Kapłan wyklęty. Ks. Toufar zapłacił życiem za cud

Podczas kazań ks. Josefa Toufara krzyż ustawiony na ołtarzu zaczął się poruszać (fot. Diecezja Hradec Kralove)

O ile władze kościelne zwykle krytycznie patrzą na domniemane cuda, o tyle komunistyczna bezpieka – niezależnie od kraju – zawsze reagowała na nie alergicznie. Gdy z niewyjaśnionych przyczyn w grudniu 1949 roku zaczął poruszać się krzyż podczas mszy, ks. Josef Toufar, proboszcz parafii we wsi Číhošt na pograniczu Czech i Moraw, zapłacił za to najwyższą cenę. Obecnie trwa jego proces beatyfikacyjny.

Skromny ksiądz, który porwał za sobą miliony. 34 lata temu SB uprowadziła Jerzego Popiełuszkę

19 października minęła 34. rocznica męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Dokładnie tego dnia w 1984 r. został on porwany przez oficerów...

zobacz więcej

Schyłek 1949 roku to był szczególny okres. Choć komuniści od roku mieli pełnię władzy politycznej w Czechosłowacji, chcieli przejąć od Kościoła katolickiego również władzę nad rządem dusz. W tym czasie była to bowiem jedna z niewielu organizacji stawiających opór, choćby bierny.

Komunistyczny dyktator Klement Gottwald chciał za wszelką cenę zgnieść wszelki opór. Chory na syfilis i uzależniony od alkoholu przywódca szykował się do bezwzględnej rozprawy w Kościołem, podobnej do tej, którą zamierzali przedsięwziąć również jego towarzysze w Polsce i innych krajach pod sowiecką okupacją. Do więzień trafiali pierwsi czescy i słowaccy biskupi.

Ironia losu

11 grudnia w sennej wsi Číhošt, leżącej około 7 km od miasta Ledeč nad Sázavou, doszło do cudownego wydarzenia, które jak na ironię pozwoliło komunistom dodatkowo zmobilizować aparat represji. Tego dnia przypadała trzecia niedziela Adwentu. Ks. Josef Toufar wygłaszał w pochodzącym z XIV wieku kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny kazanie, w którym mówił o obecności Zbawiciela w tabernakulum. Nagle drewniany krzyż stojący na ołtarzu wyraźnie się pochylił, zdawałoby się – potwierdzał słowa proboszcza.

47-letni kapłan, od roku służący parafii, nie zwrócił uwagi na ten fenomen, stał bowiem tyłem do ołtarza. Dalej odprawiał kazanie, nie przejmując się skonsternowanymi minami wiernych. Niektórzy, w tym kowal Vacláv Pospisil, po mszy podeszli do Toufara i opowiedzieli o tym, co widzieli. Duchowny początkowo zlekceważył fantastyczne opowieści, ale gdy w kolejnych dniach przychodzili kolejni parafianie i dokładnie opisywali wydarzenie, zaczął spisywać ich relacje.

Sąd Najwyższy uznał premiera Czech za agenta komunistycznej służby bezpieczeństwa

Sąd Najwyższy Słowacji odrzucił skargę czeskiego premiera Andreja Babisza w sporze ze słowackim Instytutem Pamięci Narodowej (UPN), który...

zobacz więcej

Łącznie ksiądz zebrał relacje od 19 świadków w wieku od 10 do 45 lat. Byli to zarówno dorośli, jak i dzieci. Naturalnie większość to byli ludzie wierzący, ale wśród nich znalazł się nawet – jak wyjaśnił – „prawie niewierzący”, którego coś pchnęło, żeby pójść akurat tego dnia do kościoła.

„Pochylił się najpierw, powoli, w stronę prawą – od strony ołtarza – czyli stronę czytania listów, potem z powrotem, w stronę Ewangelii – czyli prawą, patrząc od ołtarza – znów w stronę listów i z powrotem w stronę Ewangelii, by powrócić do pozycji wyjściowej. Odchylenie w stosunku do osi wynosiło, według świadków, 45-50 stopni” – opisał ksiądz zjawisko w liście do proboszcza z miasteczka Křešín ks. Jana Dvořáka. Na koniec krzyż przechylił się do przodu i zamarł.

Lotem błyskawicy

Wieści o cudzie szybko rozeszły się po okolicy, ale sam ks. Toufar – podobnie jak dzisiejsi hierarchowie – podchodził do zdarzenia dość krytycznie. Próbował tonować nastroje wiernych. „Nie da się jednoznacznie powiedzieć, że byliśmy świadkami cudu. Nie da się stwierdzić, że był to znak dobra czy zła. Wiemy tylko jedno, że Krzyż się pochylił” – powiedział podczas jednego z kazań.

