Mysz, która podbiła świat. Miki kończy 90 lat

Krzyż, coca-cola, Myszka Miki – to przypuszczalnie jedyne symbole rozpoznawalne pod każdą szerokością geograficzną. Sympatyczna mysz z okrągłymi uszami urzeka wszystkich, a jej przygodami zachwycali się nawet najwięksi zbrodniarze Adolf Hitler czy Józef Stalin. Fenomen postaci rysunkowej stworzonej przez Walta Disneya oraz jej wpływ na ludzkość nie przestają fascynować. Kreskówka wykroczyła daleko poza świat dziecięcych bajek – stała się jedną z najważniejszych ikon kultury. Ikona ta kończy właśnie 90 lat.

Disney przyciemnił skórę księżniczki Tiany. Wyglądała „zbyt europejsko”

Animatorzy Disneya zmienili wygląd czarnoskórej księżniczki Tiany na fali krytyki, że wygląda zbyt europejsko. Fani skarżyli się, że studio...

zobacz więcej

W przypadku Myszki Miki, podobnie jak z większością, jedną z najbardziej pasjonujących rzeczy jest historia. W jaki sposób rzucone na kartkę kreski podbiły świat? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do lat 20. ubiegłego wieku, jeszcze zanim Walt Disney tchnął życie w plamę na papierze.

W tym okresie dzieci (i dorośli) zachwycali się animowanym kotem Feliksem. Planując swoje dzieło Disney stwierdził, że nie ma sensu wyważać otwartych drzwi i uznał, że jego postać będzie musiała być zwierzęciem, skoro ludzie tak je lubią. Miał już w zanadrzu królika Oswalda, dzięki któremu miał kontrakt ze Scappy Comedies, firmą dystrybucyjną Charlesa Mintza. Pierwszy film z Oswaldem, „Biedny Papa”, jednak nie powalał.

Dobra moneta

Mintz wierzył w dobrą monetę młodego miłośnika animacji i zlecał mu kolejne filmy po tym jak drugi obraz „Trolley Troubles” został dobrze przyjęty przez publikę. Za kolejne Disney miał otrzymywać 2250 dolarów. To się szybko zmieniło. Zdarzyło się, że pojechał z Los Angeles do Nowego Jorku, żeby – jak mniemał – dostać podwyżkę, jego firma cienko bowiem przędła, zamiast tego zakomunikowano mu, że może liczyć co najwyżej na 1800 dolarów. Użyto też szantażu – jak się nie zgodzi, studio przejmie prawa do postaci królika Oswalda i filmów z serii „Najszczęśliwszy królik na świecie”.

Gdy Disney zorientował się, że szczwany Mintz podkrada mu animatorów, za namową brata Roya zostawił Oswalda na pastwę tamtej pijawki. W głowie kiełkowała mu już myśl, że musi stworzyć nową postać, nie tam byle królika szczęśliwego jak szczypiorek na wiosnę, ale coś z czym będą mogły się utożsamiać miliony na całym świecie.

Gdy wracał pociągiem do Los Angeles, wpadł na pomysł, że postacią, która podbije serca milionów może zostać mysz – mała, sympatyczna, zaradna, ale z charakterem, żaden tam mydłek. W pociągu zaczął kreślić pierwsze szkice, ale ostateczny kształt postaci nadał rysownik i animator Ub Iwerks, jeden z niewielu, który pozostał wtedy przy Disneyu.

Walt Disney wierzył w sukces i go odniósł (fot. mat.pras.)

To był Miś o Bardzo Małym Rozumku. Dziś Dzień Kubusia Puchatka

Jego wizerunek zna prawie każde dziecko. Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka jest obchodzony na pamiątkę urodzin jego twórcy - angielskiego...

zobacz więcej

Źródłem inspiracji była sprytna myszka, która przychodziła kiedyś do jego biura w Kansas City. Trzeba było jakoś ochrzcić rodzącą się postać. Walt wymyślił dla niej już wtedy staroświeckie imię Mortimer, ale jego żona Lily stwierdziła, że to imię dla cieniasów. – Lepiej nazwij ją Mickey – zaproponowała. (Sam Mortimer też zresztą powstał, ale został nim nieprzyjemny i arogancki konkurent Mikiego w walce o względy Minnie).

