Jak doprowadzić kraj do ruiny. Socjalizm w wykonaniu Maduro

W trwających od miesięcy protestach zginęło już ponad 300 osób (fot. Carlos Becerra/Anadolu Agency/Getty Images)

Mogło być eldorado, jest kryzys humanitarny, głód, wysokie bezrobocie, szalejąca hiperinflacja sięgająca milion procent i trwające kolejny rok protesty mieszkańców, w których zginęło już ponad 300 osób. To efekt socjalistycznych rządów w Wenezueli, staczającej się dzięki polityce prezydenta a raczej dyktatora Nicolasa Maduro. Państwo posiadające dwukrotnie większe zasoby ropy naftowej niż Arabia Saudyjska ma problemy z zaopatrzeniem w benzynę...

Milion procent inflacji. Wenezuela na skraju zapaści

Załamanie się gospodarki i systemu świadczeń socjalnych wprowadzanych od początku „rewolucji boliwariańskiej”, zainicjowanej przez zmarłego w 2013...

zobacz więcej

Amerykańska federalna agencja US Geological Survey oceniła w 2010 roku, że w wenezuelskim pasie rzeki Orinoko znajdują się złoża ropy naftowej sięgające 513 mld baryłek. O takim bogactwie szejkowie z Arabii Saudyjskiej mogą tylko pomarzyć. Wydawałoby się, że nic prostszego, tylko robić interes i dyktować warunki. Nie, jeżeli za gospodarkę biorą się socjaliści.

Karawana migrantów, która dotarła już do Stanów Zjednoczonych składa się przede wszystkich z mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Ich znaczna część to mieszkańcy Wenezueli. Z kraju ucieka każdy kto może. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej szacuje, że dziennie populacja topnieje o około 5 tys. osób. Od początku roku kraj opuściło około 1,8 mln osób, niemal tyle co liczy stolica Caracas. Niektórzy dołączyli do grupy chcącej sforsować granicę z USA, większość szturmuje granice z Kolumbią i Brazylią.

Punkt kryzysowy

ONZ wskazało, że z liczącej 31 mln mieszkańców Wenezueli między 2015 a 2017 rokiem uciekło ponad 900 tys., trend gwałtownie zatem przyspieszył. Obecny kryzys migracyjny nazwano „jednym z największych ruchów ludności w historii Ameryki Łacińskiej”. Oceniono, że exodus wkrótce osiągnie „punkt kryzysowy”, porównywalny z masową migracją z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy. Nie mówimy tu jednak o kraju, w którym toczy się wojna domowa albo jedynym zasobem naturalnym jest piasek.

Jeszcze w latach 70. Wenezuela była jednym z najbardziej stabilnych krajów Ameryki Łacińskiej. Żadni komunistyczni ani prawicowi partyzanci nie byli potrzebni. Kraj był zasobny, a spokój gwarantował jeden z największych na świecie eksportów ropy naftowej. O tej „zielonej wyspie” mówiono wręcz „Wenezuela Saudyjska”.

Nicolas Maduro rządzi wyjątkowo nieudolnie (fot. Carlos Becerra/Anadolu Agency/Getty Images)

USA nie mają wątpliwości: Maduro jest dyktatorem

Władze USA uznały prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro za dyktatora i nałożą na niego sankcje. – Nielegalne wybory potwierdziły, że jest on...

zobacz więcej

Sytuacja uległa pogorszeniu gdy na przełomie lat 70. i 80. Arabia Saudyjska i szykujące się do ostatecznej rozprawy ekonomicznej z ZSRR Stany Zjednoczone zwiększyły produkcję i eksport ropy, co spowodowało obniżenie cen surowca i uderzyło w Wenezuelę. PKB i płace realne zaczęły gwałtownie spadać. Zgodnie z sugestią Międzynarodowego Funduszu Walutowego centrowe władze postawiły na gospodarkę noeliberalną, co poprawiło wskaźniki, ale spowodowało jeszcze większą dysproporcję między bogatymi a biednymi.

Tradycyjnie w takich sytuacjach rząd obniżył podatki dla najbogatszych, a podwyższył dla uboższych, licząc, że ci pierwsi zatrudnią tych drugich i sytuacja się unormuje. Konsekwencją było jednak to, że posiadający woleli odkładać pieniądze w niepewnych czasach. Patologie społeczne przybierały na sile i niezadowolenie większości w końcu musiało doprowadzić do zamieszek.

