RAPORT

Kampania 2020

Ojciec rodziny nękanej przez norweski urząd ds. dzieci: Konsul bardzo nam pomógł

Konsul RP w Norwegii Sławomir Kowalski odbiera nagrodę „Konsul Roku” przez wiceszefa MSZ Jana Dziedziczaka fot. MSZ)

– Sławomir Kowalski, konsul RP w Oslo, skutecznie pomaga polskim rodzinom nękanym przez Barnevernet i nigdy tej pomocy nie odmawia – opowiada w rozmowie z portalem tvp.info Łukasz Iwański. Ojciec rodziny wraz z żoną i dziećmi wyjechał z Norwegii, gdy dowiedział się, że instytucja wszczęła w jego sprawie procedury. Przyczyną tego był donos pielęgniarki.

Norweskie MSZ wydala polskiego konsula. Walczył o prawa dzieci

Norweskie ministerstwo spraw zagranicznych poinformowało, że podjęło decyzję o wydaleniu z Norwegii polskiego konsula Sławomira Kowalskiego. Polski...

zobacz więcej

Dlaczego pana zdaniem w Norwegii mówi się o odwołaniu konsula Sławomira Kowalskiego?

Działalność konsula jest nie na rękę rządowi norweskiemu, szczególnie instytucji Barnevernet, dlatego, że walczy on o interesy o obywateli RP. Za każdym razem, gdy jakakolwiek rodzina zwróciła się z prośbą o pomoc do pana konsula, on wraz z prawnikami zawsze stawał na wysokości zadania i pomagał, oczywiście w ramach możliwości prawnych; działał merytorycznie.

Uważam, że gdyby rzeczywiście Norwedzy uznali konsula za persona non grata, ze strony polskiej powinien nastąpić stanowczy sprzeciw i oczywiście zastosowana zasada wzajemności, czyli należy wydalić konsula Norwegii w Polsce.

My jako państwo polskie powinniśmy bronić przede wszystkim swoich obywateli i swoich interesów, a nie patrzeć na interes innego kraju. Barnevernet wielokrotnie bezprawnie, bez podstaw, zabiera dzieci i o to przede wszystkim chodzi, dlatego jest osobą niewygodną dla strony norweskiej. Znam wiele rodzin, którym pomógł konsul Kowalski. Również nam udzielił pomocy, gdy jeszcze byliśmy w Norwegii.

Ale wiosną zeszłego roku wrócili państwo do Polski, TVP informowała o państwa sprawie. Czy od tego czasu coś się zmieniło?

Rzeczywiście wróciliśmy do Polski pod koniec marca zeszłego roku i od tego czasu nic się nie zmieniło. Tyle że na Święta Bożego Narodzenia „Express Bydgoski” chciał opisać naszą sytuację. Zaraz później zgłosili się do nas redaktorzy programu „Dzień Dobry TVN”. Niestety zgodziłem się na udział w programie. Mówię „niestety”, bo oprócz tego, co sami przekazaliśmy odnośnie naszej rodziny, niewiele było tam prawdy. Ten dziennikarz z „Wyborczej”...

Redaktor Maciej Czarnecki?

Tak, Maciej Czarnecki. Nie wiem, skąd on się urwał. Jestem bardzo zawiedziony po tamtym programie, bo chcieliśmy pokazać, jak sprawa wygląda, co się dzieje w Norwegii, a dzięki temu panu wyszło na to, że jednak ta instytucja jest dobra. Tylko przypadkiem akurat z naszą rodziną po prostu tak wyszło. Okazuje się, że jestem niestety zbyt naiwny, że się zgodziłem.

Program pana Pospieszalskiego, o którym pan wspomniał, a w którym gościliśmy dwukrotnie: moja żona i syn zaraz po powrocie, a teraz w styczniu my oboje z dziećmi, to był rzetelny przekaz informacji. Jeśli chodzi o „Dzień dobry TVN”, byłem bardzo zbulwersowany po wystąpieniu tego człowieka, który nie przeżył ani jednego dnia w Norwegii, nie zna realiów, a wypowiada się. Ale tak to jest, jak się bierze pieniądze z funduszy norweskich i pisze książkę na temat, o którym zupełnie nie ma pojęcia.