Co jest prawdą?

To wersja oficjalna. Syn Iwerksa wyznał po latach, że historia jest nieco inna od tej przedstawianej przez studio Disneya, zaś dowody na to mają znajdować się w archiwum wytwórni. Czy tak było właśnie, pewnie się nie dowiemy, ale warto przyjrzeć się wersji Iwerksa juniora, którego ojciec – niezależnie od wersji – miał niebagatelny wpływ na kształt postaci.

Rozgoryczony Disney miał wrócić do Los Angeles zaledwie z zarysem pomysłu na postać. Jak twierdzi Iwerks junior, dopiero w pracowni Disney i jego ojciec tak długo ślęczeli nad kartkami papieru, aż stworzyli mysz, której twarz miała być zapożyczona od Walta.

Sam Iwerks rysował rozmaite koty i psy, skłaniał się też ku poczciwej krówce i taką postać również stworzyli – to przewijająca się w kreskówkach krowa Clarabella, znajoma Mikiego. Innym pomysłem był dziarski koń, który później został Horacym, kpiarskim przyjacielem Mikiego i Goofy'ego oraz mężem Clarabelly, choć nie do końca wiadomo, czy jest bardziej koniem czy krową. Jeżeli chodzi o imię, aktor Mickey Rooney twierdził, że w dzieciństwie poznał Disneya i ten miał nazwać mysz po nim.

Według jeszcze innej wersji, mysz wzięła się z przerobienia królika Oswalda, do którego Disney utracił prawa. Zamiast długich uszu otrzymała okrągłe, do tego doszło kilka zmian i tak narodziła się nowa postać. Jak było dokładnie, nie wiemy, faktem jest jednak, że drogi Disneya i Iwerksa po pewnym czasie się rozeszły. Czy rozgoryczenie animatora sprawiło, że podważał wersję Walta? Tego nie można wykluczyć. Tak czy siak, po latach Roy Disney namawiał brata, żeby w wywiadach nie pomniejszał roli Ubego.

Odnaleziono zaginioną bajkę Disneya. Film z pierwowzorem Myszki Miki ma 87 lat

Brytyjski Instytut Filmowy odnalazł niezwykły film Disneya. Krótka, sześciominutowa animacja „Dzwonki sań” pochodzi z 1928 r. i od dawna była...

zobacz więcej

Self made milioner

Rada Roya była ze wszech miar słuszna i rozsądna, ale Walt nie był najłatwiejszym człowiekiem w obyciu. Jak niemal każdy self made milioner był łasy na komplementy i żył w przekonaniu, że jest jedynym ojcem sukcesu. „Gdy pojawił się Mickey, stał się takim sukcesem, że musiałem porzucić rysowanie i zająć się organizacją i prowadzeniem studia. Dla mnie ta postać była symbolem niezależności, środkiem do celu. Uwolnieniem produkcji” – stwierdził raz, nie grzesząc fałszywą skromnością.

Początki nowej postaci były trudne. W marcu 1928 roku Iwerks i Disney zaczęli pracować nad pierwszym filmem. Całymi dniami Ub rysował myszkę (jednego dnia potrafił stworzyć nawet 700 rysunków), którą dawał potem do pokolorowania żonie i szwagierce Disneya, a następnie dawał obrazy Mike'owi Marcusowi, by ten przeniósł je na taśmę filmową. Walt odpowiadał za fabułę. Inspiracją dla scenariusza była historia Charlesa Lindbergha, o którym wówczas było głośno za sprawą jego pierwszego w historii samotnego przelotu między Ameryką Północną a Europą bez międzylądowań.

Sześciominutowy film „Plane Crazy” miał premierę 5 maja 1928 roku w jednym z kin na Hollywood Boulevard. Pokaz odbył się z udziałem organisty, który odpowiadał za podkład muzyczny. Disney dał mu trochę pieniędzy, żeby ten bardziej starał się przy niektórych gagach. Szału generalnie nie było.

