Dwa lata po zamachu w Berlinie polski spedytor wciąż czeka na odszkodowanie

W grudniu 2016 r. zamachowiec Anis Amri wykorzystał ciężarówkę jako swą terrorystyczną broń, rozjeżdżając na śmierć 11 osób i raniąc ponad 70 innych (fot. REUTERS/Hannibal Hanschke)

W dwa lata po zamachu na jarmark bożonarodzeniowy w Berlinie polski spedytor Ariel Żurawski zawiesił na razie starania o odszkodowanie z Niemiec. – Jest to jak walka Dawida z Goliatem – powiedział agencji dpa, która opisała całą sprawę.

Rodziny ofiar zamachu w Berlinie krytykują Angelę Merkel. Piszą list otwarty

Rodziny ofiar ubiegłorocznego zamachu na jarmark bożonarodzeniowy w Berlinie zarzuciły szefowej rządu, że swym postępowaniem przyczyniła się do tej...

zobacz więcej

Polak wystąpił do niemieckich władz m.in. o rekompensatę za zezłomowaną już ciężarówkę, którą zamachowiec Anis Amri wykorzystał 19 grudnia 2016 r. jako swą terrorystyczną broń, rozjeżdżając na śmierć 11 osób i raniąc ponad 70 innych. Wcześniej zastrzelił polskiego kierowcę pojazdu i zarazem kuzyna Żurawskiego, 37-letniego Łukasza U.

Przedsiębiorca z Sobiemyśla koło Szczecina uważa, że jego żalowi po utracie bliskiego krewnego, pierwszej ofiary największego jak dotąd zamachu terrorystycznego o motywacji islamistycznej w Niemczech, nie da się zadośćuczynić finansowo. Natomiast swe straty materialne związane z kasacją niemal nowej ciężarówki oszacował na około 90 tys. euro. – Dla mnie to mnóstwo pieniędzy – zaznaczył w rozmowie z dpa.

Łukasz U. pozostawił żonę i dziecko, którzy w dwa lata po tragedii znów jakoś sobie radzą – ocenił Żurawski. – Nie można zawrócić czasu – przyznaje nieco ściszonym głosem, ale jego ton znów się podnosi, gdy mówi o traktowaniu poszkodowanych przez niemieckie władze.

Jak pisze dpa, firma Żurawskiego pokonała już największe finansowe tarapaty, niemniej nie może on zrozumieć, dlaczego Niemcy nie zrekompensowały dotąd szkody, jaką poniósł.

– Nie chcę się przecież wzbogacić – podkreślił dodając, że dla państwa tak bogatego jak Niemcy odszkodowanie powinno być sprawą honoru, ale wypłacono mu dotąd tylko nawiązkę za straty moralne w kwocie 10 tys. euro.

Postępowanie Berlina uznał za „bardzo nieładne”, co według niego jest łagodnym sformułowaniem. – Nie jestem przecież w niczym winny temu zamachowi – wskazał, wyrażając przy tym rozgoryczenie, że jest traktowany przez Niemcy niesprawiedliwie i to „tylko dlatego, że jest Polakiem”.

Pozytywnie ocenił natomiast pomoc polskich władz. Wzięły one na siebie koszty sprowadzenia ciała Łukasza U. do Polski i jego pogrzebu, na którym obecny był także prezydent Andrzej Duda, podczas gdy strona niemiecka nie przysłała żadnego oficjalnego przedstawiciela. Polski rząd przyznał rodzinie kierowcy rentę specjalną.

Amri zabił polskiego kierowcę strzałem w głowę. Polak się nie bronił

Niemiecka prokuratura podała ustalenia dotyczące zamachu przeprowadzonego przed Bożym Narodzeniem w Berlinie. Tunezyjczyk Anis Amri, który wjechał...

zobacz więcej

Zdaniem Żurawskiego pełnomocnicy rządu Niemiec do spraw ofiar berlińskiego zamachu – socjaldemokraci Edgar Franke i jego poprzednik na tym stanowisku Kurt Beck – nie sprostali postawionym im zadaniom. Mimo zapewnień Becka, nie jest prawdą, że to za jego sprawą spółka Scania zrezygnowała z należnych jeszcze rat za leasing, a koncern Thyssen-Krupp z domagania się zwrotu wartości załadowanych na ciężarówkę stalowych blach, które zardzewiały. Jak twierdzi polski przedsiębiorca, obie firmy ugięły się raczej pod naciskiem mediów.

Żurawski zaprzestał na razie starań o niemieckie odszkodowanie, bo również jego adwokat uważa, że teraz nie ma to żadnego sensu. – Dopóki w Niemczech nie zostanie zamknięte śledztwo, nie mam szans na osiągnięcie czegokolwiek. To jest jak walka Dawida z Goliatem – ubolewa polski przedsiębiorca.

Niemieckie władze śledcze nadal badają, dlaczego Amri, który po zamachu zbiegł do Włoch i zginął tam od kul policjantów, nie został w Niemczech zawczasu aresztowany, choć uważano go za niebezpiecznego islamistę.

źródło:

Zobacz więcej