Tajne czartery, zielone ludziki. Putin pisze krwawy scenariusz dla Wenezueli

Informacja o rosyjskich najemnikach w Wenezueli pojawiła się niemal jednocześnie z groźbą wybuchu wojny domowej (fot. Getty Images/Mikhail Svetlov)

Mieli przylecieć z Rosji i Afryki, a ich zadaniem jest ochrona prezydenta Nicolasa Maduro. Informacja o rosyjskich najemnikach w Wenezueli pojawiła się niemal jednocześnie z groźbą wybuchu wojny domowej. Budzi też spore wątpliwości – przede wszystkim jeśli chodzi o prawdziwy cel misji.

Putin: Nie ma przebaczenia dla nazistów, którzy oblegali Leningrad

Prezydent Rosji Władimir Putin powiedział w niedzielę podczas obchodów 75. rocznicy przełamania blokady Leningradu, że „nie ma i nie będzie...

zobacz więcej

Moskwa, która w ostatnich latach zapewniła Wenezueli kilkanaście miliardów pomocy finansowej w postaci kredytów i zapłaty za dostawy ropy, bardzo mocno poparła Nicolasa Maduro. Rosyjscy politycy oskarżają USA o wywołanie kolejnej „kolorowej rewolucji” i chęć uczynienia z Wenezueli swego regionalnego wasala. Kiedy jednak rzecznika Kremla zapytano 25 stycznia, czy dzień wcześniej Maduro podczas rozmowy telefonicznej zwracał się do Władimira Putina o pomoc wojskową lub finansową, Dmitrij Pieskow powiedział, że nie. Tego samego dnia Reuters opublikował obszerny artykuł o tym, że do Wenezueli trafiła jednak znaczna grupa rosyjskich najemników.

Psy wojny

Według Reutersa w Wenezueli może się znajdować nawet 400 pracowników rosyjskich prywatnych spółek najemniczych. Pierwsi mieli się pojawić tam jeszcze w maju 2018 roku, ale niedawno dostali poważne wsparcie z Rosji. Wśród tych najemników mają być wagnerowcy, a głównym zadaniem jest ochrona prezydenta Maduro.

Głównym źródłem agencji w tej sprawie okazuje się Jewgienij Szabajew. Kim jest? To samozwańczy „ataman” kozackiej wspólnoty Chworino (właściwie to żadni z nich potomkowie Kozaków), jeden z najbardziej znanych zwolenników legalizacji prywatnych spółek najemniczych w Rosji. Z relacji Szabajewa wynika, że Kompania Wagnera (spółka najemnicza finansowana przez bliskiego Putinowi biznesmena Jewgienija Prigożina, znana z misji w Donbasie, Syrii i Afryce) „dostała rozkaz niezwłocznego sformowania grupy specjalnej oraz otrzymała zadanie ochrony najważniejszych osób publicznych”. Grupa ta miała być sformowana głównie z najemników, którzy „pracowali w Gabonie i Sudanie”. Wagnerowcy mieli być przetransportowani dwoma czarterami do Hawany, a stamtąd zwykłymi liniami pasażerskimi do Caracas, gdzie dotrzeć mieli 22 stycznia. Szabajew, powołując się na kontakty w rosyjskich służbach bezpieczeństwa, twierdzi, że najemnicy mają nie dopuścić do tego, by prezydenta Maduro zatrzymali ewentualni zwolennicy opozycji będący w szeregach jego ochrony.

- Nasi ludzie są tam bezpośrednio po to, by go chronić – powiedział samozwańczy ataman.

Departament Skarbu USA znosi sankcje wobec trzech firm związanych z rosyjskim oligarchą

Departament Skarbu USA poinformował w niedzielę, że znosi sankcje wobec trzech rosyjskich firm powiązanych z rosyjskim oligarchą Olegiem Deripaską,...

zobacz więcej

Oczywiście Reuters opiera się na więcej niż jednym źródle. Inni informatorzy – tym razem już anonimowi – mówią, że pierwsza grupa najemników trafiła do Wenezueli już w maju 2018 roku, tuż przed wyborami prezydenckimi. Posiłki faktycznie „w ostatnim czasie” przybyły – mówią te źródła Reutersa – ale nie są z pewnością tak liczne, jak mówi Szabajew (400 ludzi). Za to potwierdzają słowa Szabajewa, że ci najemnicy przylecieli nie z Rosji, a z krajów, gdzie do niedawna brali udział w misjach.

