Nienawiść i odpowiedzialność [OPINIA]

Kolejka do Europejskiego Centrum Solidarności, gdzie wystawiono trumnę z ciałem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza (fot. PAP/Tomasz Waszczuk)

Czy morderstwo, do którego doszło w Gdańsku, może stanowić jakiś nowy początek dla polskiej polityki? Moment graniczny, który prowadzi do refleksji, opamiętania, a w efekcie prawdziwej, głębokiej zmiany sposobu, w jaki ze sobą i o sobie rozmawiamy?

„Istotne, żeby zbrodnię nazywać zbrodnią”. Szef MON o śmierci prezydenta Gdańska

– Na bezpieczeństwie podczas imprez oszczędzać nie wolno; trzeba zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom wydarzeń o charakterze publicznym – uważa...

zobacz więcej

Przecież prawie wszyscy, od pierwszych chwil tego dramatu, wydają się zgadzać z tym, że zmiana taka jest potrzebna. Że pewne sprawy trzeba na nowo przemyśleć, przewartościować, zacząć odnosić się do siebie inaczej. I to niezależnie od tego, czy za śmierć Pawła Adamowicza odpowiada właśnie, oczywiście pośrednio, kształt naszej politycznej debaty, czy też jest to, jak coraz więcej na to wskazuje, sprawa z pogranicza kryminału o psychiatrii. I tu zaczyna się problem. Tę historię prawie każdy chciałby napisać po swojemu, zgodę zaś powitałby chętnie, ale na swoich warunkach. A czasem wręcz oczekiwałby raczej bezwarunkowej kapitulacji oponentów.

Najbarwniejszym, satyrycznym wręcz przykładem jest pewna grupa facebookowa, która dramat w Gdańsku wykorzystuje do ataku na nielubianą posłankę Prawa i Sprawiedliwości i zachęca do zapisywania się do swojego grona w imię walki z nienawiścią, w nazwie deklarując nienawiść do tej partii. Tyle że nienawiść na ogół nie jest śmieszna, a już nigdy nie są śmieszne jej konsekwencje. Obawiam się jednak, że o tym nie będą uczyć się w szkołach młodzi ludzie. Na lekcjach o mowie nienawiści, zorganizowanych ad hoc przez związane z opozycją samorządy analizuje się wiersz Wisławy Szymborskiej.

Zwłaszcza, że dzięki tym samym mediom społecznościowym poznać możemy niektórych nauczycieli. Np. byłego dziennikarza TVP, który czas poświęca na dyskredytowanie dawnego pracodawcy, słownym atakowaniu ludzi i bombardowanie kont rozmówców kopiowanymi i wklejanymi komentarzami o jednakowym brzmieniu. Pan ten uczyć ma obecnie warszawską młodzież, jak radzić sobie z agresywnymi zachowaniami w internecie i wyciszać trolli. Lekcje na wydawało by się potrzebny temat wiele środowisk traktuje jako ukrytą za szczytnymi hasłami kolejną odsłonę ideologicznej ofensywy warszawskiego Ratusza. Dostępne informacje na temat akcji obawy te niestety potwierdzają.

Warszawski Ratusz walkę z „hejtem” rozumie zresztą bardzo specyficznie, o czym świadczy sam fakt, że jako swojego rzecznika zatrudnia innego byłego dziennikarza, na Twitterze zapamiętanego między innymi ze zwrócenia się do jednego z piszących tam księży słowami „Milcz, klecho”. Niektórzy rodzice zapewne zwolnią z lekcji swoje dzieci. Na szczęście nie będzie to zwycięstwo nienawiści, lecz zdrowego rozsądku.

Ataki na TVP

TVP stała się ulubionym chłopcem do bicia tych, którzy za Stefanem W. usilnie chcą dopatrzyć się jakiejś politycznej i medialnej inspiracji.

Tuż po ataku na prezydenta Gdańska mogliśmy usłyszeć, że sprawca w więzieniu oglądać mógł wyłącznie TVP Info i to właśnie wzbudziło w nim takie a nie inne emocje.

Nowi „bojownicy” o wolność i demokrację

Poczucie zagrożenia i krzywdy może zjednoczyć każdą społeczność. Aby je wzbudzić, trzeba jednak pocierpieć w walce o sprawę. Problem pojawia się...

zobacz więcej

Gdy okazało się, że ta stacja nie była dostępna dla więźniów w zaskakująco szerokiej ofercie programów, bynajmniej nikt się z wcześniejszych słów nie wycofał. Na placu Powstańców zorganizowano demonstrację „przeciwko nienawiści”, która w kilka minut stała się protestem przeciwko Kościołowi, za sprawą występującego na niej aktora Krzysztofa Pieczyńskiego. Jednak bardziej symboliczna była obecność wśród zgromadzonych pani, która podczas warszawskiej kampanii wyborczej zasłynęła agresją, również fizyczną, wobec zwolenników Patryka Jakiego. Jak więc z nienawiścią walczyć wspólnie, ramię w ramię z tymi, którzy nie odżegnują się od przemocy i wszystkiego, co do życia politycznego w Polsce wniosła nienawiść właśnie?

Jak traktować analizy medialne, mające wykazać odpowiedzialność innych za to, co się wydarzyło, gdy te same medialne potęgi potrafiły produkować programy satyryczne o polityce, w których zaproszony myśliwy dywagował o tym, kiedy i w jaki sposób strzelać należy do kaczek?