Beczka prochu

Beczka prochu potrzebowała iskry. Tą była podwyżka cen za bilety komunikacji miejskiej w Guarenas w lutym 1989 roku, czyli dotykająca uboższych mieszkańców. Przeciwko protestującym prezydent Carlos Andrés Pérez wysłał wojsko. Do 8 marca w całym kraju „El Caracazo” – jak nazwano zamieszki – spowodowało oficjalnie śmierć 276 osób, zaś ponad 2 tys. zostało rannych. Nieoficjalnie ofiar było więcej, jeszcze długo znajdowano bowiem masowe groby.

Na fali społecznego niezadowolenia wypłynął wcześniej szerzej nieznany wojskowy i niespełniony pisarz (co zwykle jest fatalnym połączeniem) Hugo Chávez. Zafascynowany socjalizmem stworzył kilka podziemnych ruchów rewolucyjnych, wrogich zarówno wobec kapitalizmu, neoliberalizmu, ale też komunizmu w wydaniu radzieckim. Spiskował, ale też czekał na właściwy moment. Tym było „El Caracazo”.

Przełomem w karierze Cháveza był Boliwariański Ruch Rewolucyjny-200, nazwany na cześć bohatera narodowego wielu krajów Ameryki Łacińskiej. 4 lutego 1992 roku po licznych perturbacjach przeprowadzono nieudany zamach stanu. Ambitnemu wojskowemu upiekło się, choć wiadomo, że jego celem było zabicie Péreza. Ostatecznie upragnioną władzę zdobył 6 lat później, w wyniku wyborów.

Poparcie dla lewicowego ruchu rosło wraz z pogarszającą się sytuacją w kraju. W raporcie ONZ wskazano, że od 1990 do 1997 roku dochód Wenezuelczyków na osobę spadł z 5192 do 2858 dolarów. Rosły za to wskaźniki zabójstw. Ludzie potrzebowali zmian.

Jak wydoić własny kraj. Francja bierze się za afrykańskiego satrapę

Dwa auta bugatti, liczne ferrari, lamborghini, dom w Paryżu za ponad 100 mln euro. To nie dorobek szpanerskiego miliardera, tylko skromnego...

zobacz więcej

Trzeba przyznać, że pod rządami Hugo Cháveza Wenezuela odżyła. Prezydent nie odszedł od kapitalizmu, a jedynie od jego neoliberalnej formy, w który widział jako narzędzie spisku Waszyngtonu. Prowadził umiarkowaną politykę centrolewicową, zakładał spółdzielnie, co dawało zatrudnienie mieszkańcom, ale też przerwał prywatyzację kluczowch sektórów gospodarki, w tym przemysłu naftowego, na który chrapkę mieli szczególnie Amerykanie.

Ścisła czołówka

W przełomie tysiącleci Wenezuela była już piątym na świecie eksporterem ropy naftowej. Sprzedaż za granicę tego surowca stanowiła 85,3 proc. całego eksportu. Gospodarka się rozwijała, poprawiały się wskaźniki poziomu życia – spadało bezrobocie, rosła płaca minimalna. W 2004 roku wzrost gospodarczy wyniósł nawet 18 proc., zaś rezerwa walutowa w 2006 roku osiągnęła 35 mld dolarów, mniej więcej tyle samo zgromadziła Kanada.

Rewolucja boliwariańska, postrzegana jako udany opór przez próbą dominacji przez USA, była obiektem zazdrości ze strony sąsiadów, w tym Brazylii rządzonej wówczas przez prezydenta Luiza Inacio Lulę da Silvę. Chávez, uczestniczący w oficjalnych spotkaniach z zagranicznymi przywódcami w swetrze czy kurtce skórzanej stał się symbolem „Socjalizmu XXI wieku”.

Ale zarzewie kryzysu się tliło. Był jednak wskaźnik wymykający się kontroli władz – inflacja, która w lutym 2014 roku – już po śmierci Cháveza – wynosiła 56 proc. Trzeba przyznać, że o takim wyniku obecne władze w Caracas mogą co najwyżej pomarzyć...

Następcą Cháveza został wiceprezydent u boku ojca rewolucji boliwariańskiej, Nicolás Maduro. Ten były kierowca autobusów miejskich w Caracas już tak sprawnym politykiem i organizatorem nie był. Swoje ograniczenia stara się równoważyć zapędami dyktatorskimi. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, uwierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę, zaś drugą ideą ideologią państwową stał się dogmat o nieomylności przywódcy.