Roy sugerował, że należy poprawić obraz, ale potrzebujący gotówki Walt nie mógł czekać i zaniósł projekt do wytwórni Metro-Goldwyn-Meyer. Szefowie jednego z gigantów branży nie byli jednak zainteresowani, przez co mogli sobie potem pluć w brodę. W historii nie brak zresztą astronomicznych błędów niedoszacowania. Londyńska wytwórnia płytowa Decca odrzuciła raz po przesłuchaniu grupę młodych muzyków z długimi grzywkami, twierdząc, że „zespoły gitarowe są w odwrocie”. Tymi hałaśliwcami byli The Beatles.

Do trzech razy sztuka

Żeby nie zbaczać z tematu, kolejną produkcją z przygodami Myszki Mikiego był również sześciominutowy „Galopujący Gaucho”, w której Miki był już kowbojem. Także i ten film przeszedł bez większego echa. Disney nie tracił jednak nadziei (a może był aż tak zdesperowany?). Zgodnie z zasadą „do trzech razy sztuka”, kolejny film okazał się przełomem. Źródłem sukcesu było... raczkujące wówczas udźwiękowienie.

Pierwsze wizerunki Mikiego różniły się od tych, które znamy dziś (fot. mat.pras.)

Myszka Miki ze swastyką – Poznań w szoku

zobacz więcej

Disney był zachwycony po obejrzeniu pierwszego filmu dźwiękowego, „Śpiewak jazzbandu” z 1927 roku. Stwierdził, że filmy nieme to przeżytek i ludzie chcą nie tylko oglądać, ale też słuchać. W obrazie „Parowiec Willie”, w którym Miki stał się już marynarzem, korzystano z prób z udziałem orkiestry. Żeby zorientować się w reakcji widowni, Disney zorganizował pokaz dla pracowników swojej firmy i ich rodzin.

Publika usiadła przez ekranem, a kilka osób odpowiedzialnych za efekty dźwiękowe ukryło się w innym pomieszczeniu. Walt czytał dialogi, Iwerks operował tarką do prania i piszczałką, a inny animator, Wilfried Jackson, grał na harmonijce ustnej. Do tego dochodziły garnki i inne nietypowe instrumenty. Widownia piała z zachwytu.

Potencjał był ogromny, ale przecież ekipa filmowa nie mogła być na każdym pokazie, żeby podkładać dźwięk. Trzeba było zorganizować system udźwiękowienia. Pojawiło się kilka pomysłów. Najprostszym rozwiązaniem było nagranie płyty zsynchronizowanej z obrazami, sęk w tym, że płytę łatwo było zgubić albo połamać. Disney zdecydował się na nowatorski system cinephone, do którego prawa miał niejaki Patrick Powers.

Nie w ciemię bity

Powers był nie w ciemię bity, trudno powiedzieć, żeby omotał Disneya, ale faktem jest, że wpływ na niego miał ogromny. Poznał rysownika z gwiazdą Hollywood George'em Walshem, a nawet nauczył go gry w polo. Zachwycony Powersem Walt podpisał umiarkowanie korzystny kontrakt z wynalazcą. Za udźwiękowienie „Parowca Willie” miał zapłacić tysiąc dolarów.

Mając już do dyspozycji system udźwiękowienia, ruszyły prace nad przerobieniem „Parowca Willie” na wersję z dźwiękiem. Łatwo nie było. Kompozytor Carl W. Stalling zdecydował się wykorzystać starą wodewilową melodię „Steamboat Bill” oraz popularną melodię ludową „Turkey in the Straw”. Efekt był taki, że orkiestra grała swoje, a obrazy leciały swoim tempem i nic do siebie nie pasowało. Trzeba było dorysować dodatkowe kadry, żeby całość liczyła około 20 tys. klatek.

Rosły koszty, a pieniędzy nie było. Walt błagał brata o dodatkowe środki, ale ten w odróżnieniu od bohaterów filmów nie był w stanie ich wyczarować. Disney zdecydował się nawet sprzedać swoje ulubione sportowe auto, byle tylko film powstał i był zgodny z jego wizją. A wizja była imponująca, dźwięk miał być tym, co wgniecie widownię w fotel. W tym celu nie oszczędzano na efektach i Walt dokupywał dzwonki, patelnie oraz inne urządzenia.