Tajemnicze czartery

Taką informację może potwierdzać intrygująca historia kilku rejsów rosyjskich samolotów w rejon Morza Karaibskiego w styczniu. Wiadomo, że w ostatnich tygodniach spora liczba należących do władz Rosji samolotów lądowała w Wenezueli lub w sąsiednich krajach. I nie były to maszyny z oficjalną delegacją czy pasażerskie, o turystycznych czarterach nie mówiąc.

Weźmy choćby samolot Ił-96, który należy do specjalnej jednostki powietrznej przewożącej najważniejsze osoby w państwie rosyjskim (numer boczny RA-96019). 19 stycznia tenże samolot wystartował z Moskwy i wziął kurs na Dakar. Ze stolicy Senegalu 21 stycznia maszyna poleciała za Atlantyk, do stolicy Paragwaju. Z Asuncion Ił-96 poleciał do Ciudad del Este (także Paragwaj) – a stamtąd w dniu 23 stycznia na północ, w stronę Morza Karaibskiego. W pobliżu Kuby rosyjska maszyna zniknęła z radarów – wyłączono transponder. Potem został włączony, ale samolot wracał już do Moskwy. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tą maszyną transportowano najemników. Zabrano ich z Afryki i dowieziono do Hawany (nie wiadomo tylko, skąd Paragwaj na trasie), skąd rejsowymi samolotami dostali się do Wenezueli.

A przecież to nie jedyny tajemniczy lot. Na przykład 23 stycznia z moskiewskiego Wnukowa wystartował Gulfstream G500. Poleciał bezpośrednio do Caracas. Podobno samolot poleciał do Wenezueli bez pasażerów. Tam po krótkim postoju wrócił do Moskwy, a już po godzinie wyleciał do Turcji i lądował na macierzystym lotnisku w Stambule. Maszyna należy do pewnego tureckiego miliardera. Co (jeśli w ogóle) przewoziła do Wenezueli? Czy z powrotem zabrała jakichś ludzi? Nie wiadomo. Równie tajemniczo wyglądał inny startujący z Wnukowa samolot. 28 stycznia do Caracas odleciał Boeing 777 - bez pasażerów, ale z dwiema załogami. Był to rejs firmy Nordwind Airlines, która specjalizuje się w turystycznych czarterach. Ale do Caracas maszyna poleciała bez pasażerów.

Demokratyczny świat musi pomóc Wenezueli! [OPINIA]

Półkula zachodnia naszego globu jest znacznie bardziej demokratyczna niż wschodnia. Wprawdzie populacja obu Ameryk to tylko 15 proc. ludzkości, ale...

zobacz więcej

Cenna głowa Maduro

Rzecznik Kremla zaprzeczył oczywiście doniesieniom o wysłaniu do Wenezueli uzbrojonych Rosjan w celu zapewnienia osobistego bezpieczeństwa Maduro. „Strach ma wielkie oczy” - stwierdził Pieskow w telewizyjnym programie. Jednak to nie słowa władz rosyjskich skłaniają do wątpliwości. Prędzej pytanie, jaki jest sens w wysyłaniu najemników przez Moskwę do Wenezueli? Zacznijmy od kwestii nr 1. Wagnerowcy dotychczas w różnych misjach zajmowali się m.in. ochroną obiektów i interesów należących do Rosji. W Syrii zostali rok temu zmasakrowani przez Amerykanów, gdy chcieli zawładnąć instalacjami naftowymi, do których rościł sobie prawa sponsor Kompanii Wagnera, Prigożin. W Republice Środkowoafrykańskiej szkolili ochronę prezydenta, ale też pilnowali interesów Prigożina w kopalniach złota. Podobnie w Sudanie.

Jednak w Wenezueli nie ma rosyjskich obiektów, które musieliby ochraniać uzbrojeni Rosjanie. Wszystkie projekty, w które zaangażował się Rosnieft, są zarządzane przez operatora, państwowy koncern PDVSA. Rosyjski koncern w grudniu 2017 roku dostał licencje na prace na złożach gazowych Patao i Mejillones – ale oba leżą na szelfie Morza Karaibskiego. Na lądzie Rosnieft uczestniczy w eksploatacji naftowych projektów Petromiranda, Petromonagas, Petrovictoria, Boqueron i Petroperija. Całą infrastrukturę ochraniają siły wierne Maduro. Jeśli nie ochrona biznesu, to może faktycznie zapewnienie bezpieczeństwa prezydentowi Wenezueli? Teoretycznie Maduro nie ma z tym problemu. Nie dlatego, że ma wokół siebie wiernych rodaków. Dlatego, że jest wręcz przeciwnie.

