RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Wojna pomnikowa z Polską i nie tylko. Ukryte cele rosyjskiej strategii

Pomnik Armii Czerwonej w Budapeszcie (fot. wikimedia commons/Andrzej Otrębski)
Pomnik Armii Czerwonej w Budapeszcie (fot. wikimedia commons/Andrzej Otrębski)

Wszędzie tam, gdzie niegdyś stanęła noga żołnierza Armii Czerwonej, pojawiły się później liczne pomniki ku czci sowieckich „wyzwolicieli”. Dziś, po wielu dekadach, Rosja wykorzystuje je w wojnie hybrydowej z krajami Europy Środkowej i Wschodniej.

Nowy Sącz: Pomnik Piłsudskiego zastąpił pomnik Armii Czerwonej

Pomnik konny Józefa Piłsudskiego odsłonięto w niedzielę w Nowym Sączu przy Alejach Wolności. W ten sposób nowosądeczanie uczcili 100. rocznicę...

zobacz więcej

Niedawno ambasador Rosji w Warszawie Siergiej Andriejew oznajmił jednej z rosyjskich gazet, że „prowadzenie na płaszczyźnie oficjalnej dialogu z Polską na tematy historyczne nie jest obecnie możliwe”. Jeden z najcięższych zarzutów? Zdaniem ambasadora Polska prowadzi „wojnę z pomnikami Armii Czerwonej”. Zresztą nie tylko Polska. W Europie Środkowej i Wschodniej jest więcej państw, które próbują ostatecznie zrzucić balast postsowiecki czy postkomunistyczny. Przy czym podkreślić należy, że rozbieranie czy przenoszenie pomników poświęconych żołnierzom sowieckim ma wymiar nie tylko symboliczny, odnoszący się do pamięci historycznej. Jak się bowiem okazuje, sama obecność pomników, jak i walka o ich zachowanie, stały się ważną częścią rosyjskiej wojny hybrydowej prowadzonej z szeregiem europejskich krajów.

Pomnik historii, polityczna mina

Nie ma wątpliwości, że wznoszenie pomników sowieckich żołnierzy nie służyło ich upamiętnieniu. To nie lokalne społeczności za tym stały, ale narzucona przez Moskwę komunistyczna władza. Cel był czysto polityczny. Na wyzwolonych spod niemieckiej okupacji, ale natychmiast okupowanych przez Sowietów i ich lokalnych namiestników terytoriach służyły temu samemu, co niegdyś budowa monumentalnych cerkwi w prestiżowych lokalizacjach dużych miast podbitych przez cara krajów. Miały przypominać o trwałości dominacji rosyjskiej. Dziś służą przede wszystkim jako amunicja w wojnie informacyjnej z takimi krajami jak chociażby Polska. I są z pozoru niewinnym zagadnieniem (wszak to tylko miejsca upamiętniające poległych „wyzwolicieli”…), wokół którego widać jednak niepokojącą koncentrację różnych środowisk politycznych, od skrajnie prawicowych po skrajnie lewicowe. Łączy je jednak słabość do Rosji, a charakteryzuje wasalna niemal postawa wobec wszystkiego, co płynie ze Wschodu.

Drugim trującym owocem polityczno-informacyjnej wojny wokół pomników jest szkodzenie wizerunkowi danego kraju na arenie międzynarodowej. Mechanizm stosowany przez Rosję jest prosty: skoro Polacy czy Estończycy niszczą miejsca pamięci Armii Czerwonej walczącej z nazistowskimi Niemcami, to znaczy, że nie tylko są niewdzięczni, ale wręcz bliżej im do tychże nazistów. Dość prymitywne to rozumowanie, ale przy sprawnie działającej machinie propagandowej Rosji na Zachodzie, może przekonać część odbiorców.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej zniknie z parku Skaryszewskiego. Rosja protestuje

W warszawskim parku Skaryszewskim rozpoczął się demontaż pomnika Wdzięczności Żołnierzom Armii. Monument zostanie następnie przekazany Instytutowi...