Ostrożne podejście wynikało po części z jego własnych losów, droga do duchowieństwa była bowiem w jego przypadku niezwykle kręta. Na świat Josef Toufar przyszedł w rodzinie chłopskiej 14 czerwca 1902 roku na Morawach, wówczas leżących na terenie Austro-Węgier. Zdobył wykształcenie stolarza i do 26. roku życia, z wyjątkiem przerwy na odbycie zasadniczej służby wojskowej, pomagał rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa. Dopiero po ich śmierci zdecydował się zrealizować marzenie z dzieciństwa i zostać kapłanem. Święcenia przyjął w wieku 38 lat.

Gdy echo wieści o cudownym krucyfiksie zaczęło cichnąć, doszło do drugiego fenomenu. Tym razem krzyż zaczął się poruszać na oczach wiernych podczas Bożego Narodzenia. Zostało to utrwalone na zdjęciu, które na prośbę proboszcza wykonał fotograf Josef Peške z miasteczka Čáslav. Został on potem za to skazany na 13 lat więzienia.

Do niewyjaśnionego zjawiska doszło w kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Číhošti (fot. Wiki/JirkaSv)

35 lat temu zmarł maturzysta Grzegorz Przemyk - ofiara zbrodni aparatu władzy PRL

19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk zmarł w szpitalu 14 maja 1983 r. Dwa dni wcześniej został zatrzymany przez funkcjonariuszy MO, a następnie...

zobacz więcej

Kolejny „cud w Číhošti” wywołał jeszcze większe poruszenie. Do kościoła zaczęli pielgrzymować wierni z całego kraju, choć podróżowanie w tamtych ponurych czasach nie było zadaniem łatwym. Fenomenem zainteresował się także ks. Ottavio de Liva, późniejszy arcybiskup, z watykańskiej nuncjatury w Pradze.

Pretekst do wojny

Tańczący krucyfiks ściągnął niestety również uwagę komunistycznej bezpieki. Tryby morderczej machiny uruchomił policjant Antonín Goldbricht z miasta Ledeč nad Sázavou. Przesłuchał świadków i napisał pierwszy meldunek do wyższej instancji. Raport dotarł wysoko, do samego twardogłowego komunisty Gottwalda, który uznał, że zdarzenie to będzie idealnym pretekstem do wydania otwartej wojny Kościołowi.

Warto dodać, że podczas odwilży w 1968 roku Goldbricht opowiedział, jak faktycznie wyglądały oględziny. „Za zgodą proboszcza zniosłem krzyż z ołtarza i zbadałem go. Ustaliłem, że lekkie wychylenie spowodowane może być kiepskim stanem gwoździa przytrzymującego krzyż do podstawy. Zbadałem przestrzeń wokół miejsca, gdzie krzyż stał i nie dostrzegłem żadnych śladów zewnętrznej ingerencji” – relacjonował po latach.

Wkrótce o wiejskim proboszczu debatowało już Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Osobliwością mieli zająć się śledczy, zaś ich dochodzenie otrzymało najwyższy priorytet. Osobiście nadzorował je minister sprawiedliwości Alexej Čepička, prywatnie zięć Gottwalda. Wiadomo było, że sprawa nie rozejdzie się po kościach.

Mordercy w togach. Za śmierć rtm. Pileckiego nie odpowiedział nikt

Oświęcim to była igraszka – powiedział podczas ostatniego widzenia z żoną Marią rtm. Witold Pilecki. Były więzień niemieckiego obozu wiedział już,...

zobacz więcej

28 stycznia 1950 roku na parafii w Číhošti stawili się dwaj dziennikarze, którzy rzekomo chcieli zebrać materiały do reportażu na temat cudownych zjawisk. Chcieli zwiedzić kościół i poprosili ks. Toufara, żeby ich oprowadził. Okazało się jednak, że to nie żadni dziennikarze, a agenci Státní bezpečnosti (StB), czyli czechosłowackiej bezpieki, ze specjalnej jednostki 701 A. Nagle rzucili się na duchownego, pobili i zawlekli do samochodu. Żywy z rąk komunistycznych służb już się nie wydostał.

Brutalne śledztwo

Duchowny trafił do więzienia w Valdicach koło Jiczyna. Rozpoczęło się brutalne śledztwo. Czechosłowaccy śledczy dorównywali pod względem okrucieństwa swoim kolegom choćby z Polski. Kierował nimi por. Ladislav Mácha, który już przed wojną działał w partii komunistycznej. Mácha był takim sadystą, że podczas odwilży w latach 60. został wydalony ze służby za znęcanie się nad więźniami.

