Chcieli obalić rząd i zabić premiera. Wcześniej szpiegowali w Polsce

Byli żołnierze specnazu przygotowali pucz w Czarnogórze (fot. Pixabay/Alexsandr31)

Historia spektakularna, niczym z najlepszych szpiegowskich powieści. I równie spektakularna klapa. Próba dokonania puczu w jednym z bałkańskich państw była zapowiedzią całej serii wpadek, jaką rosyjski wywiad wojskowy znany pod skrótem GRU zaliczył w ostatnim czasie. Choć od tamtej operacji minęły już dwa lata, na jaw wychodzą kolejne fakty obciążające Moskwę.

Rosjanie chcieli zabić premiera Czarnogóry? Rewelacje gazety „Daily Telegraph”

Rosja próbowała w 2016 roku zorganizować zamach na ówczesnego premiera Czarnogóry Milo Djukanovicia – twierdzi brytyjski dziennik „Daily...

zobacz więcej

Dziesiątego grudnia rosyjskie agencje prasowe – powołując się na źródła w wojsku – podały, że kilka dni wcześniej prezydent oficjalnie nominował na naczelnika Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskich wiceadmirała Igora Kostiukowa. Główny Zarząd to nic innego jak wywiad wojskowy Rosji, znany powszechnie pod skrótem starej nazwy: GRU.

Kostiukow zasłużył się zwłaszcza w Syrii, ale jego nazwisko wypłynęło też wcześniej przy okazji innej sprawy. To opowieść o tym, jak rosyjski wywiad, wykorzystując weteranów walk w Donbasie, próbował przeprowadzić pucz w Czarnogórze, aby nie dopuścić do wstąpienia tego kraju do NATO.

GRU i ucieczka z sądu

Okazuje się, że nowy szef GRU szkolił się w kuźni kadr wywiadu wojskowego, uczelni nazywanej przez ludzi służb „Konserwatorium”, na jednym roku z niejakim Eduardem Szyszmakowem. Szyszmakow to oficer GRU, sądzony obecnie w Czarnogórze za spisek mający na celu obalenie legalnych władz. Sądzony zaocznie i poszukiwany przez Interpol – od dwóch lat. Sądzony zaocznie jest też inny oficer GRU. Dopiero niedawno udało się ustalić jego tożsamość. Śledztwo nie tylko się toczy, ale zatacza coraz szersze kręgi. Proces zaś nieoczekiwanie skomplikował relacje Czarnogóry z Serbią – gdy na teren ambasady tej drugiej uciekła jedna z oskarżonych osób.

Pod koniec listopada Czarnogóra wezwała ambasadora Serbii w Podgoricy po tym jak 23 listopada podejrzana w procesie dotyczącym nieudanego puczu w 2016 r. Branka Milić uciekła do serbskiej placówki dyplomatycznej. Kobieta wyszła z sali sądowej podczas przesłuchania, twierdząc, że jej prawa są naruszane. Sąd nakazał zatrzymanie jej, ale zdążyła uciec na teren serbskiej ambasady. Milić ma podwójne obywatelstwo, czarnogórskie i serbskie. Została zatrzymana w październiku 2017 r. Jest jedną z 14 oskarżonych w procesie dotyczącym spisku mającego na celu obalenie legalnego rządu w październiku 2016 r.

Nie żyje szef GRU. „Odszedł wierny syn Rosji”

Nie żyje gen. Igor Korobow, szef Głównego Zarządu Wywiadowczego Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej (GRU). Rosyjskie agencje...

zobacz więcej

Władze czarnogórskie twierdzą, że serbscy i rosyjscy nacjonaliści chcieli siłą zająć parlament w noc po wyborach, zamordować premiera Milo Djukanovicia oraz zainstalować prorosyjski rząd, który zablokuje wejście kraju do NATO. Organizatorami puczu było dwóch oficerów rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU. Obaj zostali już zidentyfikowani.

