Kompromitacja zagranicznych mediów [OPINIA]

„Jeśli spojrzy się na relacje dotyczące Marszu Niepodległości w międzynarodowych mediach to widać wszystkie te dziennikarskie patologie”pisze Witold Repetowicz (fot. REUTERS/Adam Holt)

Wiele spośród artykułów, które ukazały się w czołowych mediach zagranicznych i dotyczyło Marszu Niepodległości, ukazywało to wydarzenie jako skandal i sygnał ostrzegawczy przed „odradzaniem się faszyzmu w Polsce”. Dla wielu spośród przeciwników marszu był to koronny argument. Skoro piszą to tak poważne media jak „New York Times”, „Washington Post”, „Guardian”, „Economist”, itp. to na pewno jest to prawda. To, że byłeś tam i widziałeś co innego świadczy tylko o tym, że źle patrzyłeś, nie widziałeś. No, bo co? Sugerujesz, że oni kłamią? Pewnie zaraz powiesz, że za pieniądze Sorosa. Naprawdę wierzysz w teorie spiskowe?

Wspólny marsz w Warszawie to rekord frekwencji. Zobacz, jak było w poprzednich latach

Według wstępnych danych policji w marszu „Dla Ciebie Polsko” wzięło udział 250 tys. osób. To więcej niż w warszawskich marszach niepodległościowych...

zobacz więcej

Czarno-biała Bośnia

Niedawno rozmawiałem ze znajomym pułkownikiem, który w pierwszej połowie lat 90., jako młody oficer, służył w Bośni. Opowiedział mi taką historię. Przyjechał do nich francuski dziennikarz z jednego z ważniejszych mediów znad Sekwany. Przyjęli go trochę sceptycznie, bo widzieli, że media międzynarodowe „wiedzą już wszystko” o toczącej się wojnie, w szczególności to, kto jest tym złym, a kto dobrym. Za „czarny charakter” robili wówczas Serbowie.

Oficerowie z misji pokojowej zaczęli tłumaczyć owemu dziennikarzowi, że to nie jest wcale takie proste, że sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana i nie ma w tej wojnie „dobrych” i „złych”. Polacy z misji pokojowej stwierdzili jednak, że francuskie media przecież nie będą kłamać, przecież to nie „Trybuna Ludu”, to te zachodnie media, w które Polacy za komuny wierzyli, że pokazują prawdę i są niezależne od polityki. Postanowili mu zatem pokazać złożoność wojny na kilku przykładach w terenie.

Dziennikarz kiwał głową, wydawało się że rozumiał. Spędzili wiele dni razem i zyskał zaufanie żołnierzy. Takie obcowanie na wojnie bardzo zbliża ludzi. Gdy wyjechał, jakiś czas później ukazał się jego artykuł, w którym wszystko napisał inaczej niż mu mówili i pokazywali owi oficerowie.

Wszystko było „czarno-białe”. Później ów Francuz znów przyjechał do Bośni i spotkał tych samych oficerów. Gdy go zapytali dlaczego to zrobił, to z rozbrajającą szczerością wyznał, że „taka jest polityka redakcyjna”.

To już sto lat. Dziś świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości [RELACJA]

W całym kraju odbywają się uroczystości rocznicowe. O godzinie 9:00 w Świątyni Opatrzności Bożej zostanie odprawiona msza święta dziękczynna. W...

zobacz więcej

Irak straszny, szyici źli

Sytuacja, o której opowiedział mi ów pułkownik bynajmniej nie była wyjątkowa. W 2015 r. jeden z najbardziej wpływowych sunnickich liderów religijnych w Iraku szejk Chaled Abdulkader el-Gilani powiedział mi, że międzynarodowe media podają tylko złe wiadomości o Iraku, z których wynika, że kraj ten to same zgliszcza i wszędzie, ciągle wybuchają bomby.

Tymczasem nawet wówczas, w szczytowym momencie wojny z Państwem Islamskim, było to dalekie od prawdy. Zwłaszcza południe Iraku było coraz bardziej bezpieczne, o czym świadczył również systematyczny wzrost wydobycia ropy na tych terenach. Obraz wojny Iraku z Państwem Islamskim pozornie różnił się jednak od tego z Bośni lat 90.

Tu bowiem na siłę próbowano tworzyć pewna równowagę między stronami konfliktu. Skoro więc Państwo Islamskie było złe, to musiał być ktoś zły również i po drugiej stronie. Wypadło na szyitów. Ich milicje zaczęły być demonizowane jako nie różniące się od Państwa Islamskiego pod względem okrucieństwa. Nieważne, że większość z piszących takie rzeczy nie miała nigdy kontaktu z tymi milicjami (choć nie było to trudne). Wystarczyło kilka krótkich internetowych filmików, z których część budziła ogromne wątpliwości.

Bezkrytycznie przyjmowane były również relacje sunnitów niechętnie odnoszących się do rządów zdominowanych przez szyicką większość. Nic nie było weryfikowane. Po co, skoro zgadzało się z narracją, z „polityką redakcyjną”. A gdy fakty nie zgadzały się z teorią? Gdy szyici w końcu postanowili zadbać o swój PR i stworzyli oddział medialny o nazwie Alam al-Harbi, który ułatwiał dziennikarzom dostęp do strefy działań milicji szyickich to i tak część mediów, m.in. takie giganty jak CNN, dalej zniekształcała obraz. Tu też musiał on podążać za polityką redakcyjną, a nie odwrotnie.

