Mikołajkowa szansa na pokój w Jemenie

Demonstracja w Bejrucie przed ambasadą Arabii Saudyjskiej (fot. PAP/EPA/WAEL HAMZEH)

W Jemenie z całą pewnością nie obchodzi się dnia świętego Mikołaja, gdyż chrześcijanie stanowią tam zaledwie jeden promil 28-milionowej populacji. Ale mimo to jemeńskie dzieci zasługują na najbardziej potrzebny im prezent: koniec wojennego koszmaru. 6 grudnia w Sztokholmie rozpoczęły się prowadzone pod auspicjami ONZ rozmowy pokojowe ws. trwającej już prawie cztery lata wojny.

ONZ alarmuje: Co drugi mieszkaniec Jemenu zagrożony głodem

Zastępca sekretarza generalnego ONZ ds. humanitarnych Mark Lowcock ostrzegł na forum Rady Bezpieczeństwa, że wkrótce około 14 mln ludzi, czyli...

zobacz więcej

Haniebne ignorowanie tragedii

Wojna w Jemenie to jedna z najbardziej haniebnych kart dla cywilizowanego świata i jego opinii publicznej. Fakt, że liczba uchodźców z tego kraju nie jest stosunkowo duża (niespełna 300 tys.), a poza tym tylko znikomy ich procent ruszył do Europy podczas gdy większość pozostaje w regionie, powoduje, że temat jemeńskiej wojny rzadko gości w mediach. Pozwalało to wielu krajom, których przywódcy w innych wypadkach mają usta pełne pięknych słów o prawach człowieka i trosce o biedne dzieci zagrożone wojną, głodem czy biedą, bez skrupułów sprzedawać broń jednej z walczących stron.

Niektórzy z cyniczną szczerością przyznawali przy tym, że jeśli oni z tego zrezygnują, to zrobi to kto inny. Może to i racja, może biznes jest biznes, ale skoro w tej kwestii panowało tak powszechne przyzwolenie na „real politik” mimo potwornej katastrofy humanitarnej, w tym cierpienia milionów dzieci, to jak te same osoby mogą następnie odgrywać rolę zatroskanych losem ofiar innych wojen?

Widocznie jednak mogą, bo to robią. Widocznie jemeńskie dzieci są jakieś gorsze. W sierpniu tego roku szef brytyjskiej dyplomacji Jeremy Hunt, komentując usmażenie żywcem 33 dzieci w szkolnym autobusie w wyniku saudyjskiego nalotu, stwierdził, że jest zszokowany tym zdarzeniem. Szybko jednak dodał, że jego kraj nie zmieni swojej polityki wobec Arabii Saudyjskiej. Wielka Brytania jest bowiem jednym z głównych partnerów militarnych Saudów, sprzedaje im broń, a w saudyjskich centrach dowodzenia, z których dokonywane są ataki na Jemen, siedzą brytyjscy doradcy.

Hunt dodał, że Saudowie są bardzo ważnym partnerom w zwalczaniu islamskiego ekstremizmu i gdyby nie oni, to na ulicach Wielkiej Brytanii terroryści detonowaliby bomby. Trudno o większy ekstremizm islamski niż wahabizm, który jest ideologicznym fundamentem dżihadystycznego terroru, ale mniejsza z tym, nie jest to tematem tego artykułu. Za to coś zgrzyta, gdy później ten sam minister i jego pani premier martwią się o syryjskie dzieci.

W lutym papież odwiedzi Zjednoczone Emiraty Arabskie

Franciszek w dniach 3-5 lutego 2019 r. odwiedzi Abu Zabi. Papież przyjął zaproszenie następcy tronu emiratu Abu Zabi, szejka Muhammada ibn Zajida...

zobacz więcej

Bezprecedensowa katastrofa humanitarna

Bilans niemal czterech lat wojny w Jemenie jest taki, że ponad 22 mln osób, czyli prawie 80 proc. populacji tego kraju, potrzebuje pomocy humanitarnej. Ponad 2 mln to tzw. osoby wewnętrznie przesiedlone (IDP), a w wyniku działań wojennych zginęło prawie 100 tys. cywilów.

Walki to jednak nie jedyny problem. W Jemenie panuje głód, który niektórzy porównują do tego na Ukrainie w latach 30. ubiegłego wieku. Ocenia się, że z tego powodu zmarło już co najmniej 85 tys. dzieci. Klęska głodu wynika głównie z wojny, ale pojawiają się również opinie, że przyczyniły się do tego uprawy qatu, czyli narkotyzującego zielska, które żują czasem już dzieci. Qat zabija zmęczenie i poczucie głodu. Ale to jeszcze nie wszystko. W październiku 2016 r. wybuchła epidemia cholery, na którą to chorobę zmarło już prawie 2,5 tys. Jemeńczyków, a zarażonych jest co najmniej 600 tys.

