Poważne podejrzenia wobec sędziego Łączewskiego. Zgłosił przestępstwo, którego nie było

Sędzia Wojciech Łączewski (fot. arch.PAP/Marcin Obara)

Znany sędzia Wojciech Łączewski może stanąć przed sądem za składanie fałszywych zeznań i doniesienie o przestępstwie, którego nie było – dowiedział się portal tvp.info. Jak ustaliliśmy, do krakowskiego Sądu Dyscyplinarnego trafił wniosek o pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności karnej.

Śledztwo w sprawie włamania na konto sędziego Łączewskiego na Twitterze umorzone

– Prokuratura Regionalna w Krakowie umorzyła śledztwo w sprawie włamania na konto społecznościowe sędziego Wojciecha Łączewskiego i podszywania się...

zobacz więcej

Chodzi o głośną sprawę rzekomego włamania na konto, które sędzia Łączewski prowadził pod fikcyjnym nazwiskiem na internetowym portalu społecznościowym Twitter. Gdy wyszło na jaw, że właściciel konta namawiał osobę, którą wziął za redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa, do spiskowania przeciwko rządowi, Łączewski zawiadomił prokuraturę, że wiadomości wysyłał w jego imieniu rzekomy włamywacz.

– Zebrane dowody nie pozostawiają wątpliwości. Włamania nie było, a sędzia chcąc odsunąć od siebie podejrzenia, złożył fałszywe zawiadomienie o przestępstwie – mówi portalowi tvp.info osoba znająca kulisy śledztwa.

„Panie Tomaszu! Sugeruję zmianę strategii”

Afera wybuchła w końcu stycznia 2016 roku, gdy portal Kulisy24.com napisał, że znany sędzia nawiązał za pośrednictwem Twittera prywatną korespondencję z osobą, którą uważał za Tomasza Lisa. Sądząc, że koresponduje z redaktorem naczelnym antyrządowego „Newsweeka”, pisał: „Panie Tomaszu! (…) Nie zorientował się pan, że walenie w to towarzystwo przynosi efekt odwrotny od zamierzonego? Sugeruję zmianę strategii”. Podpisał się: „pewien znany sędzia, chociaż z innego profilu”.

W kolejnych wiadomościach przedstawił się jako Wojciech Łączewski, a więc sędzia, który w marcu 2015 roku skazał byłego szefa CBA, a obecnego ministra Mariusza Kamińskiego za walkę z korupcją. „Chłopcy w krótkich spodenkach chcą sobie wziąć kałasznikowy i bawić się nimi po pijanemu” – ostrzegał przed nowym rządem i namawiał rzekomego Lisa na spotkanie. W rzeczywistości wysyłał wiadomości do autorów dziennikarskiej prowokacji.

Dziennikarze, chcąc się upewnić, że mają do czynienia rzeczywiście z Łączewskim, poprosili go o wysłanie zdjęcia. Dostali fotografię sędziego z wyjaśnieniem: „Przepraszam, jeśli rozczarowałem – ale siedzę nad uzasadnieniem wyroku w rozciągniętej koszulce”. Żeby ostatecznie potwierdzić, że ich rozmówcą jest Łączewski, reporterzy zaproponowali mu spotkanie. Sędzia się zgodził i pojawił się w wyznaczonym miejscu i czasie – przed blokiem na warszawskim Wilanowie.

Znany sędzia przeciwny reformie sądów mógł łamać zasadę apolityczności i samodzielności

Sędzia Łączewski prosił Piotra Niemczyka, doradcę sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, o opinię do wyroku w sprawie Mariusza Kamińskiego i...

zobacz więcej

Fałszywe zawiadomienie?

Dwa tygodnie po ujawnieniu afery Wojciech Łączewski zawiadomił warszawską prokuraturę, że ktoś włamał się na konta, które prowadził pod fikcyjnymi nazwiskami na Twitterze i w jego imieniu wysyłał wiadomości. Prokuratura natychmiast wszczęła śledztwo, ale jego rezultaty obciążają samego Łączewskiego.

Prokuratura zleciła ekspertyzę w zakresie informatyki i uzyskała informacje od amerykańskiej firmy Twitter Inc., która jest właścicielem portalu społecznościowego. – Ustalenia są jednoznaczne: nie było włamania do internetowych kont sędziego i nie ma śladów, aby ktoś obcy uzyskał dostęp do jego komputerów, tabletu i telefonu – mówi rozmówca portalu tvp.info.

Jak się dowiedzieliśmy, ekspertyza wykazała, że wbrew zeznaniom sędziego i jego żony, która mówiła, iż mąż dba o wygląd i nie wysłałby zdjęcia, na którym wygląda niechlujnie, fotografię zrobił sobie sam Łączewski. Zrobione iPhone’em zdjęcie, poprzez tzw. chmurę, zostało automatycznie przesłane i zapisało się także na jego komputerze.

Wiarygodność sędziego podważył także jego znajomy. Zaprzeczył, żeby umawiał się z Łączewskim przed blokiem w Wilanowie, by przekazać mu książkę. A właśnie w ten sposób sędzia tłumaczył, dlaczego się tam pojawił o godzinie, którą wyznaczył mu rzekomy Tomasz Lis (a w rzeczywistości autorzy dziennikarskiej prowokacji).

Sędzia oskarżonym

Sędzia Łączewski z oskarżającego może stać się oskarżonym. Prokuratura jeszcze latem 2018 roku umorzyła śledztwo w sprawie przestępstwa, o którym ją zawiadomił – a więc nielegalnego przejęcia kont na Twitterze. Zebrane dowody wskazują, że Łączewski skłamał w zawiadomieniu i w zeznaniach.

Dlatego prokuratorzy chcą postawić zarzuty jemu samemu. Chodzi o złożenie doniesienia o przestępstwie, którego nie było, i o działanie na szkodę interesu publicznego przez funkcjonariusza publicznego. Grozi za to nawet do trzech lat więzienia.

Aby kontynuować śledztwo w sprawie Łączewskiego, którego chroni immunitet sędziowski, konieczna jest jednak zgoda sądu dyscyplinarnego. I o to właśnie wystąpiła prokuratura.

źródło:
Zobacz więcej