zobacz więcej

Pomniki czerwonoarmistów w całej Europie Środkowej i Wschodniej, także w Polsce, przypominają bomby z opóźnionym zapłonem, pozostawione przez sowieckiego najeźdźcę wiele dekad temu. Teraz Moskwa „wysadza” je – oczywiście w politycznym i propagandowym znaczeniu. Jak bardzo niebezpieczna jest to broń, niech świadczą wydarzenia w Estonii wiosną 2007 roku. Przeniesienie (nie likwidacja!) przez władze pomnika sowieckich żołnierzy z prestiżowego miejsca w stolicy na cmentarz wojskowy Moskwa wykorzystała jako pretekst do destabilizacji Estonii (zamieszki uliczne, cyberataki), kraju, co należy podkreślać, należącego już przecież do NATO i UE. Moskwa przetestowała wtedy na Estonii różne środki, które zastosowano na szeroką skalę w późniejszych latach. Choćby ataki hakerskie na państwowe i strategiczne instytucje. Ale przede wszystkim przeprowadzona przez rosyjski wywiad SWR operacja wokół sprawy pomnika Brązowego Żołnierza, pokazuje, jak dużym zagrożeniem dla bezpieczeństwa danego kraju, chociażby i Polski, są kontrowersje wokół pomników sowieckich. Na tyle dużym, okazuje się, że do akcji musiały wkroczyć polskie służby.

Kursk i przyjaciele

W maju tego roku wydalono z Polski pięć osób, które miały brać udział w działaniach hybrydowych wymierzonych w Polskę. Według ABW, podejmowały próby konsolidacji środowisk prorosyjskich wokół dwóch priorytetowych dla Moskwy zagadnień: relacji polsko-ukraińskich oraz polityki historycznej. To drugie ściśle wiązało się ze sporami wokół pomników sowieckich żołnierzy. Co potwierdzały dane dwóch osób wydalonych wtedy z Polski: Jekateriny Cywilskiej i Anny Zacharian. Obie mają rosyjski paszport, a w Polsce angażowały się w działalność Stowarzyszenia Kursk. Powstało ono w 2012 roku, ale dopiero od 2-3 lat stało się bardzo aktywne i coraz o nim głośniej. Oficjalnie jego celem jest rekonstrukcja i odbudowa wojskowej architektury, zabytków i atrakcji kulturalnych. „Jak również skutecznej pomocy dla samorządów w zakresie opieki i nadzoru w miejscach pamięci o różnych bitwach wojskowych, pomników chwały wojskowej i innych zabytków pod ochroną państwa polskiego” - czytamy na stronie Kurska.

Ale na zamieszczonej liście odnowionych obiektów (lata 2013-2017) są niemal wyłącznie pomniki czy groby sowieckie. Na czele Stowarzyszenia Kursk stoi Jerzy Tyc, znana postać w skrajnie prorosyjskich kręgach w Polsce. Członek Rady Krajowej prorosyjskiej partii Zmiana, częsty gość mediów rosyjskich. Wśród jego znajomych są Mateusz Piskorski (siedzi w areszcie śledczym), Bartosz Mendyk (sekretarz Stowarzyszenia Współpracy Polska-Rosja) czy Dawid Hudziec (działacz OWP, wyjechał do Donbasu walczyć po stronie Rosjan) oraz publicyści Władimir Kirijanow, Agnieszka Wołk-Łaniewska czy Zofia Bąbczyńska-Jelonek.

Rosjanie upamiętnili sowieckiego generała pod pomnikiem widmem

Pod nieistniejącym od ponad 2,5 roku pomnikiem generała Iwana Czerniachowskiego w Pieniężnie pojawili się m.in. ambasador i konsul generalny Rosji...

