RAPORT

CELEBRYCI, POLITYCY I WŁADZE TVN WZIĘŁY SZCZEPIONKI MEDYKÓW

Napad stulecia. W centrum Warszawy zrabowano majątek, zginęli ludzie

Sprawcy uciekli autem marki Warszawa (fot. Wiki/FORTEPAN)

Rabunek pieniędzy w placówce NBP przy ul. Jasnej w Warszawie w latach 60. przeszedł do historii polskiej kryminalistyki jako napad stulecia. Nie ma w tym nic dziwnego. Złożyło się na to wiele elementów. Śmiertelne ofiary. Czas rabunku. Jego miejsce. Zrabowana kwota. Precyzja planu napadu oraz drogi i sposobu ucieczki. Dodałbym do tego umiejętność ukrycia się sprawców. W tegoroczne Święta Bożego Narodzenia mija dokładnie 54 lata od tego napadu oraz 20 lat od czasu przedawnienia zbrodni w Domu Pod Orłami.

Czysta robota kasiarzy. Ukradli miliony, wpadli przez kobiety

Sztama ze skarbnikiem, wywiercony otwór w suficie, pończochy na twarzach, związany i zakneblowany strażnik, wywiezienie autem marki warszawa 12 mln...

zobacz więcej

Przed każdymi świętami Bożego Narodzenia utargi w dużych sklepach, gdzie można kupić podarunki pod choinkę, wzrastają niepomiernie. Dlatego po wielodniowej obserwacji Centralnego Domu Towarowego (późniejszy Smyk), położonego w samym centrum stolicy, bandyci postanowili uderzyć dwa dni przed Wigilią, kiedy wypada szczyt przedświątecznych zakupów.

Dom Towarowy zamykano o godz. 18. Jak każdego dnia dzienny utarg do pobliskiego Banku PKO na ul. Jasnej 50, zwanym popularnie Bankiem pod Orłami, odwoziła główna kasjerka w towarzystwie dwóch strażników. Do odwożenia używano na zmianę dwóch samochodów –nysę z bocznym napisem CDT oraz, z takim samym emblematem na bocznych drzwiach, osobową warszawę. Pieniądze do banku oddalonego o niecały kilometr od Domu Towarowego odwożono codziennie między godz. 18.30 a 18.45.

Niczego podejrzanego

Był mroźny wieczór, wtorek 22 grudnia 1964 roku. Centrum jak całe miasto powoli pustoszało. Na placyk pod bank podjechała Warszawa z całodobowym utargiem z Domu Towarowego. Była punktualnie 18.01. Z auta wysiadły trzy osoby: główna kasjerka CDT Jadwiga Michałowska oraz dwaj strażnicy – konwojenci uzbrojeni w pistolety Zdzisław Skoczek i Stanisław Piętka. Ten ostatni rozejrzał się wokół i nie widząc niczego podejrzanego, wyjął z samochodu szary, ważący około 8 kg jutowy worek wypełniony wyłącznie banknotami. Chwycił go jednorącz i szybkim krokiem skierował się w stronę głównego wejścia do Domu pod Orłami.

Już przełożył worek do lewej ręki, aby wolną prawą móc chwycić za klamkę wejściowych drzwi, gdy niski mężczyzna, który przed dwoma sekundami wyłonił się z ulicy Jasnej, wszedł nagle między strażnika a drzwi, jak gdyby chciał wejść pierwszy. Krok od drzwi odwrócił się i strzelił konwojentowi w pierś. Wyrwał mu worek i uciekł. Ciężko ranny strażnik zdołał się jeszcze wczołgać do wnętrza banku, ale tam zmarł tuż przed schodami.

Współtwórca „skoku stulecia” już w Polsce. Na ekstradycję czekał prawie rok

Grzegorz Ł., współtwórca tzw. skoku stulecia, w którym fałszywy konwojent dokonał kradzieży 8 mln zł przewożonych z banku w Swarzędzu został...

zobacz więcej

Drugi strażnik, Zdzisław Skoczek, ledwie wyciągnął z kabury broń, jak spod ziemi wyrósł drugi bandyta. Wysoki, w ciemnym, długim płaszczu zimowym. Pierwszy strzał spowodował upadek strażnika, a napastnik oddał jeszcze w jego głowę dwa strzały. Pierwszy pocisk przebił na wylot czaszkę, drugi twarz na wysokości policzka, powodując jego natychmiastową śmierć.