Pies Snoopy z własną gwiazdą w Alei Sławy. Hollywood doceniło bohatera komiksów

Tuż przed amerykańską premierą filmu animowanego „Fistaszki”, jego główny bohater – pies Snoopy odsłonił swoją gwiazdę w słynnej Alei Sławy w...

zobacz więcej

Ojciec Myszki Miki był niezmordowany, ale jego brat kierował się rozsądkiem. Stosując starą zasadę biznesu, by nie wrzucać wszystkich jajeczek do jednego koszyczka, Roy namawiał Walta, żeby szukał oszczędności. „Dlaczego mamy pozwolić, by kilka dolarów zaprzepaściło naszą szansę? Szansa puka do naszych drzwi. Nie pozwólmy, by brzęk kilku centów zagłuszył to pukanie” – argumentował wizjoner.

W końcu film był gotowy do pokazania szerszej publiczności. Premiera odnowionej wersji miała miejsce 18 listopada 1928 roku i właśnie tę datę przyjmuje się za dzień narodzin Myszki Mikiego. Walt nie był na sali. Stał przed drzwiami i nasłuchiwał reakcji ludzi. Docierały do niego śmiechy od pierwszej do ostatniej sceny. Wiedział, że ma hit. Bajeczka o przygodach myszy na statku stała się jednym z głównych tematów rozmów, do tego dochodziły przychylne recenzje. 26-letni wówczas Disney właśnie pisał historię kina.

Na szerokie wody

Ciągle był to jednak tylko sukces lokalny. Czekało wschodnie wybrzeże, w którym działał ten bezczelny Mintz. Disney spotkał się z Harrym Reichenbachem, promotorem pracującym dla nowojorskiego teatru Colony z Broadwayu. Reichenbach był zachwycony filmem i zaoferował 500 dolarów tygodniowo za prawa pokazywania go. Wprawdzie bez umowy, ale wszystko płatne z góry. Efekt był oszałamiający także w Nowym Jorku i innych miastach wschodniego wybrzeża USA. Z dnia na dzień rosła sława nie tylko Mikiego, ale też samego Disneya.

Twórca musiał znaleźć dobrego dystrybutora. Nie chciał popełnić błędu z królikiem Oswaldem i oddać w umowie „prawo do opieki” nad postacią. Dystrybucji miał się podjąć Powers. Za każdy nowy film Disney miał dostawać od niego 2,5 tys. dolarów, zaś sam obrotny biznesmen miał zgarnąć 10 proc. zysków brutto. Niby wszystko było OK, ale w kontrakcie znalazł się też zapis gwarantujący Powersowi 26 tys. dolarów rocznie przez kolejnych 10 lat za użytkowanie systemu cinephone. Roy zwrócił uwagę, że to przesada, ale Walt nie chciał go słuchać. Dopiero potem zmądrzał i pogonił gagatka, gdy zorientował się, że Powers przypuszczalnie defrauduje pieniądze.

Sukces był ogromny, ale nie stały za nim jedynie śmieszne gagi i dźwięki. Myszka Miki idealnie trafiła w czasie oraz stworzyła podwaliny nowoczesnego marketingu. W przypadku tej pierwszej kwestii, należy przyjrzeć się Hollywood przez pryzmat Ameryki lat 20. i 30. Wielu polityków i przedsiębiorców zarzucało przemysłowi filmowemu, że jest zdominowany przez Żydów (Metro-Goldwyn-Meyer, Warner, 20th Century Fox, Columbia Pictures, Paramount Pictures i Universal Pictures faktycznie były zakładane lub współzakładane przez Żydów) a ci z założenia – argumentowano – musieli być na bakier z chrześcijańską moralnością.

Jedną z przyczyn sukcesu Disneya był doskonały marketing (fot. mat.pras.)

Stalin zafascynowany Myszką, „Wilk i zając” tylko dla dorosłych. Dobranocki po rosyjsku

Nieznośna Masza, Wilk chuligan z petem w ustach i wielkouchy Kiwaczek – te rosyjskie animacje z wypiekami na twarzy oglądały dzieci przed laty i,...

zobacz więcej

Obawiając się interwencji rządowej, wytwórnie powołały do życia organizację Producenci i Dystrybutorzy Filmowi Ameryki (MPPDA), która miała stać na straży moralności i wpasowywać filmy w gusta rządzących. Cenzura zyskała poparcie kongresmenów. W tych ponurych czasach wojny ideologicznej pojawił się jednak apolityczny, areligijny i aseksualny „Parowiec Willie”, którego urzekająca prostota gagów i nieskomplikowana fabuła podobała się wszystkim stronom konfliktu. Między innymi to docenili członkowie Akademii Filmowej, którzy w 1932 roku przyznali Waltowi Disneyowi honorowego Oscara za stworzenie postaci Myszki Miki.