Minimalna pensja w Wenezueli to około 1 dolar miesięcznie (fot. PAP/EPA/Miguel Gutiérrez)

Mugabe nie jest ginącym gatunkiem. Dyktatorzy trzymają się mocno

Upadek Roberta Mugabego w Zimbabwe nie musi być znakiem czasów oznaczającym kres dyktatur. Wydawało się, że cezurą będzie rozpad ZSRR, który...

zobacz więcej

Charyzmy za grosz

Prezydent nie ma jednak za grosz charyzmy, której nie można było odmówić jego poprzednikowi. Też na zasadzie „jestem jednym z was” unika garniturów, ale wybiera zwykle czerwone koszule typu guayabera. Bardziej przypomina latynoamerykańską wersję afrykańskiego przywódcy zjednoczonego frontu wyzwolenia narodu i demokracji niż kogoś, kto porwałby miliony.

Rządy Maduro to stopniowe pogrążanie się w samo napędzającym się kryzysie i postępująca izolacja na arenie międzynarodowej. Fatalna kombinacja. Od początków pierwszej kadencji następcy Cháveza trwały protesty przeciwko słabej skuteczności w walce z inflacją i przestępczością. Do tego dochodziła pogarszająca się sytuacja gospodarcza spowodowana spadkami cen ropy naftowej.

Załamanie gospodarcze sprawiło, że w wyborach parlamentarnych w 2015 roku Zjednoczona Partia Socjalistyczna Wenezueli przegrała z opozycyjną Koalicją na rzecz Jedności Demokratycznej. Uzyskała jednie 55 mandatów w 167-osobowym parlamencie. Maduro sobie z tym poradził z wdziękiem godnym watażków z republik bananowych. Terroryzowanie parlamentarzystów przez bojówkarzy to tylko dodatek.

Prezydent zneutralizował parlament, tworząc Konstytuantę, organ bez określonej ustawą kadencji. Ordynacja wyborcza przygotowana przez rząd przewidywała, że każdy uprawiony do głosowania może po raz pierwszy wejść prosto z ulicy do dowolnego lokalu wyborczego i po sprawdzeniu jego uprawnień do udziału w wyborach oddać swój głos. Możliwość manipulacji była niemal nieograniczona. Zresztą nie było to potrzebne, gdyż opozycja zbojkotowała głosowanie, a krytyka ze strony społeczności międzynarodowej nie spędzała Maduro snu z powiek.

Niszczenie porządku demokratycznego

Konstytuanta, której istnienie jest sprzeczne z wenezuelską konstytucją, ma z założenia stworzyć nową ustawę zasadniczą, naturalnie będącą po myśli prezydenta. Jej członkowie mają mieć nieograniczony czas na dokonanie zmian w prawodawstwie, w tym dotyczących wyborów nowego parlamentu. Działania te potępiło wielu byłych aktywistów wspierających wcześniej Cháveza i Maduro oraz kraje Ameryki Łacińskiej, argumentując, że to niszczenie porządku demokratycznego i dążenie do dyktatury.

Po trupach do obalenia apartheidu. Zmarła żona Mandeli

„Ikona walki z apartheidem”, „matka narodu”. Takimi określeniami opisywano Winnie Madikizela-Mandelę, byłą żonę Nelsona Mandeli, pierwszego...

zobacz więcej

Oskarżenia jak najbardziej wskazane. Opozycja, nie tylko parlamentarna, jest, a jakby jej nie było. W tym przypadku posłużono się sfingowanymi procesami o łamanie praw człowieka i więzieniem, co nie było trudne biorąc pod uwagę, że wenezuelski wymiar sprawiedliwości jest zależny od władzy wykonawczej. Represje sprawiły, że liderzy opozycyjnych ugrupowań rzadko angażują się w protesty społeczne, do tego są głęboko podzieleni.

Sytuacja gospodarcza pogarsza się z każdym miesiącem. W 2016 roku Bank Centralny Wenezueli zaprzestał publikowania oficjalnych danych ekonomicznych, które były nie w smak nieudolnemu prezydentowi. W kwietniu 2018 roku parlamentarna komisja finansów oszacowała, że roczna stopa inflacji wyniosła 13 779 proc. W październiku podano już liczbę miliona proc. inflacji. Daleko jeszcze do 231 mln proc. w Zimbabwe w 2008 roku, ale przy obecnym sposobie rządzenia i zniżkujących cenach ropy szans na wyjście z kryzysu nie ma żadnych.

Szalejąca hiperinflacja wywołała falę kolejnych niekorzystnych zjawisk, z którymi Maduro nie potrafi sobie poradzić. Wenezuela zmaga się z brakiem żywności i lekarstw. Produkcja rolna jest nieopłacalna, a na kupno medykamentów za granicą nie ma pieniędzy. Do tego benzyna jest reglamentowana (!). Efektem hiperinflacji jest spadek PKB oraz wzrost przestępczości i masowa migracja.