Wykorzystywanie śmierci

Dzieje się więc to, czego niestety można było się obawiać. Nie brak osób, które nieszczęście wykorzystać chcą do celów politycznych i ideologicznych. Pojawiają się płomienne manifesty, w których odmieniana przez wszystkie przypadki nienawiść tak naprawdę odpowiada za każde słowo. Pojawiają się oskarżenia, które, gdyby potraktować je jako wskazówkę na przyszłość, doprowadziłyby nie tyle do poprawienia jakości debaty publicznej, co jej ocenzurowania. Czas oczekiwania na pogrzeb to nie najlepszy moment na analizowanie medialnych przekazów dotyczących zmarłego.

Przyzwoitość wymaga jednak, by atakującym kolegów dziennikarzom przypomnieć, co sami pisali w swoich gazetach, na ten sam temat, gdy wymagał tego ich polityczny interes.

I co mieściło się w realizowaniu misji informowania widzów lub czytelników o tym, co dzieje się w ich mieście. Politykom przypomnieć, że to nie Paweł Adamowicz był pierwszym kandydatem Koalicji Obywatelskiej na prezydenta Gdańska w ostatnich wyborach, zaś niewystawienie go było wręcz warunkiem wejścia w sojusz z Platformą, postawionym przez Nowoczesną. Od tego czasu nie minął nawet rok. Czy szacunek, jaki należy się zmarłemu wymaga takiego lawirowania, czy wręcz przeciwnie, jest to brak szacunku – i dla niego, i dla żywych, którzy swoje przecież wiedzą i pamiętają? Może właśnie teraz, u progu żałoby narodowej trzeba z tymi pytaniami zdążyć, zrobić ten rachunek sumienia, by zmarłego móc pożegnać godnie.

„Można było chyba zrobić więcej”, „organizator zaniedbał obowiązujące rygory prawne”

– Wydaje się, że nie było praktycznie barier dla tego człowieka – skutecznych w każdym razie. Nic go nie powstrzymało – powiedział w „O co chodzi” ...

zobacz więcej

Nie każdy ma jednak czas na refleksję. Oto już pojawia się sondaż, „pierwszy po morderstwie” i polityczna interpretacja jego wyników, mająca wskazywać na osłabienie jednych, choć bez korzyści drugich. Oto odbywa się konferencja „Jak przywrócić państwo prawa”, zorganizowana przez Fundację Batorego, podczas której głos zabiera sędzia Irena Kamińska. Pani sędzia w swoim czasie nie przysłużyła się kolegom, wzbogacając język polskiej debaty publicznej o frazę „nadzwyczajna kasta”, obecnie zaś deklaruje, że „pragnie zemsty”.

Formułuje również opinię, że zemstę tę chciałaby przeprowadzić w granicach konstytucji, dopuszczając jednak, jak się zdaje, pewną jej „falandyzację”. Inna uczestniczka tej samej imprezy ma trochę mocniejsze aspiracje i gdy Klaus Bachman mówi, że sędziów KRS, którzy nie zdecydują się na dobrowolne odejście czekać mogą przykre konsekwencje, obrazuje to gestem, symbolizującym podrzynanie gardła. Taka to refleksja kilka dni po mordzie. W tym samym czasie w warszawskim Teatrze Powszechnym, cenionym i hojnie wspieranym przez władze miasta, na scenie kolejny raz wystawiana jest „Klątwa”.

Pośród ataków na religię katolicką, Kościół i papieża, wyjątkowo, jeden jedyny raz, widzowie nie mogą obejrzeć sceny, podczas której aktorka opowiada o zbiórce pieniędzy na wynajęcie mordercy Jarosława Kaczyńskiego. Zamiast tej tęsknoty za dokonanej cudzymi rękami zbrodnią, przebranej w wygodne wdzianko „prowokacji artystycznej” minuta ciszy dla Pawła Adamowicza. Kolejne przedstawienie zagrane już po staremu, nie zmienia się wcale.

Brak hamulców

Oczywiście nie ma się co oszukiwać. Teksty pisane emocjami, posługiwanie się fałszywymi cytatami i określeniami deprecjonującymi adwersarza przytrafiają się zwolennikom i przeciwnikom wszystkich opcji politycznych. Wbrew pokutującym tu i ówdzie przesądom, problemem nie jest anonimowość, ale przeciwnie – brak hamulców występujących pod imieniem i nazwiskiem.

Osób, które możliwym do zweryfikowania zasobem osobistych informacji legitymizują brak szacunku i pogardę dla innych. Tu przykład idzie z góry, a ryba naprawdę psuje się od głowy. Apele o zmianę nastawienia i języka będą fałszywe od początku, jeśli sama przyczyna ich zaistnienia, jaką jest gdański dramat, została przez wygłaszających je zinterpretowana fałszywie, intencjonalnie.

Kierować je zaś trzeba przede wszystkim właśnie do tych środowisk, z których one wychodzą – dziennikarzy, artystów, polityków, bowiem wciąż to oni wyznaczają w olbrzymim stopniu granice języka, debaty, podejścia do drugiego człowieka. Pamiętajmy o tym, również wtedy, gdy zgasną już żałobne świece a czarno-białe nagłówki portali i stron ponownie zaczną mienić się kolorami.

źródło:
Zobacz więcej