Chichot historii [OPINIA]

Byli premierzy i ministrowie spraw zagranicznych, podczas konferencji prasowej nt. wyborów do Parlamentu Europejskiego (fot. arch. PAP/Jakub Kamiński)

Jednym z bardziej naiwnych sądów w polskiej polityce było przekonanie, że 2015 rok to koniec lewicy. Skoro bowiem SLD nie weszło do Sejmu, rozbijając się o zbyt wysoki dla swoich ambicji próg 8 proc., a partia Razem osłabiła inne siły polityczne, lecz nie nakarmiła się w ten sposób na tyle, by samemu wejść do Sejmu, przyjemnie było na pewno wyciągnąć z tego taki daleko idący wniosek. Początek roku 2019 pokazuje jednak coś zupełnie innego.

Koalicja Europejska. „Siła przebicia tego rodzaju narzędzia jest raczej nikła”

– Koalicja Europejska jest próbą ratowania sytuacji związanej z tym, że była Koalicja Obywatelska. Myślę, że tamten zamysł polityczny Platformy...

zobacz więcej

Lewica jest najważniejsza, najbardziej przez wszystkich oczekiwana i hołubiona, wydaje się być kluczowa dla przejęcia bądź zachowania władzy w 2019 roku. A przy tym wszystkim nadal nie ma żadnej gwarancji zaistnienia w polskiej polityce pod swoim własnym sztandarem. Skąd bierze się ten paradoks?

W jednym tylko tygodniu swój kongres ma partia Roberta Biedronia, o której niżej, zaś Platforma Obywatelska ogłasza powstanie Koalicji Europejskiej. Dziwnego tworu, który ni to faktycznie jest koalicją, ni to jedynie apelem, by taką koalicję stworzyć, sami twórcy nie mogą chyba jednoznacznie się zdecydować. Jest jednak faktem, że na jednej scenie w składzie politycznej supergrupy widzimy takie postaci, jak Kazimierz Marcinkiewicz (ostatnio znany głównie ze sposobu, w jaki potraktował najpierw swoją rodzinę, później zaś nieszczęsną Izabelę), Radosław Sikorski, Ewa Kopacz i Grzegorz Schetyna, a w raz z nimi Marka Belkę, Włodzimierza Cimoszewicza i Leszka Millera, trzech postkomunistycznych premierów.

Pierwszy z nich w swej karierze był nawet równocześnie premierem i członkiem opozycyjnego wobec rządu ugrupowania, drugi został po drodze pozbawiony szans na prezydenturę, o co sam oskarżał środowisko Platformy, trzeci zaś w swej karierze zdążył zaliczyć nawet Samoobronę. Teraz ci wieloletni gwiazdorzy lewicy stanowić mają symbol demokracji, nową ofertę dla Polski, a być może nawet obronę przed „recydywą PRL”, jaką stanowić mają ponoć rządy PiS. Bez dinozaurów postkomunizmu najwyraźniej obrona zdobyczy Trzeciej Rzeczpospolitej jest niemożliwa.

Ciekawe tylko, jak wiele są w stanie wytłumaczyć sobie ci spośród sympatyków Platformy, którzy jeszcze przywiązują wagę do solidarnościowego pochodzenia, na które partia ta lubiła się przecież powoływać.

Być może tak naprawdę nie chodzi jednak o kolejną odsłonę historycznego zjednoczenia reformatorów z PZPR i liberałów z dawnej opozycji, którą od lat wyśnić sobie próbuje Adam Michnik. Prawdopodobnie rzeczywistość jest o wiele mniej romantyczna i mamy do czynienia z całkiem sprytnym zagraniem Grzegorza Schetyny. Z jednej strony bowiem lider PO zrobił właśnie coś, na co kilka miesięcy temu ochotę sygnalizował Donald Tusk, z drugiej zaś, choć w rękawiczkach, powtórzył wobec Sojuszu Lewicy Demokratycznej manewr, jakim nie tak dano o mało co nie zniszczył Nowoczesnej.

Biedroń o kosztach organizacji konwencji Wiosny: Pokryte przez zwolenników

Koszty konwencji partii Wiosna zostały pokryte z kwot wpłacanych przez jej zwolenników – poinformował lider partii Robert Biedroń. Zapowiedział...

zobacz więcej

Przypomnijmy sobie, że z otoczenia Tuska wypływały informacje, że szef Rady Europejskiej myśli nad stworzeniem pod swoim patronatem ponadpartyjnej listy do Parlamentu Europejskiego. W tym kontekście padały zaś takie nazwiska jak Aleksander Kwaśniewski czy Bronisław Komorowski. Nie widzieliśmy ich na scenie w piątek, trudno jednak wyobrazić sobie, by w zaistniałej sytuacji były premier decydował się na stworzenie projektu z dwójką eksprezydentów niezależnie od koalicji innych byłych premierów. Wyborcy mogliby poczuć się bowiem zdezorientowani nadmiarem tego szczęścia. W zaistniałej sytuacji pozostaje mu jedynie pobłogosławić Schetynie lub… odebrać mu inicjatywę. SLD natomiast sprawę komentuje nad wyraz oszczędnie.

Robert Biedroń odwołuje się w tym samym czasie do tych wyborców, którzy potrzebują na flagach więcej kolorów, niż tylko klasyczna czerwień. Choć bardzo nie lubi PiS, nie chce (bo i czemu miałby chcieć) pakować się w ryzykowną koalicję z Platformą. Woli więc grać kartą nowości i świeżości, na tyle autentyczną, na ile nie pamiętamy, że w polityce obecny jest od 21 lat. Jego droga do własnej inicjatywy politycznej wiodła przez SdRP i SLD, później zaś Ruch Palikota (który zmienił nazwę na Twój Ruch).

W związku z pojawieniem się nowej partii, która ma szanse wyborcze, sytuacja robi się otwarta. Biedroń może bowiem zarówno osłabić opozycję i przyczynić się do wygranej PiS, jak i ją wzmocnić, zdobywając mandaty, których obecnym rządzącym może zabraknąć do większości. Platforma wydaje się bardziej liczyć z tym pierwszym wariantem, stąd bardzo mocny atak na Wiosnę ze strony jej sympatyków.

Sceptycy spoza PO zauważają jednak słusznie, że mamy do czynienia z kolejną powtórką z historii. Partia Roberta Biedronia przedstawia program skrajny obyczajowo, a przy tym populistyczny i oparty na bardzo beztroskim myśleniu. Na które może sobie pozwolić, ponieważ raczej nie grozi jej sprawdzenie realizacji tych postulatów w praktyce. Można wręcz wyobrazić sobie sytuację, w której Biedroniowi udaje się wprowadzić kilku posłów do PE, lecz nie dowieźć sympatii społecznej do wyborów krajowych i nie zdobyć mandatów w Sejmie.

Jeśli jednak Wiosna wystartuje w wyborach parlamentarnych, co jest niemal pewne, na pewno odegra w nich sporą rolę, wpływając negatywnie na los SLD i Razem, i w sposób trudny do przewidzenia – na wynik dwóch głównych partii. I tak lewica na koniec może przesądzić o wyniku tegorocznych wyborów, nawet jeśli nie uzyska nic dla siebie. Taki to już chichot historii.

źródło:
Zobacz więcej