Powrót do handlu wymiennego

Sytuacja w handlu żywnością jest tak zła, że takie produkty jak kawa czy cukier zamiast na kilogramy sprzedaje się na łyżki. Sprzedawcy nierzadko przyjmują hiperinflacyjne pieniądze za produkty na wagę, kwitnie handel wymienny. Wojsko kontroluje natomiast handel uliczny, mając chronić kraj przed spekulacją. Przed sklepami ustawiają się kolejki, w których nierzadko dochodzi do dantejskich scen, szczególnie przed sklepami spożywczymi i supermarketami.

Każdego dnia z Wenezueli ucieka około 5 tys. osób (fot. Lokman Ilhan/Anadolu Agency/Getty Images)

Głód i brak lekarstw. Kryzys humanitarny w Wenezueli

Nie ustaje napięcie polityczne w Wenezueli. W kraju pogłębia się ogromny kryzys humanitarny. Tysiące ludzi szuka ratunku w Brazylii i Kolumbii....

zobacz więcej

Przed wigilią w ubiegłym roku mieszkańcy jednej z biednych dzielnic Caracas ustawili się w kolejce po wieprzowinę. Mięsa zabrakło, ale wściekli klienci nie chcieli się rozejść. Na miejsce przysłano żołnierzy Gwardii Narodowej, którzy mieli ich przegonić. Mieszkańcy zeznali, że mundurowi byli pijani i zachowywali się jak „szaleni”. Padły strzały. Jeden z żołnierzy zastrzelił 18-letnią kobietę w ciąży. Ranny został również brat jej męża.

Działania władz, mające rozwiązać problemy, mogą co najwyżej budzić uśmiech politowania na świecie, ale mieszkańcom Wenezueli nie jest do śmiechu. Gdy w 2014 roku pojawiły się kolejne niedobory energii elektrycznej (efekt suszy – kraj jest uzależniony od elektrowni wodnej na zaporze Guri na rzece Caroni, która generuje około 70 proc. energii elektrycznej) Maduro zaapelował do kobiet, by... przestały używać suszarek.

Prezydent zachęcał płeć piękną, nie odwołując się do ich patriotyzmu, tylko wskazywał na korzyści płynące z nieużywania suszarek. – Zawsze miałem wrażenie, że kobieta wygląda lepiej, kiedy gładzi włosy palcami i pozwala im wyschnąć naturalnie – przekonywał. Wezwał również rodaków, by zamiast w pralko-suszarkach, suszyli pranie na świeżym powietrzu.

Na łeb na szyję

Już wcześniej wprowadzono wolne od pracy piątki, żeby w kraju zużywano mniej energii elektrycznej, ale i to nie pomogło. Tymczasowo wprowadzono jeszcze dwudniowy tydzień pracy w sektorze publicznym. Maduro zapewniał, że płace pozostaną bez zmian, ale dla Wenezuelczyków nie ma to żadnego znaczenia, gdyż wartość boliwara cały czas leci na łeb na szyję.

Żeby uspokoić sytuację, w orędziu noworocznym Maduro obiecał na ten rok kolejną podwyżkę płacy minimalnej, tym razem o 40 proc. W ubiegłym roku podnoszono ją aż pięciokrotnie, do poziomu około 170 tys. boliwarów miesięcznie. Mógłby nawet ją podwoić, a nic by to nie zmieniło, gdyż w tym okresie za jednego dolara można było kupić 110 tys. boliwarów.

Prezydent jak Rambo. Kiczowaty dyktator czy ojciec narodu?

Prezydent Turkmenistanu układa narodowy hymn, tańczy, dyryguje chórem, operuje, w wyścigach zawsze przyjeżdża pierwszy. Teraz prezentuje swoje...

zobacz więcej

Taka sytuacja panowała w Wenezueli u progu 2018 roku, w którym zgodnie z planem odbyły się wybory prezydenckie. Maduro zdając sobie sprawę, że prowadzona przez niego polityka nie przysparza mu poparcia, doprowadził do kolejnych manipulacji, by zagwarantować sobie reelekcję.

Najpierw uniemożliwił start głównym konkurentom Leopoldo Lopezowi i Henrique Caprilesowi. Jedynym rywalem został Henri Falcon, ale niewiele mógł zdziałać wobec machiny państwowej, która miała się posuwać m.in. do bezczelnego kupowania głosów i – jak się ocenia – fałszerstw. Maduro otrzymał oficjalnie 67,7 proc. głosów, zaś Falcon 21,1 proc., przy oficjalnej frekwencji 46 proc. (nieoficjalnie do urn poszedł co trzeci uprawniony). Waszyngton uznał wybory za „farsę” nałożył na kraj kolejne sankcje.