zobacz więcej

Działacze Kurska nie kryją nawet swoich bardzo dobrych kontaktów w Rosji. Kiedy delegacja stowarzyszenia w październiku 2016 r. składała wizytę w Moskwie, Russia Today pokazała zdjęcia polskich gości przebranych w sowieckie mundury, pijących wódkę z rzeczniczką rosyjskiego MSZ Marią Zacharową. Tą samą, która 15 czerwca 2018 r. mówiła – wbrew faktom - że Polska nadal ignoruje zobowiązania odnośnie ochrony pamięci sowieckich żołnierzy. Środki na swą działalność Kursk zbiera na rachunku bankowym w Polsce, ale też w Rosji (konto w państwowym Sbierbanku). Stowarzyszenie ma też profil na rosyjskim portalu społecznościowym Vkontakte, który oficjalnie służy m.in. mieszkańcom Rosji do zgłaszania próśb o odnalezienie mogiły przodka poległego na terytorium Polski. W przypadku Stowarzyszenia Kurski i Jerzego Tyca głównym partnerem w Rosji jest podpułkownik rezerwy Wiaczesław Kalinin, znany działacz szeregu organizacji i stowarzyszeń wyrosłych w środowisku rosyjskich siłowików. Organizacja Tyca nie stroni od współpracy z takimi rosyjskimi organizacjami, jak np. woroneska „Siła w jedności”, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem jest „odbudowa patriotyzmu w społeczeństwie”, zaś w jej kierownictwie i wśród ekspertów aż roi się od emerytowanych wysokich oficerów KGB, FSB, MSW.

Bałtycka wojna o historię

Polska nie jest bynajmniej jakimś wyjątkiem – spory o pomniki sowieckich żołnierzy toczą się od lat również w innych państwach naszej części Europy. Dla niektórych z nich jest to nawet dużo groźniejsze, niż dla nas. Choćby państw bałtyckich, a już szczególnie Estonii i Łotwy, które mają bardzo duże mniejszości rosyjskojęzyczne (25-30 proc.). Mając taką potencjalną „piątą kolumnę”, władze w Rydze i Tallinie muszą uważać szczególnie. Tym bardziej, że dochodzi tutaj jeszcze jeden ważny w tym kontekście element. Element historyczny, niewygodny dziś dla Łotyszy i Estończyków. Chodzi o walkę różnych formacji bałtyckich u boku nazistowskich Niemiec. I nieważne, że te jednostki Waffen SS walczyły na froncie z Sowietami. Rosyjska machina propagandowa wykorzystuje kolaborantów z czasów wojny (walczących z sowieckim okupantem) dla oczerniania Estonii i Łotwy, a współczesne próby przenoszenia sowieckich pomników wojennych przez władze krajów bałtyckich przedstawia jako zemstę „nazistów”.

O poważnym politycznym kryzysie w Estonii wywołanym przeniesieniem pomnika Brązowego Żołnierza z prestiżowego punktu Tallina na cmentarz wojskowy była już mowa wcześniej. A przecież wciąż nie brakuje w Estonii podobnych potencjalnych zarzewi konfliktu: około stu pomników ku czci żołnierzy Armii Czerwonej poległych w II wojnie światowej, a także komunistów. Wiele z nich stoi w rejonach zdominowanych przez ludność rosyjskojęzyczną. Dla wielu z tych ludzi to ostatni symbol czasów, gdy to oni rządzili w Estonii. Próby likwidacji czy przenosin takich pomników mogą więc tym łatwiej być wykorzystane przez Moskwę do ponownego rozpętania konfliktów na tle narodowościowym. Zresztą tym samym motywem Rosja kieruje się w swej polityce pomnikowej wobec Łotwy. Warto przypomnieć, jak Moskwa rozegrała sprawę pomnika „Wyzwolicielom Rygi”, gdy na jesieni 2013 roku minister sprawiedliwości Janis Bordans poparł zwolenników przeniesienia postumentu. MSZ Rosji ogłosiło, że to kolejny dowód „zaangażowania Rygi w próbę zafałszowania historii wybuchu II wojny światowej”, i oczywiście nie zabrakło przypomnienia Łotewskiego Legionu Waffen-SS.