Ostrzelał auto

Kierowca samochodu widząc zabitego Skoczka, położył się na podłodze, a wyciągniętą w górę ręką naciskał klakson, by zaalarmować nielicznych już w tym czasie przechodniów. Co naturalne, zdjęta przerażeniem kasjerka, po usłyszeniu drugiego strzału do Skoczka, schowała się cała drżąca ze strachu za samochodem. Wysoki napastnik, zanim zaczął uciekać strzelił jeszcze kilka razy w szyby samochodu. Żadna z tych kul nie trafiła nikogo. Jedna utkwiła tylko w oparciu tylnego siedzenia, przeszywając siedzenie kierowcy.

Po niecałych 10 minutach na miejsce napadu przyjechała milicja, a na wpół przytomna kasjerka pokazał kopię kwitu, na którym widniała wielkość zrabowanej kwoty – 1 milion 355 tys.

Mimo zbliżającego się zimowego wieczoru, znalazło się aż 15 świadków dramatycznego wydarzenia. Niemal wszyscy z nich podawali tę samą drogę ucieczki bandytów. Ulicą Hibnera, obecnie Zgody, uciekli w kierunku budynku Filharmonii Narodowej. Przejściem między budynkami (dziś płatny parking) dostali się do ul. Moniuszki. Tam w szaroniebieskiej warszawie, z zapalonym silnikiem czekał wspólnik. Niski mężczyzna z łupem wskoczył do samochodu, który ruszył, skręcając w prawo w Marszałkowską. Na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej dołączyli do nich jeszcze dwaj napastnicy.

Ekipy milicyjne otoczyły placyk przed bankiem. W redakcji pobliskiego „Kuriera Polskiego” zainstalowano tymczasowy sztab śledztwa. Przez całą noc trwały przesłuchania świadków. Głównie maglowano – co w każdej tego typu sprawie jest rutyną – dwójkę pozostałych przy życiu pracowników CDT, przewożących pieniądze. Przesłuchiwano także bezpośrednich świadków, którzy z różnych odległości i w różnych miejscach widzieli napastników. Na podstawie ich zeznań specjaliści stworzyli portrety pamięciowe bandytów. Następnie zrobiono figury ich postaci naturalnej wielkości. Zeznania świadków okazały się być bardzo dokładne, bo gdy do pokoju, gdzie stały figury, wprowadzono kasjerkę ta aż zemdlała na ich widok.

Nigdy oficjalnie nie poinformowano o złapaniu sprawców napadu przed Bankiem Pod Orłami (fot. Wiki/Aisano)

Napad na furgonetkę z pieniędzmi w centrum Berlina. Ostrzelano ją z broni maszynowej

Zamaskowani i uzbrojeni w broń maszynową bandyci napadli rano w centrum Berlina na furgonetkę z transportem pieniędzy. Niemiecka policja informuje...

zobacz więcej

Nie mogli ukryć sprawy

Rabunek na Bank pod Orłami wstrząsnął nie tylko stolicą, ale całą Polską. Milicja i prokuratura, aby odnieść sukces, były zmuszone do nagłośnienia brutalnego wydarzenia w całym kraju. Trzeba było również podawać coraz więcej szczegółów, by zacieśniać pętlę wokół sprawców. To z kolei w sposób naturalny z każdym dniem i tygodniem rozbudzało coraz większą sensację.

Napad przeprowadzony w stylu, jaki Polacy znali tylko z hollywódzkich kryminałów, zdarzył się w dodatku w najbardziej niefortunnym czasie dla jednego z wielkich partyjnych bonzów tamtego okresu PRL, Mieczysława Moczara, wiernego sługi komunistycznej Rosji i jej tajnego agenta. Dosłownie 10 dni przed napadem Moczar dostał od innego komunistycznego troglodyty Władysława Gomułki, wymarzone dla siebie od dawna stanowisko – ministra spraw wewnętrznych. Zrozumiałe więc, że od pierwszych godzin po napadzie wychodził ze skóry, aby móc popisać się sukcesem przed I sekretarzem partii i towarzyszami radzieckimi.

Milicja natychmiast zarządziła obławę w Warszawie, która trwała przez całą noc i kilka kolejnych dni. Wszystkie drogi wyjazdowe wokół stolicy zostały zablokowane, na każdych rogatkach stolicy rozstawione zostały w ukryciu patrole po cywilnemu. Po tygodniu uruchomiono kilkanaście tysięcy tajnych agentów funkcjonujących w półświatku, a będących na usługach kryminalnych pionów milicji.

