RAPORT

DEBATA W PARLAMENCIE EUROPEJSKIM PO WYROKU TK

Nowa strategia Trumpa: reelekcja first!

Trump rozpoczął batalię o reelekcję (fot. PAP/EPA/MICHAEL REYNOLDS)
Trump rozpoczął batalię o reelekcję (fot. PAP/EPA/MICHAEL REYNOLDS)

W swojej kampanii wyborczej trzy lata temu Donald Trump ostro krytykował interwencjonistyczną politykę USA, co wielu obserwatorów uznawało jako zapowiedź izolacjonizmu. W pierwszych dwóch latach kadencji 45. prezydenta nic takiego się nie stało. Ostatnio jednak Trump postanowił zrobić zwrot o 180 stopni, rozpoczynając w ten sposób batalię o reelekcję. Brak spójności między deklaracjami a działaniami nie służy jednak wiarygodności USA i wzmacnia pozycję Rosji.

Trump: Rząd nie podejmie pracy, dopóki nie będzie pieniędzy na mur

Prezydent Donald Trump powiedział we wtorek, że częściowe zawieszenie pracy rządu federalnego (shutdown) będzie trwało dopóki nie Kongres nie...

zobacz więcej

Kampanijny atak na Busha

W lutym 2016 roku, w czasie jednej z debat, Trump ostro zaatakował starającego się również o nominację republikańską Jeba Busha oraz jego młodszego brata, b. prezydenta George'a W. Busha. Trump stwierdził, że 43. prezydent USA powinien zostać poddany impeachmentowi za wojnę w Iraku, która, według Trumpa, „kosztowała 7 bilionów dolarów i miliony ofiar”, a także miała „zdestabilizować Bliski Wschód”, nie przynosząc Amerykanom żadnej korzyści. Trump uznał też potem, że był to „najgorszy błąd w historii USA”.

Ta wypowiedź wpisywała się w totalną krytykę polityki zagranicznej prowadzonej przez poprzednich prezydentów: obu Bushów, Obamę, Clintona, a także demokratyczną konkurentkę Trumpa – Hillary. Mottem przewodnim był zarzut, że amerykańskie interwencje ostatniego ćwierćwiecza stanowiły tylko obciążenie dla amerykańskiego podatnika, a beneficjenci amerykańskiej pomocy militarnej pozostawali niewdzięczni, zwłaszcza w wymiarze czysto finansowym. Według Trumpa powinni płacić, płacić i jeszcze raz płacić. Trump krytykował jednak również decyzję Obamy o wycofaniu sił USA z Iraku w 2010 roku, uznając ją za przedwczesną, ale ta niespójność była charakterystyczną dla niego „kontrolowaną schizofrenią”. W oczach wyborców Trumpa nie miała znaczenia gdyż zasłaniała ją pozorna spójność czyli totalna krytyka poprzedników. W tym Trump był konsekwentny.

Donald Trump w Iraku: Nie planuję wycofywać stąd sił USA

Prezydent USA Donald Trump, który w środę przybył z niezapowiedzianą wizytą do stolicy Iraku Bagdadu, oświadczył, że „nie ma w planach” wycofania...

zobacz więcej

Niechęć do Trumpa połączyła Bushów, Clintonów i Obamów

Gdy w 2008 roku George W. Bush żegnał się z Białym Domem wydawało się, że trudno sobie wyobrazić bardziej znienawidzonego przez amerykańskie i europejskie elity przywódcę USA. Liberalne media przedstawiały go jako głupka i kłamcę. Obama miał być jego totalnym przeciwieństwem i dlatego na „dzień dobry” dostał pokojowego Nobla. Dziś antybushowski hejt został zepchnięty na margines, a zastąpiły go zachwyty nad Bushem częstującym Michelle Obamę miętówkami. Trzy rodziny prezydenckie, Clintonów, Bushów i Obamów, łączy harmonijna przyjaźń i wspólna niechęć do obecnego lokatora Białego Domu.

Clintonów i Bushów łączy zresztą znacznie więcej i to właśnie było przedmiotem ataków na nich ze strony Trumpa. Chodzi oczywiście o interwencjonizm. Bush senior najbardziej kojarzony jest z pierwszą wojną w Zatoce. Nawiasem mówiąc interwencję tą najlepiej podsumowuje angielski wierszyk dla dzieci, kończący się słowami „things done by half are never done right” (rzeczy zrobione w połowie nie są zrobione dobrze). Zmarły niedawno 41. prezydent USA nie wziął tych słów do serca, czym narobił wiele problemów ale nie był za to krytykowany (w przeciwieństwie do swego syna) bo nie naruszył wówczas „świętości” multilateralizmu.