Niemiecki historyk: Pomnik polskich ofiar wojny wywoła konflikty

Pomnik w Berlinie upamiętniający wyłącznie polskie ofiary wojny może wywołać na wschodzie konflikty o kulturę pamięci – pisze historyk Martin Aust....

zobacz więcej

Sowieckich pomników nie chcą również Litwini. W 1985 roku w okręgu olickim na południu kraju wzniesiono pomnik na cześć sowieckiego „żołnierza-wyzwoliciela” w miejscu, gdzie doszło do jednego z pierwszych starć pancernych w wojnie 1941 r. Teraz przeniesiono go do parku miejskiego, gdzie w jednym miejscu gromadzone są tego typu symbole. Rosyjskie media szerzyły kłamliwą wersję, że pomnik został zniszczony, podczas gdy został przeniesiony. W marcu 2018 r. zdemontowano pomnik ku czci sowieckich aktywistów zabitych przez partyzantów litewskich w 1946 r. Też do wspomnianego parku. Wcześniej na pomniku ktoś namalował swastyki. Na demontaż szybko zareagowała rosyjska ambasada, twierdząc, że to może być początek stosowania mechanizmu znoszenia pomników na Litwie pod pretekstem ich „ratowania przed atakami wandali”.

Pomnikowa krucjata

Dziś pomnikowa wojna stała się ważnym elementem politycznych zmagań Moskwy z dawnymi jej satelitami. Choćby na Ukrainie, gdzie przyjęta 9 kwietnia 2015 r. ustawa dekomunizacyjna otworzyła szeroko drzwi do usuwania z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych, symboli kojarzących się z czasami sowieckimi – przez wielu Ukraińców postrzeganymi po prostu jako symbole zniewolenia ich kraju przez Rosjan. Choć z przepisów ustawy wyłączono pomniki wojenne, klimat polityczny na Ukrainie jest taki, że dochodzi do niszczenia tego typu symboli, zwłaszcza na zachodzie Ukrainy. Jednym z takich głośnych przypadków było uszkodzenie w czerwcu br. lwowskiego pomnika Chwały Bohaterom Poległym w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. A przecież pierwsza w takich dekomunizacyjnych działaniach była Gruzja. W 2011 r. parlament w Tbilisi uchwalił prawo przewidujące likwidację sowieckich pomników.

Estonia, Łotwa, Litwa, Gruzja, Ukraina – to wszystko to jednak byłe sowieckie republiki. A jak sytuacja wygląda w dawnych satelitach Moskwy, tzw. demoludach? Polska wysuwa się tu na czoło, jeśli chodzi o odgórne, zapisane w prawie, usuwanie symboli sowieckiej dominacji. Co nie znaczy, że w innych krajach nie ma przeciwników pomników krasnoarmiejców. Tam jednak walka z pomnikami ogranicza się do ich malowania i umieszczania napisów, czy też, jak z pewnym pomnikiem w Czechach, do urealnienia informacji na jego temat. Zmieniono napis na pomniku upamiętniającym marszałka Iwana Koniewa – przypomniano jego ważną rolę w zdławieniu Praskiej Wiosny 1968. W innych krajach naszej części Europy, także tych, gdzie sowieckie pomniki wojenne są chronione przez prawo, i tak padają one ofiarą wandalizmu. Dobrym przykładem jest pomnik Armii Sowieckiej w Sofii. Nieznani aktywiści pomalowali go w nocy 24 lutego 2014 na znak solidarności z Euromajdanem. Ale jest też kraj, gdzie pomniki poświęcone Armii Czerwonej mają się doskonale i nic im nie grozi. W 2014 r., gdy Rosja napadała na Ukrainę, kanclerz Angela Merkel zaprotestowała przeciwko inicjatywie skierowania do Bundestagu petycji w sprawie usunięcia dwóch radzieckich czołgów T-34 stojących niedaleko Bramy Brandenburskiej.

„Zielone ludziki” na Bałtyku? Spektakularna akcja fińskich służb

Domki jednorodzinne niczym bazy dla dywersantów, tajemnicze loty śmigłowców, a w pobliżu strategiczny szlak morski. Od dawna niepokoiło to fińskie...