Spisek obejmował jednak dużo więcej ludzi, niż oskarżoną formalnie czternastkę. W siatce byli agenci rosyjskich służb, prawicowi ekstremiści z sąsiedniej Serbii oraz działacze czarnogórskiej opozycji. Zdaniem śledczych w noc poprzedzającą pucz do Czarnogóry z Serbii wjechało nielegalnie około 50 agentów GRU – mieli zapewnić puczystom wsparcie.

Serbskie Wilki w Podgoricy

Czarnogóra to maleńki, liczący zaledwie 600 tys. mieszkańców, bałkański kraj leżący nad Adriatykiem. Tradycyjnie przyjazny Rosji i Rosjanom, a po ogłoszeniu niepodległości i zerwaniu związków państwowych z Serbią, prawdziwy raj dla rosyjskich turystów i inwestorów. Moskwa wiązała z Czarnogórą poważne plany: chodziło o geograficzne położenie kraju. A dokładniej o możliwość korzystania z czarnogórskich portów. We wrześniu 2013 r. rosyjski rząd prosił nawet o spotkanie w resorcie obrony Czarnogóry w celu omówienia możliwości okresowych pobytów rosyjskich okrętów wojennych w portach Bar i Kotor. Jednak premier Milo Djukanović odmówił, zaś niedługo potem rząd w Podgoricy postawił jednoznacznie na Zachód – składając wniosek o akcesję do NATO. Moskwa nie mogła się z tym pogodzić.

Pierwsze groźby rosyjskich polityków zaczęły się pojawiać już na początku 2015 r. Djukanović nie ulegał presji – pozostała więc tylko jedna możliwość: pozbyć się Djukanovicia. Przygotowania do operacji ruszyły na początku 2016 r. Kluczowe role mieli odegrać serbscy nacjonaliści. Wszystko zaplanował wywiad wojskowy GRU. 16 października 2016 r. w Czarnogórze miały się odbyć wybory parlamentarne. Stawka była ogromna. Gdyby wygrał obóz Djukanovicia, wejście kraju do NATO byłoby już tylko formalnością.

Do sąsiedniej Serbii przylecieli dwaj Rosjanie legitymujący się paszportami na nazwiska Eduard Szyrokow i Władimir Popow. To oni nadzorowali i koordynowali całą operację. Człowiekiem, który miał zorganizować grupę puczystów był Aleksandar Sindjelić, lider związanej z gangiem Nocnych Wilków paramilitarnej grupy Serbskie Wilki. Nacjonalista i wróg NATO, weteran walk w Donbasie po rosyjskiej stronie. On też był jedynym łącznikiem między Rosjanami a siatką spiskowców.

GRU chciało obalić ówczesnego premiera, a obecnie prezydenta Czarnogóry Milo Djukanovicia (fot. Wiki)

Polski urzędnik oskarżony o szpiegowanie dla GRU

Były urzędnik w Ministerstwie Gospodarki Marek W. został oskarżony o współpracę z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU – dowiedział się portal...

zobacz więcej

W Belgradzie Sindjelić zwerbował weteranów serbskiej policji: Mirko Velimirovicia i Bratislava Dikicia. 45-letni Velimirović dostał 30 tys. euro, za które miał zakupić broń i amunicję oraz wynająć w Podgoricy dom – kwaterę dla puczystów.

Werbunkiem ochotników w środowisku serbskich nacjonalistów i weteranów zajął się z kolei Bratislav Dikić, ps. Nikola, 48-letni były dowódca jednostki specjalnej serbskiej żandarmerii. Pod koniec lat 90. walczył w Kosowie, a potem z albańskimi separatystami w Dolinie Preszewa. Stał na czele serbskiej żandarmerii od 2009 do 2013. Potem zaczął się pojawiać na demonstracjach przeciwników NATO.