Mówi pan wciąż o Macieju Czarneckim?

Norwescy policjanci wyrzucili polskiego konsula. Chciał się spotkać z dzieckiem odebranym rodzicom

Norwescy urzędnicy i policjanci naruszyli prawo międzynarodowe uniemożliwiając polskiemu konsulowi Sławomirowi Kowalskiemu kontakt z małoletnim...

zobacz więcej

Oczywiście. O drugim gościu programu, panu Jerzym Kwaśniewskim z Instytutu Ordo Iuris, nie dam złego słowa powiedzieć. To wspaniały człowiek, pierwsze pytanie o rodzinę Iwańskich, które padło w stronę pana Czarneckiego, którego nigdy na oczy nie widziałem, ani moja rodzina, powinno zostać skierowane właśnie do mecenasa Kwaśniewskiego, ewentualnie do Artura Kubika. Ludzi, którzy chociażby mieli z nami styczność i znają naszą sprawę.

Całość przekazu była niestety bardzo zmanipulowana i bardzo krzywdząca, zwłaszcza dla wszystkich tych rodzin, które miały nieprzyjemność zetknąć się z Barnevernet. Bo skoro ta instytucja jest taka dobra, to może my jesteśmy źli?

Zapełnili sobie ciekawym tematem jakąś część programu, ale mnie nie o to chodziło. Chodziło mi o to, żeby chociażby jedna rodzina w Polsce, czy wybierająca się do Norwegii, czy w Norwegii, miała świadomość zagrożenia, jakim jest Barnevernet, jak to działa, jakie są struktury.

Czy pana zdaniem rodziny norweskie, polskie czy inne mieszkające w Norwegii nie mają świadomości tego zagrożenia?

Myślę, że większość rodzin, i polskich i norweskich, ma świadomość istnienia Barnevernet w tym sensie, w jakim mieliśmy ją my mieszkając tam 13 lat. Dopóki nie zaczynają się interesować daną rodziną, wchodzić w jej życie, można uznać, że w miarę można tam w jakiś sposób żyć. Natomiast ja założyłem, że jeśli ta instytucja kiedykolwiek zapuka do moich drzwi, to pakuję walizki i wyjeżdżam. Zbyt wiele moich znajomych, przyjaciół, straciło dzieci.

Norweskie rodziny też znają tę sytuację, są przeciwko. Tylko, że Barnevernet mówi otwarcie do osób, których dzieci są pod pieczą tej instytucji, że jeśli będą się wypowiadać w mediach, z kimkolwiek rozmawiać, nagłaśniać, to już dziecka nie zobaczą. Dlaczego tak cicho w Norwegii jest na ten temat.

To rzeczywiście tak otwarcie się komunikuje osobom, którym odebrano dzieci?

Tak. To choćby przypadek mojej znajomej, która straciła dwoje dzieci i sześć miesięcy o nie walczyła. Dokładnie jej tak powiedzieli: że jeśli będzie się odzywać, jeśli będzie chodzić do mediów itd., to dzieci już nie zobaczy. To jest fakt. Oni działają jak mafia. Po trzech dniach od wyjazdu mojego do Polski oni już wiedzieli, że ja jestem w Polsce. U nas policja tak szybko nie działa.

Udało się te dzieci odzyskać?

Tak, po sześciu miesiącach udało się. Ale powiem panu szczerze, że rodzina jest potwornie znękana psychicznie. Kasia walczyła cały czas i udało się jej, ale tylko przez pomyłkę Barnevernet, bo pomylili dokumenty. Miała więcej szczęścia niż inni.

Mieszka dalej w Norwegii czy wróciła do kraju?

Norwegia odbiera dzieci. Eurodeputowani wywierają presję

Sprawa starającej się o azyl w Polsce dla siebie i córki Norweżki Silje Garmo porusza sumienia polityków – informuje „Nasz Dziennik”....

zobacz więcej

Wróciła. W momencie odzyskania obojga dzieci, gdy tylko sąd prawomocnie orzekł, że Barnevernet się pomylił, tego samego dnia wsadziła dzieci do samolotu i przyleciała do Polski. Teraz w Polsce nadal walczy ze złem, jakie ta instytucja wyrządza rodzinom. Była zresztą również gościem programu pana Pospieszalskiego.