Kryzys

Firma Walta i Roya rozwijała się jak należy, ale doszło do wydarzenia, które siłą rzeczy spowodowało pewne problemy. To oczywiście kryzys gospodarczy lat 30., przez który Disneyom spadały zyski, kontrahenci nie mieli bowiem z czego płacić, a widzowie domagali się nowych filmów. Trzeba było znaleźć nowy sposób zarabiania pieniędzy. Sposób pojawił się sam, choć zasługą Disneya było to, że wiedział jak go wykorzystać.

Nowojorski handlowiec George Borgfeldt dał swoim dzieciom pod choinkę prezenty z podobiznami Mikiego i Minnie, która stała się już jego towarzyszką. Dzieciaki były zachwycone, a Borgfeldt szybko zwietrzył interes. Skontaktował się z Disneyem i zaproponował kupno licencji na korzystanie z wizerunku stworzonych przez niego postaci na zabawkach, ubraniach i innych gadżetach.

Walt również szybko zorientował się, że to może być kopalnia złota. Wkrótce sprzedał wydawnictwu Bibo & Lang prawo do wydawania „Książki Myszki Mikiego” (egzemplarze osiągają dziś na Ebayu ceny przekraczające 6 tys. dolarów), zaś wydawnictwu King Features Syndicate – komiksu z przygodami niezwykle dochodowej myszy i jego nowych przyjaciół – zrzędliwego Kaczora Donalda (wiedzieliście, że jego drugie imię to Fauntleroy?), który pojawił się w popkulturze 9 czerwca 1934 roku, nierozgarniętego Goofy'ego i szczekliwego psa Pluto. W przypadku tych dwóch ostatnich chyba zagadką po wsze czasy zostanie dlaczego, choć obie postacie są psami, to jeden mówi, a drugi tylko szczeka? Wasz pokorny sługa nigdy też nie zrozumiał, dlaczego Kaczor Donald, choć chodzi bez spodni, to gdy wychodzi spod prysznica zawsze jest przewiązany w pasie ręcznikiem...

Zostawmy jednak te dywagacje. W latach 30. firma Disneyów stała się światowym potentatem. Ludzie na całym świecie pokochali Myszkę Miki i łaknęli nie tylko filmów, ale też wszelkich produktów związanych z ukochanym bohaterem i jego przyjaciółmi. A te pojawiały się jak grzyby po deszczu. Smykałkę do tego miał szczególnie europejski przedstawiciel handlowy Banks Levy, który przeprowadził kilka sprytnych posunięć marketingowych oraz m.in. wprowadził do sprzedaży wafle do lodów z logo Myszki Miki – trzema charakterystycznymi kółkami przedstawiającymi głowę małego bohatera.

Disney liczy zyski, „Piękna i Bestia” idzie na rekord, a Watson nie żałuje Oscara

Nowa wersja baśni „Piękna i Bestia” przygotowana przez Disneya idzie jak burza w pierwszy weekend w kinach. W piątek film zgromadził 63,8 mln...

zobacz więcej

Mikomania

Świat ogarnęła mikomania. Sympatycy animowanej postaci spotykali się w Klubach Myszki Mikiego, by wspólnie oglądać bajki i dzielić się wrażeniami, mieli swoje słownictwo i zwyczaje. Myszka odnalazła się także w erze telewizji. Gdy w 1954 roku stacja ABC rozpoczęła nadawanie „Klub Myszki Mikiego”, program stał się najbardziej popularną audycją dla dzieci w historii telewizji.

Historia fenomenu wymaga jednak cofnięcia się w czasie. W latach 30. mikomania dotarła nawet w miejsca, które zdawałoby się powinny być szczególnie odporne na amerykańską popkulturę. Swoistym paradoksem jest fakt, że dwaj najwięksi dyktatorzy XX wieku – Józef Stalin i Adolf Hitler – byli zdeklarowanymi fanami kreskówki Walta Disneya.