Bezlitosne katowanie ks. Toufara odbywało się każdego dnia, aż do utraty przez więźnia przytomności. Twardego chłopskiego charakteru nie dało się łatwo złamać. Pisemny rozkaz Osvalda Závodskego, późniejszego szefa StB, nie pozostawiał jednak wątpliwości: „Wyciągnąć z oskarżonego zeznania za każdą cenę”.

Bicie nie było zresztą jedyną torturą. Komuniści nie byli tak prymitywni jak Gestapo, korzystali z niezwykle bogatego zasobu metod opracowanych przez NKWD. Proboszcz był głodzony, dręczony brakiem snu, zaś po wielogodzinnych sesjach, wrzucano go do zimnej celi bez pryczy, gdzie spał na betonowej podłodze. Chciano, żeby podpisał przyznanie się do sfabrykowanych zarzutów wykorzystywania seksualnego dzieci oraz do skrytego poruszania krzyżem.

Samo katowanie i dręczenie duchownego nie wystarczało komunistom. Chcieli go upokorzyć i zohydzić w oczach wiernych. Równolegle rozpoczęła się bowiem kampania nienawiści w mediach. Dowodzono, że „agent” Watykanu tumani lud religijnymi zabobonami i wykorzystuje nieletnich. Specjaliści „rozszyfrowali” również mechanizm poruszania krzyżem.

Kaci Stalina. Mordowanie w imię sprawiedliwości społecznej

Stalinizm to jedna z najczarniejszych epok w historii Europy. Porównywany z nazizmem i terrorem jakobińskim spowodował śmierć znacznie większej...

zobacz więcej

W latach 90., już po upadku systemu sprawiedliwości społecznej, eksperci sądowi sprawdzili sfabrykowane przez bezpiekę urządzenie i okazało się, że nie mogło działać. Zbadano również dokładnie kościół i nie znaleziono żadnych dowodów, żeby kiedykolwiek jakiś stworzony ludzką ręką mechanizm wprawiał krucyfiks w ruch. Co wydarzyło się 11 i 25 grudnia 1949 roku – pozostanie tajemnicą.

Wielodniowe katowanie

Wiadomo jednak, co się stało kilka tygodni po tym niewytłumaczalnym zjawisku. 22 lutego 1950 roku, po wielodniowym katowaniu, ks. Toufar, mający już liczne obrażenia wewnętrzne, rzekomo podpisał zeznanie, w którym potwierdził, że miał molestować nieletnich chłopców, zaś krucyfiks był wprawiany w ruch przy pomocy urządzeń ukrytych za ołtarzem.

Bezpieka triumfowała. Nazajutrz proboszcz został przewieziony do kościoła, gdzie przed kamerą miał odegrać inscenizację cudu. Ks. Toufar był tak zmaltretowany, że nie mógł ustać na nogach, pokazano tylko urywek z nim jak stoi na ambonie. W pozostałych ujęciach zastąpił go okryty złą sławą dr Karel Čížek, oskarżyciel w wielu procesach politycznych, ale filmowano go bez pokazywania twarzy.

Pokazywany w Czechosłowacji ohydny film propagandowy „Biada temu, od którego przychodzi zgorszenie” miał być dowodem niecnych knowań kleru.



W filmie Přemysla Freimana pojawiła się m.in. animowana scena, w której krucyfiks jest poruszany sznurkiem ciągnącym się z Hradca Kralove, gdzie mieściła się siedziba diecezji. Na tym jednak inwencja propagandzistów się nie kończyła. Okazało się bowiem, że stali za tym hierarchowie z Pragi, czyli oczywiście agenci Rzymu, gdzie dalej sięgał sznur. Za sznurki pociągał natomiast amerykański imperialista pod postacią pająka rezydujący na Wall Street.

Zabił bezbronnych ludzi. „Wychowano mnie w nienawiści do wroga klasowego”

50 lat temu w czeskim Jiczynie rozegrała się tragedia, która wstrząsnęła zarówno Czechosłowakami, jak i Polakami. Pijany polski szeregowy...

zobacz więcej

Obraz nie spełnił jednak nadziei komunistów. Nikogo nie przekonał o winie księdza, a do tego wzbudził dodatkowe zainteresowanie wydarzeniami w Číhošti, na tym natomiast władzom należało najmniej. Kolejnym krokiem miał być proces pokazowy, ale stan zdrowia duchownego gwałtownie się pogorszył.

25 lutego trafił pod fałszywym nazwiskiem do rządowej kliniki SANOPZ, przy ul. Legerověj w Pradze (W 1968 roku trafił tam też Jan Palach po dokonaniu samospalenia). Komuniści potrzebowali go żywego, operacja nie zdołała jednak uratować więźniowi życia. Zmarł tego dnia o godz. 20.25. Lekarze nie byli w stanie poradzić sobie z licznymi obrażeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi, powstałymi w wyniku ustawicznego bicia. Takiej przyczyny nie można było jednak wpisać do dokumentów. StB wymyśliła „rozległe zapalenie otrzewnej w wyniku perforacji żołądka lub jelit”.