Zna pan inne rodziny, którymi interesował się Barnevernet?

Instytucja ta interweniowała w czterech rodzinach spośród moich bliskich znajomych. Wydaje mi się, że nie jest to przypadek. Oni po prostu mają za dużo pieniędzy, dostają więcej środków niż obrona narodowa, więc trzeba wykazywać, że te pieniądze są wykorzystywane.

Interwencje muszą być przeprowadzane nawet na siłę, żeby pokazać, że są potrzebni. Gdyby się okazało, że te środki nie są potrzebne na interwencje, na procesy, na domy dziecka, to by znaczyło, że trzeba tę instytucję troszkę zredukować, a więc zwolnienia, niższe pensje.

Norwegia jest jedynym krajem, o którym słyszałem – nie wiem wszystkiego – który ma oficjalny „bank dzieci”. Można się zalogować i wybierać sobie, jakie dziecko mamy ochotę adoptować. To jest kompletne nieporozumienie ze strony tej instytucji. A więc tu chodzi tylko o pieniądze, niestety nie chodzi o dobro dzieci. Mało która rodzina uzyskuje faktyczną pomoc, większość jest niszczona.

Państwa przypadek rozpoczął się od donosu pielęgniarki. Czy nie odniósł pan wtedy wrażenia, że państwa narodowość miała znaczenie?

Myślę, że to też miało jakiś wpływ. Sama pani pielęgniarka nie była Norweżką, a często jest tak, że obcokrajowiec obcokrajowcowi wilkiem. Ale przede wszystkim zupełny brak doświadczenia, profesjonalizmu tej osoby. Wyrzuciła nas z gabinetu. Zaraz przyjęła nas starsza pielęgniarka, a później lekarka, która nastawiła synowi rękę. Tamta pielęgniarka zapewne obawiała się, że ja tego nie zostawię i postanowiła działać wyprzedzająco. W tym protokole zgłoszeniowym czytałem, że ona czuła zagrożenie życia.

I takie pomówienia są bezkarne?


Nie do końca. Chciałbym zgłosić zawiadomienie, żeby jakiś prawnik się tym zajął, żeby taka osoba została ukarana, natomiast wiąże się to z kosztami. Każdy prawnik, który wziąłby tę sprawę, najpierw chce pieniądze, a na to mnie nie stać.

UdSC: Norweżka z dzieckiem dostanie azyl pod dwoma warunkami

Cudzoziemcowi można udzielić azylu, gdy jest to niezbędne do zapewnienia mu ochrony i gdy przemawia za tym ważny interes Polski – podał Urząd do...

zobacz więcej

Druga sprawa: norweskie sądy są tak przesiąknięte tym systemem, że w ich mniemaniu i być może wielu mieszkańców taki proces przeciw osobie składającej zawiadomienie do Barnevernet, to jest coś nienormalnego. Oni uważają to za normalne, że osoba, która zna pana przez osiem minut, wystawia diagnozę psychologiczną na temat pana i całej pana rodziny. To państwo systemowo zajmuje się donosicielstwem.

Oczywiście w przypadku każdego dziecka, które jest krzywdzone, w każdej patologicznej rodzinie (wielodzietność to nie patologia, zaznaczam) powinny być podejmowane działania. Ale myśmy mieszkali tam 13 lat, w Norwegii urodziło mi się sześcioro dzieci i każda instytucja znała mnie i znała moją rodzinę. Szpital, przychodnia. Tu nie ma możliwości, że nagle po 13 latach stałem się psychopatą. Jak można było przesłuchać czwórkę moich dzieci bez mojej wiedzy? Przez miesiąc sprawdzać mnie we wszystkich instytucjach bez mojej wiedzy i bez decyzji sądu? To jest bezprawie. To się po prostu nie godzi.

Pełna inwigilacja.

Oczywiście. Zostałem zaproszony na spotkanie do Barnevernet. Ze słów pani, która prowadziła sprawę, wynikało, że przez miesiąc sprawdzali nas w szkole u dzieci, sprawdzali nas w przedszkolu, u pielęgniarki środowiskowej, u lekarza pierwszego kontaktu, w szpitalu, na policji, w urzędzie podatkowym. I wszędzie były dobre opinie, sama mi to powiedziała.