W III Rzeszy filmy o przygodach Myszki Miki były jedynymi amerykańskimi produkcjami puszczanymi w tamtejszych kinach, przynajmniej do czasu aż USA przystąpiły do II wojny światowej. W 2010 roku Carsten Laqua opublikował pracę „Mickey Mouse, Hitler, And Nazi Germany: How Disney’s Characters Conquered The Third Reich” (Myszka Miki, Hitler oraz Nazistowskie Niemcy: Jak postacie Disney’a podbiły Trzecią Rzeszę), w której wychwycił zbieżności ideologii nazistowskiej i disneyowskich animacji, mogącymi częściowo tłumaczyć zachwyt Hitlera.

Laqua odnotował m.in. że w filmie „Fantazja” z 1940 roku miało dojść do powielenia rasistowskich stereotypów, oto ciemnoskóry centaur został przedstawiony jako niewolnik, który służył innym centaurom. Oczywiście w późniejszych wersjach filmu zostało to usunięte zgodnie z ideologią poprawności politycznej.

Z duchem czasu

Naturalnie ta jedna scena, czy niektóre wątki w innych obrazach, nie decydowały o żadnych nazistowskich sympatiach Disneya. Ten największą sympatią darzył kolor zielony – tworzył dla wszystkich, zgodnie z duchem czasu. Tak jak ogół pojmował rzeczywistość, taki trzymając się zasady największego wspólnego dzielnika, wymiar ideologiczny miały filmy.

W przypadku Józefa Stalina, uznał on, że tak jak kinematografia może oddziaływać na dorosłych, tak filmy animowane pomogą ukształtować homo sovieticusa od najmłodszych lat. Po raz pierwszy kreskówki Disneya dotarły do kraju powszechnej szczęśliwości w 1933 roku. Rosjanie – jak wszyscy inni – byli oczarowani.

Myszka Miki to ikona współczesnej kultury (fot. Wiki/JTOcchialini)

„Wieczny ogień”. Film animowany, jakiego nie było

W warszawskim kinie Kultura odbyła się premiera filmu „Wieczny ogień”, animacji poświęconej obrazom Stefana Norblina. Film ilustruje sceny z...

zobacz więcej

Ulubiony reżyser Stalina Siergiej Eisenstein został nawet wysłany do USA, żeby podpatrzył u Walta Disneya jak się tworzy filmy animowane. Eisenstein bardzo cenił Disneya nie tylko jako filmowca jako takiego, ale ogólnie artystę, który jak nikt inny potrafił magicznie przekształcać świat stworzonych przez siebie bohaterów. Od swojego idola otrzymał – a jakże – rysunek Myszki Miki, który obecnie jest eksponatem w Muzeum Filmowym w Moskwie.

Mając wiedzę na temat działalności Disneya, Eisenstein napisał o nim książkę. O pozycji twórcy „Pancernika Potiomkina” świadczy fakt, że w drugiej połowie lat 30. za mniej błahe „przewiny” szło się przed pluton egzekucyjny NKWD albo jechało kopać węgiel w Workucie. Stalin nie dał jednak skrzywdzić wybitnego reżysera.

Sojuzmultfilm

W 1936 roku na rozkaz wodza powstało studio Sojuzmultfilm (paskudny skrótowiec!), wierna kopia wytwórni Disneya. Nawet wiele filmów, które w nim powstało było kopiami tych amerykańskich. Siostry Brumberg stworzyły „Kota w butach”, zaś w latach 50. powstała „Królowa śniegu”, uważana do dziś za arcydzieło animacji. Gdy w 1966 roku Disney zekranizował powieść Arthura Alana Milne’a „Kubuś Puchatek”, trzy lata później powstała rosyjska kopia. Swojej rosyjskiej wersji doczekała się też ekranizacja „Księgą dżungli” Rudyarda Kiplinga. Oczywiście Stalin już wtedy nie żył od dawna, ale Sojuzmultfilm był jego dziełem.