zobacz więcej

Rosyjskie cele

Dlaczego Rosja tak zażarcie walczy o utrzymanie pomników sowieckich, nawet jeśli są to tylko symbole, a nie miejsca pochówku krasnoarmiejców? Ich obecność jest bardzo ważna z punktu widzenia rosyjskiej ideologii państwowej. Przypominać mają lokalnym mieszkańcom o długu wdzięczności, jaki należy się Rosji. Jak duże znaczenie mają tego typu symbole świadczy przypadek Bułgarii i upamiętnienia XIX-wiecznych rosyjskich kampanii przeciwko Turcji, które doprowadziły do uzyskania przez Bułgarów niepodległości. W 1945 roku wysłannik z Moskwy raportował Komitetowi Centralnemu sowieckiej kompartii: „Nie ma miasta lub większej miejscowości w tym kraju, w której nie byłoby pomników braterstwa broni rosyjsko-bułgarskiego. (…) Bez wątpienia, odegrały one wielką rolę w zarażeniu obecnego pokolenia Bułgarów głęboką miłością do Rosjan, którą widzieliśmy podczas naszego tu pobytu”.

Pomniki sowieckich żołnierzy służą budowaniu i utrwalaniu wizerunku ZSRR jako wyzwoliciela narodów uciemiężonych przez „faszystów”, to zaś jest ważnym elementem bieżącej polityki zewnętrznej Moskwy i zarazem buduje popularność władzy w kraju - dla przeciętnego Rosjanina Wielka Wojna Ojczyźniana jest największą świętością. Nie ma żadnych wątpliwości, że pomniki są tylko instrumentem wykorzystywanym przez agresywną Rosję w wojnie hybrydowej z Polską. Charakterystyczne dla tego instrumentu są kłamstwa i dezinformacja. Kiedy prezydent Andrzej Duda zatwierdził w czerwcu 2017 roku zmiany w ustawie o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego, zgodnie z którymi z Polski mają zniknąć pomniki upamiętniające Armię Czerwoną, w rosyjskich mediach wybuchła prawdziwa histeria, a głosy potępienia popłynęły z MSZ i ambasady rosyjskiej w Warszawie. W propagandowym chaosie Moskwa świadomie pomijała taki „drobny” szczegół, że ustawa nie dotyczy grobów i cmentarzy, a tylko pomników o charakterze propagandowym.

Nie wolno też zapominać, że Rosja – krytykując inne kraje za rzekome próby przepisania historii na nowo poprzez usuwanie pomników – sama postępowała i postępuje w ten sposób. Na przykład w okupowanej Estonii zniszczono tysiące pomników, tablic pamiątkowych oraz miejsc pamięci, które wiązały się z niepodległością estońską – szczególnie tępiono pomniki poległych w Estońskiej Wojnie Wyzwoleńczej (1918-1920). Jakże przypomina to wymazywanie pamięci w Polsce o wojnie 1920 r. A przecież Rosjanie nawet teraz demontują czyjeś pomniki. Krótko po aneksji Krymu usunęli z Sewastopola dwa pomniki postawione w nim wcześniej przez władze ukraińskie: jeden z okazji 10-lecia utworzenia sił morskich Ukrainy, drugi z figurą hetmana Piotra Sahajdacznego. Co przeszkadzało Rosjanom w postaci z XVII w.? Być może obawa, że ktoś sobie przypomni, iż Sahajdaczny dwukrotnie dowodził zwycięskimi wyprawami wojsk kozackich na Rosję, w czasie wojen polsko-moskiewskich.

Prowadzona przez Rosjan „wojna pomnikowa” z różnymi krajami Europy Środkowej i Wschodniej służy kilku celom. Ma psuć międzynarodowy wizerunek danego kraju, jako miejsca, gdzie kwitnie nacjonalizm. W tym punkcie rosyjska narracja zbiega się z narracją lewicowo-liberalnych elit w zachodniej Europie. Wystarczy przypomnieć, co zachodnie media i niektórzy politycy (np. Guy Verhofstadt) mówiły o Marszu Niepodległości 11 listopada w Warszawie. „Wojna pomnikowa” ma też nastawiać Rosjan negatywnie do sąsiedniego kraju i jego mieszkańców. Ma też wprowadzać podziały w społeczeństwie i tworzyć grunt pod przyszły liczący się polityczny obóz prorosyjski. „Wojna pomnikowa” to tylko etap w budowie wpływów rosyjskich, etap, którego celem jest identyfikacja i konsolidacja środowisk prorosyjskich, tak by w przyszłości stworzyć w oparciu o nie liczącą się siłę polityczną.

źródło:
Zobacz więcej