Bezpośrednie bezpieczeństwo zapewniają Maduro – podobnie jak wcześniej Hugo Chavezowi – oficerowie kubańskiej służby bezpieczeństwa DI. Fachowcy, jakich mało – wszak przez dekady potrafili ochronić Fidela Castro przed nasyłanymi przez USA zamachowcami. Wspólny amerykański wróg połączył reżim Castro z reżimem Chaveza. Kubańskie służby odegrały ważną rolę w umocnieniu władzy prezydenta Wenezueli po próbie jego obalenia w 2002 r. DI naszpikowała „doradcami” wenezuelską bezpiekę. Kubańczycy szkolili miejscowych oficerów w metodach inwigilowania i zwalczania opozycji, przeorganizowali cały aparat bezpieczeństwa. Po śmierci Chaveza, za rządów Nicolasa Maduro wpływy kubańskie jedynie wzrosły. To z powodu obecności oficerów DI w świcie prezydenckiej kilka lat temu Maduro nie dotarł na Zgromadzenie Ogólne ONZ w Nowym Jorku. Samolot musiał zawrócić do Caracas, bo Amerykanie odmówili wiz Kubańczykom.

Wenezuela: Guaido obiecuje wojskowym amnestię, Maduro dowodzi manewrami

Zwolennicy Juana Guaido, który ogłosił się prezydentem Wenezueli, rozdawali w niedzielę wojskowym ulotki z obietnicą amnestii, jeśli przejdą na...

zobacz więcej

Nie wojna, a chaos

Maduro nie ma więc problemów ze skompletowaniem zaufanej ochrony osobistej. Ale dla kontroli nad krajem potrzeba dużo więcej zbrojnych oddziałów. Gwardia Narodowa Wenezueli z 23 000 ludzi to elitarna formacja, świetnie wyposażona i wyszkolona. Jej celem jest tłumienie protestów. Ogromną i wierną chavistom formacją jest jednak przede wszystkim Narodowa Milicja Boliwariańska (NBM). To około 400 000 uzbrojonych ochotników, głównie wywodzących się niewykwalifikowanych robotników. Słabo wyszkolonych, ale zdolnych wywołać chaos na ulicach i pokrzyżować plany puczu – co pokazał 2002 rok. Ale oczywiście i tak decydujące słowo będzie należało do armii. Z przeszło pół milionem żołnierzy ustępuje wielkością w regionie jedynie Brazylii i Kolumbii. Póki co generałowie jednoznacznie poparli Maduro. 24 stycznia minister obrony Vladimir Padrino ogłosił, że wenezuelska armia odrzuca autoproklamację przewodniczącego parlamentu Juana Guaido na tymczasowego prezydenta. Należy jednak pamiętać, że dowódcami są awansowani wywodzący się z biedoty oficerowie – całą karierę zawdzięczający obecnemu reżimowi. Tymczasem kluczowy jest szczebel dowódczy na poziomie pułkowników. A w armii są też zwolennicy opozycji, o czym świadczy choćby fakt buntu w jednym z garnizonów na prowincji 21 stycznia.

Przejście armii na stronę opozycji oznaczałoby błyskawiczny upadek Maduro. Gdyby wojsko wyszło z koszar. Ale jeśli w nich zostanie, lub w ogóle ogłosi neutralność, decydować może naga siła. Czy Moskwa może wówczas zrealizować scenariusz syryjski w Wenezueli? W ograniczonym zakresie. To znaczy jest w stanie przyczynić się do podsycenia i trwania krwawego konfliktu domowego, ale bez swego dużego udziału. Nietrudno wyobrazić sobie, że lokalne formacje i milicje wierne Maduro, koordynowane przez najemników rosyjskich, spróbują opanować największe miasta (Caracas, Valencia, Barquisimeto, Maracaibo, San Cristóbal), jak też kluczowe obiekty naftowego przemysłu. W tym scenariuszu rzeczywiście obecność wagnerowców może być wskazana.

Inaczej niż w Syrii, w Wenezueli Moskwa nie ma możliwości bezpośredniej interwencji wojskowej – gdyby doszło do wybuchu wojny domowej. Wenezuela leży wielokrotnie dalej niż Syria i trudno sobie wyobrazić „Syryjski Ekspres” (jak nazwano morskie linie komunikacyjne, którymi z portów rosyjskich płynie do syryjskiego Tartus zaopatrzenie, sprzęt, uzbrojenie i wojsko) przez Atlantyk i Morze Karaibskie. Moskwa nie ma tu też regionalnego sojusznika, jak Iran w przypadku Syrii, który dostarcza siły lądowe. No i tutaj prawdopodobieństwo wojskowej interwencji amerykańskiej na dużą skalę jest nieporównanie większe niż w przypadku Syrii.

źródło:
Zobacz więcej