Wojna z Państwem Islamskim miała być wojną domową między sunnitami a szyitami, a Irak miał się rozpadać na trzy części, z których jedną był „sunniland”, mityczna kraina, którą jakoby iraccy sunnici chcieli przekształcić w niepodległe państwo. To wszystko oczywiście było kompletną bzdurą ale było bardziej atrakcyjne niż prawda.

A prawda jest taka, że na każdej wojnie popełniane są zbrodnie i to przez wszystkie strony, natomiast wojna z Państwem Islamskim nie była wojną domową, sunnici z wiosek prowincji Niniwa uciekali do milicji szyickich, które ratowały ich przed strzelającymi w plecy terrorystami.

Chorwacka telewizja publiczna przeprosiła za kłamstwa o marszu „Dla Ciebie Polsko”

Chorwacka telewizja publiczna HTV przeprosiła za zafałszowane informacje na temat niedzielnego Marszu Niepodległości „Dla Ciebie Polsko”, który...

zobacz więcej

Skandale i gwiazdy

Historia dziennikarstwa obfituje w skandale z udziałem osób pracujących dla najważniejszych mediów, a często uważanych za gwiazdy w tym zawodzie. Nie zawsze wynika to z „polityki redakcyjnej”. Czasem chodzi o próżność i szukanie sensacji „na skróty”. W 2015 r. gwiazda amerykańskiej telewizji NBC Brian Williams przyznał się do tego, że sfabrykował wielokrotnie opowiadaną przez siebie historię jak to rzekomo helikopter, którym leciał w Iraku został trafiony z granatnika.

Owszem jakiś został, ale nie jego. Cóż za różnica? Prawie taka jak między zielonymi flagami ONR-u i biało-czerwonymi barwami narodowymi Polski. Zresztą artykuły mówiące o tym, że na Marszu Niepodległości dominowały nacjonalistyczne flagi i transparenty, zwykle są opatrzone zdjęciami, gdzie widać tylko polskie flagi.

Natomiast w 2003 r. do skandalu przyznał się „New York Times”. Okazało się, że reporter tej gazety, Jason Blair, fabrykował historie, które następnie publikował nowojorski dziennik. Podobny proceder był udziałem nominowanego do Pulitzera reportera amerykańskiego dziennika „USA Today” Jacka Kelleya, który tworzył scenariusze do fikcyjnych relacji z całego świata. Z kolei pracujący dla Reutersa fotograf Adnan Hajj przez kilka lat komputerowo „poprawiał” swoje zdjęcia.

Takich historii jest znacznie więcej, a wielu sytuacji nie da się jednoznacznie zweryfikować. W internecie można znaleźć wiele zdjęć i filmików, które mają demaskować domniemane inscenizacje pokazujące ofiary zbrodni wojennych. Układanie „zwłok” dzieci, „zabici” w wyniku bombardowań czy ataków chemicznych, którzy następnie „zmartwychwstają”. Problem w tym, że nie zawsze owe „demaskatorskie” materiały są wiarygodne.

Szef MSWiA po marszu: Osób ukaranych będzie znacznie więcej

– Ten marsz nie był ani PiS-u, ani narodowców. Ten marsz był marszem Polaków pod biało-czerwoną flagą – powiedział w „Gościu Wiadomości” Joachim...

zobacz więcej

Obieg zamknięty

Im większa wzajemna kontrola dziennikarzy, tym mniej bajdurzenia i fałszowania relacji. W ten sposób można jednak przede wszystkim ograniczyć fantazjowanie dla dziennikarskiej sławy.

Niektórzy bowiem, gdy nie mogą lub nie chcą dotrzeć do niebezpiecznych miejsc takich jak np. linia frontu, idą na skróty i piszą, że tam byli, zmyślając i fabrykując zdjęcia lub nagrania. Ale jeśli byli tam inni dziennikarze, to prawdopodobieństwo kompromitacji jest większe. Gorzej jednak z „polityką redakcyjną” oraz „obiegiem zamkniętym”.

Cóż z tego, że kilka dużych mediów pisze tą samą wersję historii jeśli wynika to albo z podobnych, apriorycznych założeń albo z tego, że wszyscy korzystają z tego samego źródła. Przykładem mogą być relacje agencji prasowych na temat tureckiego ataku na Afrin, czyli kurdyjską enklawę w Syrii, na początku tego roku.

Żadna agencja nie miała korespondenta na miejscu, ale niektóre miały „na miejscu”, czyli w Turcji. Korespondenci stamtąd nie ryzykowali natomiast problemów z turecką bezpieką i podawali turecką propagandę rządowych mediów jako informację.

Jeśli spojrzy się na relacje dotyczące Marszu Niepodległości w międzynarodowych mediach, to widać wszystkie te dziennikarskie patologie. Przede wszystkim już kilka dni przed marszem media te ogłosiły, że będzie to impreza polskiej „skrajnej prawicy”.

Tak ustalono „politykę redakcyjną”, więc jeśli fakty się nie zgadzały z założeniem, to tym gorzej dla faktów. Wiele spośród tych artykułów zostało napisanych przez (lub przynajmniej we współpracy) z osobami z Polski, związanymi z tak „obiektywnymi” na ten temat środowiskami jak „Gazeta Wyborcza”. Był to zatem „obieg zamknięty” - te same osoby inspirowały, pisały lub udzielały „informacji” do artykułów, a potem lamentowały, że „Marsz skompromitował Polskę zagranicą”.

źródło:
Zobacz więcej