Jednak im to nie wystarczyło. Poszli przesłuchiwać dzieci bez naszej wiedzy, zgody i bez obecności nawet bezstronnego pedagoga. Moje dziecko samo w pokoju z dwiema paniami z tej instytucji. W takiej rozmowie za pomocą odpowiednich pytań można z dziecka wyciągnąć wszystko.

Ale jednak się nie udało

Dzięki temu, że mieliśmy pomoc pana konsula Rzeczypospolitej Polskiej, jak i pana Artura Kubika, szefa norweskiej „Solidarności”. Są takie osob,y jak pan Jerzy Kwaśniewski i też prawnicy, którzy poradzili, co należy zrobić. Ta sprawa by się nie zakończyła tak szybko i nie dostałbym protokołu zakończenia, gdybyśmy nie wyjechali.

Dlaczego pan tak sądzi?

Na dobrą sprawę oni po sprawdzeniu środowiskowym, które zrobili po donosie osoby prywatnej, powinni już zamknąć sprawę. Jeśli tej sprawy nie zamknęli, to znaczy, że mają w tym jakiś interes. W protokole jest napisane, że wyjechaliśmy natychmiastowo, dlatego zamknięto postępowanie. Ale wcześniej chcieli jeszcze odwiedzać nasz dom rodzinny, rozmawiać z żoną, zobaczyć dwójkę najmłodszych dzieci, jak mieszkamy, gdzie mieszkamy, więc prędzej czy później by coś znaleźli. To była kwestia czasu.

Jeśli wszystko było w porządku, może nic by nie znaleźli?

Ależ oni potrafią nawet zabrać dzieci za to, że ma pan za mało metrów kwadratowych na jedną osobę. Jeżeli zaczną, mogą szukać do upadłego, a pieniędzy i ludzi mają tyle, że ich na to stać. Tak będą drążyć, tak będą krążyć, tak będą pana stresować, aż w pewnym momencie naprawdę pan wybuchnie, w pewnym momencie pan nie wytrzyma czy powie coś nie tak – i wtedy już mają haczyk na pana. My po prostu troszkę ich przechytrzyliśmy z pomocą mądrych ludzi.

Komisja Rady Europy krytycznie o norweskim Urzędzie ds. Dzieci

Komisja Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy przyjęła raport specjalnego wysłannika, który w Norwegii badał działalność Urzędu ds. Dzieci...

zobacz więcej

Wspominał pan, że również niektórzy Norwedzy nie popierają tego systemu. Dlaczego więc tego sprzeciwu nie słychać, wydaje się, że Barnevernet działa bez przeszkód.

Słyszałem ze strony moich norweskich przyjaciół krytyczne wypowiedzi o tej instytucji, natomiast jest to tak drażliwa sprawa, że na ten temat się za dużo nie rozmawia, bo nie wolno na ten temat rozmawiać. Norwedzy muszą siedzieć cicho.

My, obcokrajowcy, jeśli uda się nam wyjechać, wracamy do kraju pochodzenia, gdzie podstawową jednostką społeczeństwa jest rodzina i to rodzina ma zajmować się dziećmi i sprawować pieczę nad nimi. W Norwegii dzieci są własnością państwa i każdy, kto tam wyjeżdża musi o tym wiedzieć. Rodzice biologiczni są tylko prawnymi opiekunami, nie mają więcej praw od kogokolwiek, komu państwo powierzy pieczę nad dzieckiem.

A Norwedzy? Pani Silje Garmo musiała stoczyć ogromną batalię, dzięki Bogu dostała ten azyl, ale było ciężko, były odmowy, było pod górkę. Więc Norwegowi niełatwo jest uciec, musi, jak mówiłem, siedzieć cicho. Bo jeśli nie, to straci... dużo. Rodzinę, dzieci. Póki jest jeszcze szansa, że nie stracą dzieci albo odzyskają zabrane , nie mogą nic powiedzieć, bo jedno wychylenie się rodzica powoduje, że nie ma już szans na odzyskanie dziecka. Ja bym powiedział, że ta instytucja działa ponad jakimkolwiek prawem.

Dziękuję za rozmowę

źródło:
Zobacz więcej