane nad Jeziorem Genewskim. Faktycznie, Mercury miał dom w szwajcarskim Montreux przy wschodnim brzegu tego pięknego jeziora. Tu często pomieszkiwał w ostatnich latach życia oraz skomponował wiele utworów, w tym ostatni – „A winter's tale”, który trafił na wydany po już jego śmierci album „Made in heaven”. Okładka przedstawia brązowy pomnik Freddie'ego wykonany przez czeską rzeźbiarkę Irenę Sedlecką znajdujący się przy nabrzeżu. Wersja o rozsypaniu tam prochów powtarzana od wielu lat znalazła posłuch.

Co ciekawe, w ubiegłym roku biografka artysty Lesley-Ann Jones wyznała magazynowi „Billboard”, że życzeniem piosenkarza było właśnie, by jego prochy zostały rozsypane w Jeziorze Genewskim. Gdy w 1986 roku siedzieli we dwójkę na nabrzeżu, przypuszczalnie wiedząc już, że jest chory, miał zwrócić się do Jones tymi słowami: „Po prostu wrzućcie mnie do tego jeziora kiedy odejdę”. W 2010 roku osobisty asystent Mercury'ego Peter Freestone również zapewnił, że właśnie taki los spotkał artystę.

David Bowie nie żyje. Artysta zmarł w wieku 69 lat

Legenda muzyki, David Bowie zmarł dzisiaj w nocy po półtorarocznej walce z rakiem - podała rodzina artysty na oficjalnym koncie Bowiego na...

zobacz więcej

Wersja numer trzy – prochy pochowano na cmentarzu w Wielkiej Brytanii – ma swoje podwersje. Jedna z nich głosi, że miejscem ostatniego spoczynku piosenkarza jest niewymieniony z nazwy cmentarz, na którym prochy złożono w wybranym grobie i jedynie Mary Austin wie, który to grób.

Podwersja nazwijmy ją „b” wiąże się z ciekawym odkryciem na cmentarzu Kensal Green w zachodnim Londynie. W kwietniu 2013 znaleziono tam tabliczkę poświęconą pamięci zmarłego z prawdziwym nazwiskiem Mercury'ego – Farrokh Bulsara oraz dokładnymi datami jego urodzin i śmierci – 5 września 1946 i 24 listopada 1991. Uzupełniono ją zapisanym w języku francuskim zdaniem: „Pour etre toujours pres de toi / Avec tout mon amour / M.”, co można przetłumaczyć jako: „Być zawsze blisko ciebie, z całą moją miłością / M.”. M. może w tym przypadku oznaczać Mary.

Druzgocące poszlaki

Choć musi zastanawiać jakim cudem nikt przez ponad 20 lat nie odkrył napisu, poszlaki zdają się być druzgocące, ale Austin szybko je rozwiała. – Freddie z całą pewnością nie jest pochowany na tym cmentarzu – skomentowała w rozmowie z „Daily Mail” wkrótce po sensacyjnym „odkryciu”. Wyjaśniła też przyczyny, dla których Mercury nie chciał ujawnienia miejsca swojego pochówku. „Nie chciał żeby ktokolwiek próbował go odkopać, co zdarzyło się już kilku sławnym osobom po śmierci. Fani potrafią być skrajnie obsesyjni. Chciał żeby miejsce jego spoczynku było tajemnicą, i tak pozostanie” – zaznaczyła.

Austin częściowo też rozwiała wątpliwości dotyczące prochów zmarłego. Okazało się, że przez dwa lata trzymała urnę w jego sypialni. „Pewno ranka po prostu wymknęłam się z domu razem z urną. To pewnie był zwykły dzień, żeby służba nie mogła niczego podejrzewać, bo trzeba pamiętać, że plotki były na porządku dziennym. Nikt nigdy nie dowie się, gdzie Freddie został pochowany, takie było jego życzenie” – ucięła.

Włodek Pawlik dla tvp.info: bycie gwiazdą to dla mnie przywilej

zobacz więcej

Dodała jedynie, że kilka dni przed wcześniej zaprosiła państwa Bulsara, rodziców Mercury'ego, żeby wspólnie odmówić modlitwę ku jego pamięci. Co ciekawe, nawet im nie zdradziła, gdzie złoży urnę. Wobec tej relacji między bajki można włożyć choćby teorię, że prochy zostały pochowane w Zanzibarze, gdzie Farrokh Bulsara przyszedł na świat. Na rozpowszechnianiu tej wersji może zależeć co najwyżej władzom Zanzibaru i lokalnym sprzedawcom magnesików na lodówki oraz innych pamiątek.

Zgoła rewelacyjną wersję zaproponowali twórcy popularnego serialu „Prison break”. Oczywiście należy zaznaczyć, że to fikcja, ale biorąc pod uwagę niespożytą energię niektórych ludzi, by wierzyć wszystko co jest pokazywane na dużym i małym ekranie, nie można wykluczyć, że niektórzy mogą przyjąć ją za pewnik.

Otóż w piątym sezonie pojawia się koreański więzień Ja, przyjaciel głównego bohatera Michaela Scofielda, który wprawdzie lubi odurzać się heroiną, ale nie przeszkodziło mu to w ustaleniu miejsca pochówku Mercury'ego i kupna ich za kilka milionów dolarów. Nie da się wykluczyć, że wobec braku oficjalnych informacji na temat pochówku giganta rocka pojawią się inne sensacyjnie wersje.

Wydaje się, że nie warto się pochylać nad miejskimi legendami i plotkami dotyczącymi miejsca złożenia czy też wysypania prochów Freddie'ego Mercury'ego. Co warto, to oddawać się nieśmiertelnej muzyce Queen i dać ponieść głosowi geniusza, który osiągnął absolutne mistrzostwo. Show must go on...

źródło:
Zobacz więcej