P-64

Po kilku dniach śledztwu został nadany kryptonim „P-64”, od symbolu broni. Na placyku pod bankiem specjaliści zabezpieczyli bowiem osiem łusek po pociskach, jakie zostały wystrzelone podczas napadu. Śledczy dokonali upokarzającego dla siebie odkrycia. Napad przeprowadziła szajka, którą milicja bezskutecznie ścigała od kilku lat. A dokładniej – szukała jakiegokolwiek punktu zaczepienia.

Grupa po raz pierwszy zaatakowała w 4 grudnia 1957 r., napadając na Krystynę Wawerek, kasjerkę sklepu obuwniczego „Chełmek” w Warszawie. Sprzedawczynię napadnięto na tyłach powstającego w tamtym czasie kina Luna u zbiegu Marszałkowskiej i alei Wyzwolenia. Kasjerka wspólnie ze znajomym Zenonem Wolskim nieśli do skarbca na ulicy Bagatela worek z utargiem – 118 tys. zł. Bandyci bez słowa próbowali wyrwać mężczyźnie worek, ale ten, odznaczający się niepospolitą krzepą, nie chciał oddać pieniędzy. Wtedy jeden z napastników strzelił mu pod nogi. Dopiero wówczas Wolski wypuścił worek.

Był mózgiem „skoku stulecia”. Łowcy Głów zatrzymali Grzegorza Ł.

Poznańscy Łowcy Głów zatrzymali na Ukrainie Grzegorza Ł., współtwórcę tzw. „skoku stulecia”. W 2015 r. fałszywy konwojent ukradł ok. 8 mln zł...

zobacz więcej

To była jedna z charakterystycznych cech grupy – podczas napadu nigdy nie odzywali się do swoich ofiar, ani nie rozmawiali między sobą. Ich głosy pozostawały więc nieznane. Inną było to, że zawsze atakowali w ciemności i z zaskoczenia. Ich twarze zarówno ofiarom jak świadkom trudno było rozpoznać, choć nigdy nie używali kominiarek, ani czarnych pończoch.

Niezarejestrowana broń

Pierwszy – znany milicji – napad tej szajki był zarazem jedynym, podczas którego sprawcy nikogo nie zabili. W innych ofiary śmiertelne stały się ich zbrodniczą wizytówką. Jednakże dzięki temu jednemu strzałowi oddanemu podczas pierwszego napadu oraz łusce milicja złapała trop podczas śledztwa po napadzie pod Domem pod Orłami. Łuska pochodziła z niezarejestrowanego pistoletu wojskowego TT, wzór 33.

Po raz drugi zaatakowali po półtora roku przerwy. Późnym wieczorem 4 kwietnia 1959 r. na skarpie prowadzącej do Rynku Mariensztackiego znaleziono martwego plutonowego MO Zygmunta Kiełczkowskiego. Milicjant został najpierw raniony nożem, a potem dobity strzałem w głowę. Sprawcy zastrzelili go z pistoletu TT – tego samego, którego użyto w napadzie na kasjerkę „Chełmka”. Wiele wskazywało na to, że zdobycie broni i magazynków z nabojami było jedynym celem napadu na plutonowego. Właśnie wtedy zdobyli P-64. Śledczy byli przekonani, że bandyci przygotowują się do popełnienia kolejnej zbrodni.

Ich przewidywania się potwierdziły. Późnym wieczorem 1 czerwca 1959 r., ta sama grupa zaatakowała konwój przewożący pieniądze z urzędu pocztowego nr 57 przy Alei Armii Ludowej. Sprawcy strzelali bez ostrzeżenia. Postrzelili w twarz strażnika, który przeżył, zaś konwojenta Łukasza Czeczunia bandyci zabili strzałem w głowę i zbiegli, zabierając ponad 666 tys. zł oraz należący do strażnika pistolet maszynowy PPSz, tzw. „pepeszę”. Napastnicy nie dawali o sobie znać przez ponad pięć lat. Jeśli ich jedynym motywem była chęć zdobycia pieniędzy, ponownie uderzyli dopiero 22 grudnia 1964 r. przed Bankiem Pod Orłami.

Sprawców nigdy nie wykryto. Jedna z hipotez mówi, że śledczy złapali ich. Ponieważ byli to dawni funkcjonariusze UB, aby uniknąć kompromitacji służb, władze zdecydowały się bez procesu zlikwidować po cichu bandytów. Oficjalnie twierdzono, że śledztwo utknęło w martwym punkcie.

źródło:
Zobacz więcej