Obok Asada, Kima i Mugabe

Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego ogłosił, że Maduro znalazł się „niezwykle ekskluzywnym klubie” tyranów, obok Baszara al-Asada, Kim Dzong Una i Roberta Mugabe. Prezydent Wenezueli zdaje się tym nie przejmować. – Nie przestraszę się pogróżek ze strony imperium. Donald Trump może sobie wprowadzać kolejne sankcje – skwitował.

Znowelizowana pod własne dyktando konstytucja dała Maduro mandat do 2025 roku, ale na obecnym etapie trudno przewidzieć, czy prezydent dotrwa tak długo na tym stanowisku. Po wyborach na sile przybrały protesty społeczne. Tylko we wrześniu było ich 985. Protestują wszyscy – pracownicy służby zdrowia, drobni przedsiębiorcy, nauczyciele, transportu, przemysłu ciężkiego, matki...

Władze reagują w sposób typowy dla dyktatur – przeciwko protestującym wysyłają wojsko lub milicję. W zamieszkach zginęło już ponad 300 osób. Liczba rannych idzie w tysiące. Dla wielu mieszkańców jedynym sposobem jest ucieczka z kraju.

Nicolas Maduro rządzi jak dyktator (fot. PAP/EPA/MIRAFLORES PALACE/HANDOUT)

Służba zdrowia w zapaści, ale szpital nie chce pomocy od Lekarzy bez Granic

Pracownicy Uniwersyteckiego Szpitala w Caracas oświadczyli, że kierownictwo placówki odrzuciło dar organizacji humanitarnej Lekarze bez Granic....

zobacz więcej

Pomysłem na poprawę sytuacji ma być zwiększenie wydobycia ropy naftowej z obecnych 1,5 mln do 6 mln baryłek dziennie. Biorąc pod uwagę degrengoladę przemysłu, może być trudno. Mimo to jest pewien postęp. W sierpniu Maduro przyznał, że forsowany przez niego model gospodarczy „zawiódł”, choć klęski rewolucji boliwariańskiej nie przyjmuje do wiadomości. – Model produkcji, który próbowaliśmy do tej pory, zawiódł, a odpowiedzialność jest nasza, moja i wasza – wyznał podczas spotkania z politykami partii rządzącej.

Zapaść gospodarcza

W sierpniu prezydent po raz kolejny podniósł pensję minimalną – z ponad 5 mln do 180 mln boliwarów. Zapewnił też, że kraj odzyska stabilność w ciągu dwóch lat. Zważywszy na zapaść gospodarczą i dług zewnętrzny na poziomie 150 mld dolarów, który zapewne nie będzie podlegał restrukturyzacji i nie daje szans na zaciąganie nowych zobowiązań, to pobożne jedynie życzenia.

Nad Maduro od dawna zbierają się ciemne chmury, ale teraz gęstnieją z każdym dniem. Oddolną rewolucję w wykonaniu obywateli, podobną do tej, która obaliła Nicolae Ceaușescu, trzeba wykluczyć, ale nie można już tego powiedzieć o chętnych na obalenie Maduro w obozie władzy, bądź wojsku.

W lipcu rządowe media poinformowały o zatrzymaniu dziewięciu oficerów służby czynnej – dowódcy oddziałów komandosów i sił specjalnych – którzy mieli „przygotowywać pucz wojskowy” podczas majowych wyborów. Przypuszczalnie to ci sami, o których „spisku” Maduro wspominał przed wyborami. Jako naczelny zwierzchnik sił zbrojnych wydał wówczas rozkaz, aby oficerowie podpisywali deklaracje lojalności wobec najwyższych władz politycznych. Głodujące rodziny wojskowych mogą być jednak dla nich silniejszym argumentem niż lojalki wobec dyktatora.

Wydaje się, że jedynym ratunkiem dla Wenezueli są Chiny, które stopniowo zwiększają swoje wpływy w regionie. Już w 2009 roku oba kraje utworzyły spółkę joint venture PDVSA zajmującą się produkcją ropy. We wrześniu tego roku Maduro sprzedał Chinom kolejnych 9,9 proc. udziałów w spółce. Obecnie Pekin posiada już 49 proc. udziałów. Ostatnią deską ratunku dla socjalistycznego prezydenta może być całkowite oddanie Chinom kontroli nad jednymi z największych zasobów ropy na świecie.

źródło:
Zobacz więcej