Zaszyfrowane telefony

Sindjelić, Velimirović i Dikić komunikowali się ze sobą tylko przez zaszyfrowane telefony, otrzymane od Rosjan. Udało się zwerbować grupę około 20 ludzi. To oni mieli w kluczowym momencie wtargnąć do czarnogórskiego parlamentu i otworzyć ogień do demonstrantów. Ale nie mniej ważną rolę w zaplanowanej przez GRU operacji miała odegrać czarnogórska opozycja – choć do dziś nie wiadomo do jakiego stopnia jej liderzy zdawali sobie sprawę, że są rozgrywani i wykorzystywani przez Rosjan. Ugrupowanie Front Demokratyczny zostało założone przez opozycję złożoną w dużej mierze z serbskich nacjonalistów, rusofili i różne środowiska wrogie NATO.

Sondaże wskazywały, że faworytem wyborów jest rządząca DPS. Scenariusz przewidywał, że w dzień poprzedzający głosowanie Front wezwie zwolenników opozycji na wiec przed parlamentem w wieczór wyborczy. Gdy pojawią się pierwsze wyniki, Front ogłosi, że to on wygrał wybory (gdyby exit polls wskazywały na wygraną DPS, opozycja miała twierdzić, że wyniki sfałszowano), a jeden z liderów opozycji wezwie tłum do szturmu na parlament.

W tym momencie swoją rolę mieli odegrać uzbrojeni spiskowcy. Część z nich miała się wmieszać wcześniej w tłum, pozostali byli przebrani w mundury czarnogórskiej policji. Podczas gdy część spiskowców wdzierałaby się do budynku, ci przebrani za policjantów mieli otworzyć ogień do tłumu, co z pewnością skończyłoby się masakrą. Puczyści mieli zająć parlament, w ogólnym zamieszaniu zamordować premiera Djukanovicia, zaś Front Demokratyczny ogłosiłby przejęcie władzy.

Prostytutki i narkotyki. Jak oficerowie GRU „zwiedzali” Wielką Brytanię

Pojawiło się nowe świadectwo pobytu w Wielkiej Brytatnii Aleksandra Pietrowa i Rusłana Boszirowa, Rosjan podejrzanych o próbę zamordowania...

zobacz więcej

Nie wiadomo, czy ten scenariusz udałoby się zrealizować, bo cztery dni przed „godziną zero” spiskowców zdradził Velimirović. Poszedł na posterunek czarnogórskiej policji i o wszystkim opowiedział. Służby uderzyły w noc poprzedzającą wybory: aresztowano 20 niedoszłych puczystów (głównie obywateli Serbii) i skonfiskowano 50 karabinów, 50 pistoletów i duże ilości amunicji. Ale dwaj Rosjanie zniknęli.

Ratunkowa misja Patruszewa

Rozpoczęły się intensywne przesłuchania. Najwięcej miał do powiedzenia Sindjelić. To on opowiedział, jak kilka miesięcy wcześniej skontaktowali się z nim „rosyjscy nacjonaliści”, których poznał podczas walk w Donbasie jeszcze w latach 2014-2015. Zaprosili go do Moskwy. 26 września Serb wylądował w stolicy Rosji. Ku jego zaskoczeniu jeden z Rosjan czekał na niego już przy trapie samolotu.

Wyszli z lotniska bez kontroli paszportowej (chodziło o to, by po wizycie Sindjelicia nie pozostał żaden ślad). W apartamencie jednego z hoteli czekał drugi z Rosjan. Gospodarze przedstawili się jako Eduard Szyrokow i Władimir Popow – i poinformowali Sindjelicia, że działają w imieniu rosyjskich służb. Nie mieli problemu, by przekonać Serba do planu przewrotu w Czarnogórze, który przedstawili mu w najmniejszych detalach (mieli na przykład niezwykle szczegółowy plan budynku parlamentu i informacje o wszelkich jego zabezpieczeniach).