Ponownie trochę wybiegliśmy w przyszłość, a trzeba się cofnąć i przyznać, że sam Walt Disney dobrowolnie zaangażował się w propagandę, ale nie można mieć mu tego za złe. Były to szczególne czasy II wojny światowej i stanął po stronie USA. Amerykański rząd wysoko cenił disnejowskie animacje, nie tylko za ich jakość wykonania, ale przede wszystkim za to, że były mocno kojarzone z amerykańską kulturą i miały bardzo pozytywny wizerunek. Zaproszono firmę Walt Disney Pictures do współpracy – podobnie jak choćby Warner Bros. – i ta włączyła się w wysiłek wojenny.

W produkcjach propagandowych również był wykorzystywany Myszka Miki. Angażował się m.in. w promowanie tzw. ogródków zwycięstwa (ludzie mieli zakładać przydomowe ogródki, żeby odciążyć przemysł rolniczy), oszczędzania żywności, higieny, pracy ochotniczej czy zachęcał do nabywania obligacji wojennych. Firma stworzyła też kilkadziesiąt filmów instruktażowych i szkoleniowych dla żołnierzy i obsługi technicznej.

Gratka dla fanów „Gwiezdnych Wojen”. W 2019 r. otwarcie parku rozrywki „Star Wars Land”

Dobra informacja dla fanów „Gwiezdnych wojen”. Disney poinformował, że rozpoczyna prace nad parkami rozrywki Star Wars Land – dedykowanych...

zobacz więcej

Rysownicy Disneya zostali także wyznaczeni do projektowania dziecięcych masek przeciwgazowych czy plakatów i innych produktów propagandowych przeznaczonych dla najmłodszych. Tworzyli także emblematy dla wojska, do czego wyznaczono aż czterech rysowników. Stworzyli oni ponad 1000 godeł jednostek, czy rysunków na nosy samolotów bojowych. Myszkę Miki otrzymała w godle nawet polska jednostka sygnalistów – 1st Polish Armored Divisional Signals służąca w Londynie.

Wyjątkowe dziedzictwo

Po wojnie Myszka Miki zyskiwał nowe pokolenia fanów, a jego popularność rosła. Dzięki jego sławie powstały kolejne filmy, a nawet parki rozrywki. Pierwszy Disneyland powstał w 1955 roku w Kalifornii. Na swoje 50. urodziny w 1978 roku Miki doczekał się gwiazdy w hollywoodzkiej Alei Gwiazd. Tego już jednak nie dożył Walt, który zmarł w 1966. Pozostawił jednak po sobie wyjątkowe dziedzictwo, które będzie trwało tak długo jak będzie trwała ludzkość.

W czym tkwi tajemnica sukcesu? – Ludzie śmieją się z Myszki Miki dlatego, że jest taki ludzki. To jest sekret jego popularności – wskazał Walt Disney. – Miki to coś więcej niż tylko postać z kreskówki, to symbol wielkości całego dziedzictwa Disneya. Mógł przeminąć, ale był zawsze odpowiednio doglądany. To, że Disney był w stanie zachować integralność swojej legendy, Mikiego, przez te wszystkie dziesięciolecia jest prawdziwym osiągnięciem – przyznał astronauta Buzz Aldrin, drugi człowiek na Księżycu.

Faktycznie, Miki, choć ma już 90 lat, nie starzeje się, a tylko staje się obiektem miłości kolejnych pokoleń. – Ludzie od Disneya spytali mnie, która disnejowska postać jest moją ulubioną. Odpowiedziałem, że Myszka Minnie. Spytali dlaczego, odpowiedziałem, że dlatego, iż może być blisko Mikiego – wyznał Andy Warhol, jeden z najwybitniejszych artystów ubiegłego wieku.

Można pokusić się wręcz o stwierdzenie, że to nie koncern Disneya potrzebuje Myszkę Mikiego, żeby zarabiać pieniądze. To świat potrzebuje tej postaci, żeby ludzie nie zwariowali do reszty. Miki to ucieleśnienie najważniejszych mitów ludzkości – mitu o niewinności, szczęśliwym dzieciństwie i sile dobra.

Miki ma swoją gwiazdę w hollywoodzkiej Alei Sław (fot. Wiki/Witchblue)

źródło:
Zobacz więcej