Jemeńska wojna jest częściowo pokłosiem tzw. arabskiej wiosny, czyli poniekąd jest to podobna sytuacja jak w przypadku wojny domowej w Syrii czy Libii. Tyle, że w przeciwieństwie do tamtych konfliktów ten jemeński został w 2015 r. oficjalnie umiędzynarodowiony. W marcu 2015 r., po ucieczce prezydenta Jemenu Abdrabuha Hadiego z tego kraju do Arabii Saudyjskiej, rozpoczęła się międzynarodowa interwencja zbrojna, której celem było przywrócenie do władzy obalonego prezydenta. Na czele koalicji stanęła Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, które ogłosiły, że jest to operacja antyterrorystyczna przeciwko Ruchowi Husich.

To właśnie ta organizacja obaliła Hadiego i przejęła kontrolę nad większością zamieszkanego terytorium kraju (część Jemenu to bowiem pustynia), w tym nad stolicą Saną oraz (przejściowo) nad drugim co do wielkości miastem tego kraju – Adenem. Saudyjsko-emiracką interwencję poparły też min. USA i Wielka Brytania, natomiast Husich wspierał Iran, choć nigdy tego oficjalnie nie przyznał. Żeby wszystko jeszcze bardziej skomplikować wkrótce do Jemenu wrócił też obalony w 2012 r. na fali arabskiej wiosny ex-prezydent Ali Abdullah Saleh, który też postanowił upomnieć się o swoją utraconą władzę. Pełni szczęścia w kraju, który w starożytności znany był jako Arabia Felix (Arabia Szczęśliwa) dopełnili południowojemeńscy separatyści, Al-Kaida oraz Państwo Islamskie.

Jemen: Huti skłonni do zawieszenia broni

Kontrolujący dużą część terytorium Jemenu rebelianci Huti ogłosili w niedzielę, że są skłonni do zawieszenia broni z wojskami rządowymi, jeśli...

zobacz więcej

Przywracanie nadziei w wersji saudyjskiej

Arabia Saudyjska nazwała swoją interwencję w Jemenie mianem „Decydującej Burzy”. Jak sama nazwa wskazuje, miała ona być krótka i zakończyć się niekwestionowanym zwycięstwem. Rzeczywiście, po trzech tygodniach zostało ono ogłoszone, choć koalicja zdołała jedynie wyprzeć Husich z Adenu oraz zdobyć kontrolę nad strategiczną cieśniną Bab al-Mandeb, łączącą Zatokę Adeńską z Morzem Czerwonym. Trzeba było jednak robić dobra minę do złej gry, zwłaszcza że głównym reżyserem tego przedstawienia był młody, ambitny, bezwzględny i uparty Mohammed bin Salman.

W styczniu 2015 r., dwa miesiące przed rozpoczęciem wojny, jego ojciec Salman wstąpił na tron i uczynił tego 29-letniego wówczas księcia ministrem obrony. Bardzo szybko MBS, jak jest popularnie określany, przejął pełnię władzy w królestwie, co przypieczętowane zostało mianowaniem go następcą tronu. W kwietniu 2015 r. ogłosił on drugi etap tej wojny, nazwany (o zgrozo) „Przywracanie Nadziei”.

Konflikt w Jemenie jest też tzw. „wojną zastępczą (proxy)” między Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi z jednej strony a Iranem z drugiej. Stąd, zgodnie z logiką sojuszy, USA i Wielka Brytania stanęły zdecydowanie po stronie arabskiej koalicji zwalczającej Husich. Jednak cały konflikt ma zdecydowanie głębsze korzenie.

Jemen od pocz. XVIII wieku do 1990 r. był podzielony na część północną i południową. Północ do 1962 r. rządzona była przez zajdyckich imamów. Zajdyci to odłam szyitów, który jednak do końca lat 70. XX wieku miał więcej wspólnego z miejscowymi jemeńskimi sunnitami niż z irańskimi szyitami (tzw. imamitami). Południe natomiast było najpierw niezależnym sułtanatem, potem kolonią brytyjską, a na koniec „republiką ludową”, pozostającą w bloku sowieckim.

W 1978 r., z pomocą saudyjską, do władzy doszedł Ali Abdullah Saleh, który postanowił odwdzięczyć się sąsiedniemu królestwu za wsparcie i pozwolił otwierać w Jemenie wahabickie szkoły. Saleh sam pochodził z zajdyckiej rodziny, ale bardziej był przywiązany do władzy niż do swojej tożsamości. Tymczasem sunnicki islam w Jemenie do tego czasu różnił się diametralnie od dominującej w Arabii Saudyjskiej wahabickiej sekty, która u swego zarania przypominała (zarówno pod względem idei jak i czynów) znane z ostatnich lat Państwo Islamskie.