Prowadzący dochodzenie specjalny prokurator Milivoje Katnić wiedział jednak, że zeznania Sindjelicia to za mało, by oskarżyć Rosję o udział w spisku. Klucz do sprawy spoczywał w Belgradzie. Serbowie zgodzili się pomóc. 24 października 2016 r. zatrzymali trzech obywateli Rosji. Podczas rewizji znaleziono mundury czarnogórskiej policji, 122 tys. euro w gotówce i oprogramowanie szyfrowanej łączności telefonicznej. W Moskwie wybuchła panika. Gdyby Serbia wydała agentów GRU Czarnogórze, doszłoby do katastrofy. Proces oficerów wywiadu wojskowego, którzy zorganizowali próbę przewrotu w obcym państwie – nietrudno wyobrazić sobie konsekwencje polityczne.

Nic dziwnego że dwa dni później w Belgradzie wylądował samolot z sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Rosji gen. Nikołajem Patruszewem na pokładzie. Ten były szef FSB to najbardziej zaufany siłowik Putina, nadzoruje działalność wszystkich służb specjalnych Rosji. Patruszew zapewnił Serbów, że zatrzymani rodacy to radykalni nacjonaliści, że działali na własną rękę, i żeby z uwagi na przyjaźń łączącą Moskwę z Belgradem wypuścić tych „awanturników”. Trudno powiedzieć, czy Serbowie w to uwierzyli. Chyba raczej chcieli pozbyć się kłopotu – i dostali pretekst. Dzień po wyjeździe Patruszewa, Rosjanie też zostali zwolnieni i wrócili do kraju.

Prezydent Rosji Władimir Putin nominował wiceadmirała Igora Kostiukowa na szefa GRU (fot. Kremlin.ru)

Czarnogóra krok od NATO. „Po prostu” sprawdza, co na to Rosja

– Rosja ma problem z polityką otwartych drzwi i jest jej przeciwna. Dlatego na naszą akcesję do NATO zareagowała nerwowo – powiedział w programie...

zobacz więcej

Wydawało się, że Moskwie udało się ugasić pożar. Kluczowi dla sprawy Rosjanie po prostu zniknęli. Któż mógł teraz ważyć się publicznie wiązać państwo rosyjskie z próbą puczu w Czarnogórze? Bomba wybuchła 19 lutego 2017 r. Prokurator Katnić publicznie oskarżył „organy państwa rosyjskiego” o próbę obalenia władz Czarnogóry. Niedługo potem ujawnił w telewizji, że na czele spisku stał, według wiedzy śledczych, „rosyjski wojskowy wywiadowca pułkownik Eduard Szyszmakow”.

Po drodze była Polska

Jak udało się zidentyfikować Rosjanina, który pod koniec października 2016 r. wsiadł do samolotu do Moskwy i zniknął bez śladu, oraz dzięki temu połączyć rosyjskie państwo z próbą puczu w Czarnogórze? Serbski kontrwywiad przekazał operacyjne zdjęcia ze spotkania Sindjelicia z agentem GRU w belgradzkim parku Czarnogórcom, a ci przekazali je dalej służbom zachodnim. I to ABW rozpoznała na zdjęciach Rosjanina. Bo był doskonale znany polskiemu kontrwywiadowi.

Eduard Szyszmakow (ur. 1971) pochodzi z rodziny oficera sowieckiej armii. Po nauce w Czarnomorskim Instytucie Marynarki Wojennej w Sewastopolu, przeszedł przez Akademię Wojskowo-Dyplomatyczną Ministerstwa Obrony FR, znaną w slangu GRU jako „Konserwatorium”. Uczelnia specjalizuje się w przygotowaniu wojskowych dyplomatów (attaché) i pracowników wywiadu wojskowego. Szyszmakow był na tym samym roku, co świeżo upieczony naczelnik GRU, Igor Kostiukow oraz Siergiej Zapadajew, dowódca jednostki nr 62986, zidentyfikowany jako kluczowy oficer GRU podczas operacji rosyjskiej w Donbasie.