Prawda po latach

Dopiero podczas odwilży w 1968 roku lekarze mogli opowiedzieć o faktycznym stanie pacjenta. „Zrobiliśmy wszystko, co w ludzkiej mocy, ale tego człowieka nie dało się uratować. Był nadzwyczaj brutalnie pobity, skatowany na śmierć. Powiem jasno – zamordowany!” – opowiadał dr František Maurer, który uczestniczył w operacji. „Po zastosowaniu anestezji i otwarciu jamy brzusznej dosłownie wypłynęła z niej mętna, żółta ciecz” – dodał.

„Byłam w obozie koncentracyjnym, widziałam wiele w życiu, ale nigdy aż tak strasznego przypadku przemocy. Na jego ciele nie było miejsca niepokrytego krwią. Z ust stale ciekły mu ślina i krew” – zeznała jedna z pielęgniarek.

Rodzinę proboszcza poinformowano o jego śmierci dopiero po czterech latach. Miejsca pochówku nie ujawniono. Wiadomo, że jego ciało wrzucono pod fałszywym nazwiskiem Josef Zouhar do zbiorowej mogiły przy murze cmentarza we wsi Ďáblice, która dziś jest częścią Pragi. Przypuszczalnie razem ze zdechłym słoniem, który padł w praskim zoo bądź cyrku, który wówczas występował w okolicy.

Bezpieka zabrała krucyfiks, jego losy pozostają nieznane (fot. Wiki/Hana Kubíková)

Komunistyczna bezpieka rozpracowywała Trumpa. „Jest przekonany, że zostanie prezydentem”

W latach 80. czechosłowackie Bezpieczeństwo Państwowe (StB) intensywnie zbierało informacje o Donaldzie Trumpie i jego powiązaniach z rządowymi...

zobacz więcej

Naturalnie komunistom śmierć ks. Toufara była nie na rękę. Po pierwsze, ludzie mogli nabrać podejrzeń, że nie była przypadkowa. Po drugie, był potrzebny do procesu pokazowego. Niezadowolenie przelało się na sadystycznego śledczego por. Máchę. Nie odpowiedział jednak za zabójstwo, tylko niepowodzenie w przesłuchaniu, za co otrzymał... naganę. Dopiero w latach 90. skazano go na dwa lata więzienia, ale wobec złego stanu zdrowia nawet na pięć minut nie trafił za kraty. Zmarł 30 października w wieku 95 lat, nie odpowiedziawszy za swoje zbrodnie.

Sfabrykowane materiały

W 1994 roku Urząd ds. Badania i Dokumentacji Zbrodni Komunistycznych (UDV), czeski odpowiednik IPN, wszczął śledztwo ws. śmierci proboszcza z Číhošti. Analiza akt StB wykazała, że oskarżenie opierało się w całości na sfabrykowanych materiałach. Jeżeli chodzi o wykorzystywanie chłopców, okazało się, że byli oni zastraszani przez bezpiekę i zmuszeni do złożenia zeznań obciążających księdza. Ustalono również, że podczas mszy nie korzystano z żadnego mechanizmu poruszającego krzyżem.

Zlecono także badania grafologiczne. Wykazały one, że „przyznanie się do winy” duchownego w najpewniej spisał jeden ze śledczych, zaś podpis ks. Toufara został sfałszowany albo – mniej prawdopodobne – więzień złożył na pustej kartce, którą potem uzupełniono jego „zeznaniami”.

Poszukiwania szczątków kapłana długo nie przynosiły skutku, cmentarz w Ďáblicích był bowiem miejscem gdzie komuniści najchętniej grzebali ofiary represji w bezimiennych grobach – leży tam około 3 tys. zamordowanych osób. Szczątki ks. Tourfara odkryto dopiero w 2014 r. Zidentyfikowano je dzięki badaniom DNA oraz dokumentacji cmentarnej i medycznej z kliniki SANOPZ.

W maju następnego roku uroczyście przeniesiono je do kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Číhošťi. Złożono je przed ołtarzem w stalowym sarkofagu w specjalnie wybudowanej krypcie. Obecnie trwa proces beatyfikacyjny męczennika ks. Josefa Toufara.

Niestety, nigdy nie odnaleziono cudownego krucyfiksu. Pozostaje mieć nadzieję, że tak jak komunistom nie udało się wymazać Číhošťi z pamięci, a skończyło się tylko na czasowym usunięciu nazwy wsi z map, tak uda się znaleźć zajęty przez bezpiekę krzyż. Może to jednak wymagać kolejnego cudu...

źródło:
Zobacz więcej