Bill Clinton został prezydentem już w zupełnie nowej erze, po zakończeniu Zimnej Wojny, a jego interwencje militarne miały inny charakter i znacznie większy zakres: Jugosławia, Sudan, Afganistan, Irak, Somalia. Clinton, korzystał z tego, że w pierwszych latach po rozpadzie ZSRR Rosja była zbyt pochłonięta problemami wewnętrznymi, a euroatlantycka wspólnota była wciąż zwarta. USA właśnie wtedy stało się globalnym policjantem, a interwencje uzasadniane były humanitaryzmem i interesem społeczności międzynarodowej. Część środowiska neokonserwatywnego, ściśle kojarzonego później z Bushem i Republikanami, widziała zresztą w Clintonie nadzieję na powrót Demokratów do korzeni tj. ideologii zimnowojennych, trumanowskich liberałów, wierzących w misję USA jako światowego obrońcy demokracji.

Donald Trump: Nigdy nie zlecałem Cohenowi łamania prawa

Prezydent USA Donald Trump zapewnił na Twitterze, że nigdy nie zlecał swojemu byłemu już prawnikowi Michaelowi Cohenowi łamanie prawa i...

zobacz więcej

Neokonserwatyści za Busha

Różnica między Bushem juniorem a Clintonem, wydająca się być drobnostką w obliczu prezydentury Trumpa, polegała na tym, że gdy „dabliju” wprowadzał się do Białego Domu to świat znów się zmienił. W Rosji zaczął swoje panowanie Putin, a w Niemczech rządził jego obecny wykidajło Schroeder. Bush miał jednak świadomość, że USA wciąż jest jedynym supermocarstwem i nie miał zamiaru przejmować się krytyką, zwłaszcza że neokonserwatyści, którzy opanowali jego administrację, wierzyli w misję USA i w to, że jest to najlepszy moment by ją realizować. Bez względu na to jakie były podawane oficjalne powody interwencji w Iraku i jakie były późniejsze priorytety okupacji to faktem jest, że neokonserwatyści ze swoją wiarą w siłową demokratyzację, odegrali kluczową rolę w doprowadzeniu do wojny i obalenia Saddama.

Założenie było takie, że demokratyczny Irak stanie się wzorem dla innych państwem regionu wywołując efekt domina, a cały zdemokratyzowany świat arabski będzie równie gorąco kochał za to USA jak wdzięczna za obalenie komunizmu Europa Wschodnia. Skorzystać miał też Izrael w imię liberalno-utopijnego paradygmatu, że demokracje ze sobą nie walczą. Inną nowością, budzącą sprzeciw, było obalenie reżimu i okupacja kraju. Clinton, poza nieudaną ale zatwierdzoną przez ONZ interwencją w Somalii, ograniczał się tylko do nalotów. Podobnie zresztą do tej sprawy podchodziła jego żona Hillary jako pierwsza Sekretarz Stanu u Obamy. Inna rzecz, że jakkolwiek by nie oceniać interwencji Busha w Afganistanie i Iraku to przy działaniach militarnych autorstwa Hillary (np. Libia) były one niewątpliwie przejawem polityczno-wojskowego geniuszu.

Donald Trump nie chce podpisać prowizorium budżetowego

Donald Trump nie podpisze prowizorium budżetowego, ponieważ nie ma w nim środków na budowę muru na granicy USA z Meksykiem – powiedział...

zobacz więcej

Brak korzyści dla kukurydzianego Johna z Dakoty

Trump miał wiele racji krytykując taki interwencjonizm za to, że nie przynosi on korzyści Amerykanom. Nie chodzi przy tym o to, że USA nie wyciągają korzyści z prowadzonych lub wspieranych przez siebie wojen, bo zwykle wyciągają, ale o to że z punktu widzenia przeciętnego red-necka zbierającego kukurydzę w Dakocie Południowej clintonowsko-bushowskie wizje demokratyzacji świata nie mają dużego znaczenia, gdyż nie wie on/ona nawet gdzie te wszystkie kraje się znajdują. Ponadto interwencja w Iraku nie doprowadziła do zakładanej przez neokonsów powszechnej wdzięczności Irakijczyków wobec USA, a tym bardziej miłości do Izraela, choć demokratyzacja tego kraju stała się faktem. Co więcej, to Iran stał się największym beneficjentem obalenia Saddama. Z polityki wspierania Arabskiej Wiosny i Bractwa Muzułmańskiego przez Clinton i Obamę to już w ogóle wyszła jedna wielka katastrofa, co widać było zwłaszcza w Bengazi 11 września 2012 r. Polityka Obamy nie przyniosła narodom ani wolności ani demokracji, lecz jedynie pożogę, doprowadziła natomiast do nadwyrężenia zaufania ze strony takich autorytarnych sojuszników jak Egipt czy Arabia Saudyjska.