W 2012 r. Szyszmakow trafił na placówkę w Warszawie – został attaché marynarki wojennej. Rzecz jasna przede wszystkim wypełniał zadania wywiadowcze. Nie robił tego dość ostrożnie, bo w listopadzie 2014 r. został ogłoszony persona non grata i wydalony z Polski. Szyszmakow miał zwerbować oficera polskiego pracującego w Ministerstwie Obrony Narodowej. Za przekazywanie GRU za pieniądze danych na temat personelu wojskowego w Polsce, podpułkownik ten został skazany w maju 2016 r. na osiem lat więzienia. Szyszmakow zwerbował też i prowadził prawnika Stanisława Sz. – aresztowanego w październiku 2014 r. za szpiegostwo gospodarcze na rzecz GRU (informacje dotyczące polskiego sektora energetycznego). W 2016 r. Szyszmakow dostał nowy paszport, na nazwisko Szyrokow (imienia nawet nie zmieniono) i zajął się operacją czarnogórską.

Wpadki GRU. Kiepski kabaret czy szatańska intryga? [OPINIA]

Czy oficerowie GRU są amatorami? Czy wywiad rosyjski stał się tak nieudolny? A może to wielopoziomowa operacja dezinformacyjna na niespotykaną...

zobacz więcej

Werbunek po studiach

Dłużej trwało ustalenie danych drugiego „opiekuna” spiskowców. Znano go jako Władimira Popowa. Na takie nazwisko wystawiony był paszport, którym Rosjanin posłużył się w Serbii. Musiały jednak minąć aż dwa lata, zanim zidentyfikowano towarzysza Szyszmakowa vel Szyrokowa. W listopadzie dziennikarze śledczy z The Insider i Bellingcat ogłosili, że to Władimir Moisiejew (ur. 1980). GRU zwerbowało go po ukończeniu studiów w syberyjskim Tiumeniu.

Najpierw trafił do specnazu (45. pułk) i brał udział w wojnie z Gruzją w 2008 roku. W latach 2012-2016 dużo podróżował po Europie z paszportem wystawionym na nazwisko Władimir Popow, pod przykryciem dziennikarza i fotoreportera pracującego dla specjalistycznego wydawnictwa w sektorze ubezpieczeń. Najwięcej odwiedzał Ukrainę, Mołdawię i Bułgarię. Wiadomo też, że Moisiejew vel Popow był w Polsce akurat wtedy, gdy wydalano jego późniejszego wspólnika z Czarnogóry, Szyszmakowa. W końcu trafił do Serbii w 2016 roku.

Jest jeszcze jeden podejrzany. To Nikita Minin – i jest to jego prawdziwe nazwisko. Nie został oskarżony jak Szyszmakow i Moisiejew. Ale to on był tym trzecim zatrzymanym przez Serbów w październiku 2016 r. Rosjaninem. Dalej pracuje w sektorze ubezpieczeń, tam, gdzie pracował też Moisiejew. Jego rola w czarnogórskiej operacji nie jest jasna. Nie ma jednak przeciw niemu dowodów go obciążających, choć wiadomo, że też jest z GRU. Co więcej, służył w tej samej jednostce specnazu, co Moisiejew. Obaj współpracowali też w Donbasie, a wcześniej, w styczniu 2014 roku odnotowano ich pobyt w ukraińskiej Odessie.

Szyszmakow i Moisiejew są już „spaleni”, jeśli chodzi o działalność wywiadowczą poza granicami Rosji, zaś operacja na Bałkanach chyba na dobre przekreśliła ich kariery. Czarnogóra w czerwcu 2017 r. została 29. członkiem NATO. Dziś stara się o wejście do Unii Europejskiej. Były premier Milo Djukanović został wybrany na prezydenta.

Śledztwo ws. puczu nadal się toczy. Jednocześnie jednak Front Demokratyczny pozostaje jedną z największych sił opozycji w kraju i wciąż ma potencjał destabilizacji sytuacji w kraju – choć dwaj jego liderzy, Andrija Mandić i Milan Knežević, trafili na ławę oskarżonych.

źródło:
Zobacz więcej