Susza w Afganistanie. Miliony osób zagrożonych głodem

Przeszło trzem milionom mieszkańców Afganistanu grozi głód i nie jest to wyłącznie następstwo konfliktu zbrojnego, który trwa w kraju, lecz...

zobacz więcej

Wahabizm zmienia jemeński islam

Islam zaczął się zmieniać w Jemenie. Reakcją na wahabickie szkoły była radykalizacja zajdytów, którzy po rewolucji islamskiej w Iranie w 1979 r. coraz bardziej zaczęli spoglądać na nową Islamską Republikę Iranu jako na wzór do naśladowania. Na takim gruncie w 1992 r. zrodził się ruch Husich, prowadzący na północy Jemenu wojnę partyzancką przeciw Salehowi. Tymczasem w 1990 r. doszło do zjednoczenia obu części Jemenu, z utrzymaniem dominującej roli północy oraz zachowaniem dyktatury Saleha. Dekadę później na południu zagnieździła się natomiast al-Kaida, a w 2011 r. Bractwo Muzułmańskie (w ramach wydarzeń tzw. Arabskiej Wiosny) obaliło Saleha i doprowadziło do przejęcia władzy przez Hadiego.

Zajdyccy Husi dalej jednak prowadzili swoją wojnę. W listopadzie 2014 r. na dokładkę pojawiło się jeszcze Państwo Islamskie, które jednak nie odegrało większej roli. Natomiast Al-Kaida, korzystając z chaosu również wykroiła sobie kawałek terytorium Jemenu na południu. W kwietniu 2017 r. odrodzili się natomiast południowojemeńscy separatyści, którzy w styczniu 2018 r. przejęli kontrolę nad większością dawnej stolicy południa, Adenem.

Stało się to nie bez pomocy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, których cel w Jemenie od samego początku różnił się od planów MBS-a. O ile saudyjski książę chciał jedności Jemenu pod protektoratem saudyjskim, to ZEA liczyły, że podział kraju doprowadzi do ich dominacji nad odrodzonym Jemenem Południowym. W międzyczasie z gry wyleciał Saleh, który najpierw w 2015 r. sprzymierzył się z Husimi, ale w grudniu 2017 r. zginął w starciu z nimi.

Partyzanci w klapkach kontra sprzęt za miliony dolarów

Wojna szła MBS-owi tak źle, że latający w klapkach Husi nie tylko niszczyli wart miliony dolarów saudyjski sprzęt wojskowy kupiony od Amerykanów lub Brytyjczyków, ale wielokrotnie nacierali na należące do Arabii Saudyjskiej prowincje Nadżran i Dżizan, które zresztą do 1934 r. należały do Jemenu. Ponadto Husim udało się kilkakrotnie ostrzelać rakietami saudyjską stolicę Rijad i zaatakować uzbrojonym dronem lotnisko w Abu Zabi w ZEA. Saudyjskie wojsko pozbawione było motywacji, więc Saudowie zaczęli wykorzystywać południowoamerykańskich najemników. W czerwcu zaatakowali natomiast miasto Hudajda nad Morzem Czerwonym. ONZ i organizacje humanitarne wpadły wówczas w przerażenie, gdyż przez ten strategiczny port przechodzi niemal cała żywność i pomoc humanitarna dla północnego Jemenu. ZEA deklarowały, że przygotowane są do przesyłania do Hudajdy pomocy humanitarnej, dzięki której tamtejsi mieszkańcy nie zaczną ginąć niczym muchy ale i tak postępy saudyjsko-emirackie w ofensywie były znów mizerne.

To spowodowało intensyfikację nalotów. Do mediów zaczęły docierać zdjęcia usmażonych uczniów i dzieci wyglądających niczym kościotrupy. Brutalizacja tego etapu walk doprowadziła do tego, że USA na początku listopada zaczęły wycofywać się z wojskowego wsparcia Arabii Saudyjskiej w tej wojnie i naciskać na rozpoczęcie rozmów pokojowych.

Inicjatywę tę od razu poparło ONZ, ale początkowo walki w Hudajdzie znów się zintensyfikowały. W końcu jednak delegacje Husich i rządu Hadiego postanowiły przylecieć do Sztokholmu, by zacząć rokowania. Ich początek nie napawa jednak optymizmem, bo choć osiągnięto porozumienie w sprawie wymiany więźniów, to nie ogłoszono rozejmu. Ponadto sytuacja międzynarodowa, w szczególności napięcia między Iranem a USA i Arabią Saudyjską, nie sprzyjają znalezieniu rozwiązania w tym konflikcie.

źródło:
Zobacz więcej