Trump ma więc dużo racji gdy mówi, że zastał totalny bałagan. Ponadto w polityce zagranicznej jego administracji w pierwszej połowie jego kadencji było wiele pozytywnych działań (np. konsekwentne wsparcie Syryjskich Sił Demokratycznych w walce z Państwem Islamskim, zaprzestanie wspierania dżihadystów, odbudowa tradycyjnych sojuszy na Bliskim Wschodzie, bardziej asertywna polityka wobec Turcji czy Pakistanu itp.). Nagłe ogłoszenie wycofania wojsk amerykańskich z Syrii wszystko jednak zmieniło.

Z perspektywy Trumpa może to nie wygląda najgorzej. Spełnia obietnice wyborcze, a przekaz o wycofaniu wojsk płynie do uszu zbierającego kukurydzę Johna i jego żony pracującej w lokalnej kawiarni wraz z informacją o 300 tys. nowych miejsc pracy tylko w grudniu 2018 roku oraz o złych Demokratach blokujących budowę muru, który ma chronić kukurydzę w Dakocie i harmonię piątkowej potańcówki w rytm muzyki country przed najazdem obcych. Ta strategia może zadziałać i Trump nie jest bez szans w wyborach w 2020 roku.

Paraliż amerykańskiej administracji. Spotkanie Trumpa z przywódcami Kongresu odroczone

Prezydent Donald Trump zaprosił przywódców obu partii zasiadających w Kongresie, aby przybyli w piątek do Białego Domu w celu kontynuowania rozmów...

zobacz więcej

Recydywa kontrolowanej schizofrenii

Trump najwyraźniej szybko zrozumiał jednak, że ta strategia ma również swoje słabe strony i znów uruchomił swoją „kontrolowaną schizofrenię”, wysyłając Johna Boltona (nawiasem mówiąc neokonsa z ekipy Busha) i Mike'a Pompeo w tournée na Bliski Wschód. Cel jest taki by co innego z tego wszystkiego zrozumiał biedny red-neck z Dakoty, a co innego sojusznicy USA w regionie. Problem w tym, że wobec sojuszników ta strategia może nie zadziałać, a kandydat na nowego „policjanta” już jest. Zgłosił się Putin i ma duże szanse na zdobycie akceptacji.

Przekazy płynące od miesiąca z Waszyngtonu są przepełnione sprzecznościami. USA ma się wycofać z Syrii ale nie wiadomo kiedy i nie ma pośpiechu. Ma też zapewnić bezpieczeństwo Kurdom i jednocześnie zgodzić się na stworzenie „strefy buforowej” przez Turcję, choć to drugie oznacza de facto okupację, a więc wojnę. Nie dojdzie do niej zapewne bo Kurdowie dogadają się z Asadem (przy pośrednictwie Moskwy). Nie wiadomo co zatem USA mogą teraz zaoferować Turcji by ta nie wspierała Iranu przeciwko sankcyjnej polityce USA. Turcja już sugeruje, że przydałoby jej się wsparcie USA w postaci nalotów na SDF ale jest to kosmiczny absurd. Z drugiej strony powstrzymywanie ekspansji Iranu ma być dalej priorytetem. Taki przekaz ma przynajmniej płynąć do Izraela i Arabii Saudyjskiej, choć bez amerykańskiej obecności w Syrii trudno to zapewnić.

Prezenty dla Rosji

Z niektórych wypowiedzi Trumpa wynika, że zakłada on, że jak zniknie „globalny policjant” czyli USA to problem spadnie na innych, którzy ugrzęzną w tej wojnie tak jak ZSRR w Afganistanie, a USA, odpłatnie, będzie udzielać pomocy np. sprzedając broń. Problem w tym, że wcale tak nie musi się stać i znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że Rosja rozda karty. Izraelowi i Saudom obieca powstrzymywanie Iranu, Turcji zapewni, że PKK nie zawrze antytureckiego sojuszu z Asadem i Iranem, Kurdom zagwarantuje, że nie zostaną zmasakrowani, od Saudów weźmie pieniądze na odbudowę Syrii i jeszcze wyciągnie pomocną dłoń do Libii i Egiptu w zamian za rozbudowę swoich baz na północnym wybrzeżu Afryki. Egipt i Arabia Saudyjska znajdują się obecnie pod presją Kongresu USA, który, podobnie jak wcześniej Obama, robi wszystko by kraje te nie miały wyjścia i związały się z Rosją (bo przecież nikt rozsądny nie wierzy w to że zmieni się tam władza).

Trump nie tylko nie ma pomysłu jak przeciwdziałać tej ekspansji Rosji ale najwyraźniej nie ma to dla niego znaczenia. Jego celem są tylko Chiny oraz Iran i jeśli Rosja obieca mu wsparcie w jego polityce to najwyraźniej gotów jest jej oddać Bliski Wschód. Tyle że jak się Rosja wzmocni to poprosi o więcej, a USA będą miały coraz mniej do oddania. Być może jednak Trumpowi przyświeca zasada „byle do reelekcji, a potem choćby potop”.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej