Rok po uwięzieniu w Syrii: wybiórcza solidarność mediów

(fot. REUTERS/George Ourfalian)

Dokładnie rok temu siedziałem wraz z operatorem TVP Info Sewerynem Sołtysem w syryjskim więzieniu Adra. Trafiliśmy tam w związku z realizacją reportażu dotyczącego sytuacji humanitarnej w północnej Syrii. Gdy wróciliśmy po 37 dniach, część mediów zaczęła pisać bzdury na temat naszej pracy, nakręcając przeciwko nam nagonkę.

Dziennikarz TVP Info o 37 dniach w syryjskim więzieniu

Gościem ostatniego w 2017 roku programu „Bez retuszu” był Witold Repetowicz, dziennikarz TVP Info, korespondent PAP w Syrii, który opowiedział o...

zobacz więcej

W internecie mogłem przeczytać, że powinniśmy zgnić w asadowskim więzieniu. Niektóre media natomiast w ogóle zignorowały to zdarzenie, tak jakby fakt, że polscy dziennikarze byli więzieni przez ponad miesiąc, był mało istotny. Wśród tych drugich była stacja telewizyjna Katarzyny Kolendy-Zaleskiej, która dokładnie w rocznicę zatrzymania nas przez syryjską bezpiekę biadoliła na Twitterze o braku solidarności dziennikarskiej.

Jak wjechaliśmy do Syrii

Nasz projekt składał się z dwóch części. Pierwszą kręciliśmy w Iraku, w tym w Regionie Kurdystanu oraz północnoirackiej prowincji Niniwa. Druga miała być realizowana w Demokratycznej Federacji Północnej Syrii (DFPS), czyli na terenach kontrolowanych przez zdominowane przez syryjskich Kurdów Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF).

Nasza ekipa liczyła cztery osoby, prócz mnie i Seweryna był też Rafał Stańczyk i drugi operator, Łukasz Dobrowolski. Trzy dni przed naszym zatrzymaniem musieliśmy się jednak rozdzielić, gdyż w Iraku miało miejsce trzęsienie ziemi i Rafał z Łukaszem pojechali robić materiał na ten temat. Później mieli do nas dołączyć, ale gdy byli kilka godzin drogi od miasta Kamiszlo, my już byliśmy tam w rękach syryjskiego muchabaratu (wywiadu wojskowego).

O okolicznościach naszego zatrzymania krążyły różne nieprawdziwe historie. Jedne wynikały z ignorancji, niektóre były elementem rosyjsko-asadowskiej propagandy, a jeszcze inne były emanacją czystej podłości. Fakty były banalnie proste. Do Syrii, wbrew temu, co później sugerowały niektóre media, nie wjechaliśmy „niefrasobliwie”, „bez niezbędnych pozwoleń”. Nie przedzieraliśmy się przez „zieloną granicę”, lecz przekroczyliśmy przejście graniczne w Semelke. Ma ono nieformalny charakter, gdyż nie jest uznawane ani przez Irak, ani Syrię, a kontrolowane jest przez Kurdów, z jednej strony przez Region Kurdystanu w Iraku, a z drugiej przez administrację Demokratycznej Federacji Północnej Syrii. My mieliśmy wszystkie zgody ze strony służb bezpieczeństwa tych podmiotów.

Do zatrzymania doszło w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, a nie dlatego, że „szybko zwróciliśmy na siebie uwagę”, jak to insynuował jeden z niedoinformowanych dziennikarzy. Nastąpiło to na głównej ulicy w Kamiszlo, mieście zasadniczo kontrolowanym przez administrację DFPS (od której mieliśmy wszystkie zgody).

Problem w tym, że ulica ta znajduje się na granicy strefy kontrolowanej przez siły asadowskie. W sierpniu znowu byłem w Syrii, tym razem sam, i wjechałem w ten sam sposób, a w Kamiszlo wielokrotnie przejeżdżałem przez to samo miejsce, w którym mnie zatrzymano. Kilkadziesiąt metrów dalej jest zresztą posterunek kurdyjskiego asaisz (bezpieki).

Reporterzy bez Granic: 65 dziennikarzy zginęło na świecie w 2017 r.

– 65 zawodowych dziennikarzy, dziennikarzy obywatelskich i pracowników mediów zginęło w tym roku na świecie z powodu swojej pracy – informuje w...

zobacz więcej

Prawdziwe dziennikarstwo nie zna granic

Dziwi, jak nisko upada dziennikarstwo, jeśli niektórzy w tym zawodzie uważają, że dziennikarz ma obowiązek przestrzegania prawa autorytarnych reżimów, a gdy tego nie robi, to „sam sobie jest winien”. Nielegalne przekroczenie granicy dla dziennikarza nie jest samo w sobie czymś karygodnym, jeśli inaczej nie jest on w stanie dotrzeć do miejsca, gdzie dzieje się coś ważnego.

Nie bez kozery jedna z najważniejszych organizacji dziennikarskich na świecie nosi nazwę „Reporterzy bez granic”. Ci, którzy tego nie rozumieją, nie wiedzą, na czym polega prawdziwe dziennikarstwo. Szczególnie zadziwiające jest natomiast to, jeśli potem te same osoby hejtują dziennikarzy TVP, mimo że same nie rozumieją w ząb tego, czym jest dziennikarska misja.

Polskich dziennikarzy, którzy w ostatnich kilku latach byli w Syrii i/lub Iraku, można policzyć na palcach. Niektórzy, jak np. Piotr Kraśko pojechali tam zresztą tylko w bezpieczne miejsca, by robić z problemu migracji komercyjne show. Natomiast dziennikarzy, którzy „wiedzą wszystko” o tym, co się tam dzieje, jest bez liku.

Gdy na plaży w Bodrum znaleziono martwe ciało małego Alana Kurdi, jego przypadek był wykorzystywany przez cyników i ignorantów. Zdjęciem małego Kurda z Kobane machał turecki dyktator Erdogan, który doprowadził do tragedii tej rodziny, blokując dostawy pomocy humanitarnej dla rodzinnego miasta chłopca. Zdjęciem tym machała też w swoim programie Monika Olejnik, której zupełnie nie obchodziło, skąd chłopiec pochodził i dlaczego znalazł się w Bodrum. Nie obchodził jej los tysięcy innych chłopców, którzy dalej mieszkali w zrujnowanym mieście i nie mogli się doczekać pomocy na miejscu. To było sprzeczne z narracją, która mówiła, że winę za śmierć Alana Kurdi ponoszą ci, którzy nie chcą „przyjmować uchodźców” i która nakazywała wykpiwanie „pomocy na miejscu”. To nie ma nic wspólnego ani z prawdą, ani z dziennikarstwem.

Piekło w Syrii. Ponad trzy lata w ciasnej celi i osiem miesięcy bez mycia

Jumpei Yasuda, japoński dziennikarz uwolniony z niewoli ugrupowania Front al-Nusra (odłamu Al-Kaidy w Syrii), dotarł do kraju i zaczął opowiadać o...

zobacz więcej

Pokazać prawdę o Syrii i problemie uchodźców

My właśnie postanowiliśmy pokazać prawdę. Udało nam się, choć oczywiście ci, dla których jest ona niewygodna, postanowili ją zignorować. Nie chodziło o „podjęcie ogromnego ryzyka dla kilku obrazków”, jak to zasugerowano w jednym z najbardziej kuriozalnych artykułów opublikowanych po naszym uwolnieniu.

Z wyjazdu tego powstały dwa 24-minutowe reportaże. Pierwszy, zrealizowany głównie w Iraku, nosi tytuł „Życie po Państwie Islamskim” i pokazuje, jak ludzie układają sobie ponownie życie po tej katastrofie, która na nich spadła. Pokazuje też, jak można im pomóc i jak niektóre polskie organizacje, takie jak Polska Akcja Humanitarna, Caritas czy Orla Straż to robią. Pokazuje dramat jezydek, które powróciły z niewoli seksualnej, porwanych dzieci wykupionych od terrorystów itp.

Drugi reportaż „Powroty do ruin” był zrealizowany głównie w Syrii, ale częściowo też w Iraku. Ponieważ kręciliśmy tylko jeden dzień, więc resztę materiału zlepiliśmy z tego, co nakręcili Rafał z Łukaszem w Rakce i Kobane, a także moich wcześniejszych materiałów z 2014 i 2015 r.

Reportaż pokazuje jak do zrujnowanych miast, takich jak Kobane, Rakka, czy też w Iraku Mosul i chrześcijańskie Karakosz w Dolinie Niniwy, wraca życie mimo ogromnych trudności. Ludzie stamtąd mówili, że nie chcą wyjeżdżać, ale potrzebują pomocy na miejscu. Kurdyjski żołnierz, mający rodzinę w Polsce, mówił że jego miejsce jest na ojczystej ziemi, której ma obowiązek bronić i krytykował tych, którzy uciekają do Europy, gdy są potrzebni na miejscu. Dodał, że ci, którzy nakłaniają kurdyjską młodzież do wyjazdów do Europy, są wrogami jego narodu.

Reportaż pokazywał też, że nieprawdą jest, że wszędzie tam spadają bomby, a dla większości problemem nie jest wojna i bezpieczeństwo, ale bieda i problem z odbudową domów. Dlatego to nie pasowało to do narracji niektórych mediów, które wolały insynuować, że to tylko „parę obrazków”, wyjazd ten nazywały „niefortunną przygodą”, a nas „ryzykantami”.

Więzili go dżihadyści. Japoński dziennikarz po trzech latach odzyskał wolność

Porwany w Syrii przez dżihadystów japoński dziennikarz Jumpei Yasuda został uwolniony po ponad trzech latach i wkrótce wróci do swojej ojczyzny –...

zobacz więcej

Wigilijny hejting: jak z TVP, to powinni zdechnąć w więzieniu

Największe głupoty o naszej pracy napisał Tomasz Molga z Wirtualnej Polski, w którego artykule opublikowanym w dniu naszego powrotu do Polski praktycznie nic nie odpowiadało prawdzie. W szczególności sugestia, że MSZ wykupiło nas z syryjskiego więzienia.

To oczywiście rozpaliło emocje dyżurnych hejterów, którzy w Wigilię zaczęli pisać komentarze, że szkoda, że tam nie zdechliśmy, że powinniśmy zgnić w więzieniu i że „z ich podatków” nas wykupiono. W rzeczywistości żadnego okupu nie było, tylko po 100 dolarów grzywny, którą MSZ jedynie założył i która została zwrócona jeszcze w ambasadzie w Bejrucie. Ale autor tej insynuacji nigdy tego nie sprostował, a podchwyciły ją inne „życzliwe media”.

Pod artykułem na portalu NaTemat, utrzymanym w podobnej, niechętnej nam narracji, roiło się od „wigilijnych” wpisów hejterów, publikujących pod swoim imieniem i nazwiskiem swoje „życzenia” i wyrazy zadowolenia z tego, że siedzieliśmy w więzieniu i niezadowolenia, że nas wypuszczono. Nikt tego nie monitorował, a dla wielu jedynym powodem wylania kubła wigilijnego hejtu w oczekiwaniu na pierwszą gwiazdkę i przełamanie się opłatkiem z bliskimi było to, że realizowaliśmy materiał dla TVP.

Kilka miesięcy później rynsztokowych insynuacji na temat naszego zatrzymania zaczęli się dopuszczać niektórzy dziennikarze, np. Piotr Maciążek. Były one jeszcze na niższym poziomie niż insynuacje propagandy rosyjsko-asadowskiej, próbującej zrobić z nas szpiegów, których zadaniem miało być rzekomo rozpętanie nowej wojny w Syrii.

Solidarność dziennikarska wedlug Kolendy-Zaleskiej

Katarzyna Kolenda-Zaleska w swoim wpisie na Twitterze opublikowanym 16 listopada, w rocznicę naszego uwięzienia, napisała, że „w Ameryce cały dziennikarski świat wspierał dziennikarza CNN wyrzuconego z Białego Domu. Nawet Fox. Takie standardy i przyzwoitość. U nas prawicowe media lubują się w atakowaniu dziennikarzy konkurencji. Taki standard politycznych propagandzistów”.

Dziwne te standardy pani Kolendy-Zaleskiej i dziwna przyzwoitość, skoro nie było w nich miejsca na solidaryzowanie się z dziennikarzami, którzy 37 dni spędzili w syryjskim więzieniu. Stacja pani Kolendy-Zaleskiej należała do tej części mediów, które całkowicie zignorowały to, co się wydarzyło dziennikarzom konkurencji.

źródło:
Zobacz więcej