Piątkowe szaleństwo. Włosi pokochali polskiego napastnika

Krzysztof Piątek zadebiutował w reprezentacji u boku swojego idola, Roberta Lewandowskiego (fot. Getty)

Do Serie A, jednej z najlepszych europejskich lig, wszedł z drzwiami, bez kompleksów. Strzelił dziewięć goli w dziewięciu meczach, nic sobie nie robiąc z bajek o aklimatyzacji i trudnym losie Polaków za granicą. Krzysztofa Piątka „gwiazdą” nazwać jeszcze nie można, ale znacznie bliżej mu do nieba niż piłkarskiej szarzyzny. Egzamin dojrzałości – za chwilę.

Nowy ranking FIFA. Polacy wypadają poza pierwszą dwudziestkę

Reprezentacja Polski spadła z 18. na 21. miejsce w najnowszym rankingu Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA). Na prowadzeniu są brązowi...

zobacz więcej

Był w polskiej piłce taki czas, zresztą całkiem niedawno, gdy ekscytowaliśmy się występami Andrzeja Niedzielana w NEC Nijmegen. Kolejne gole Macieja Żurawskiego dla Celtiku Glasgow bywały najważniejszymi sportowymi wydarzeniami weekendu, a co bardziej gorliwi kibice z wypiekami na twarzy śledzili losy Mirosława Szymkowiaka w Trabzonsporze czy Tomasza Frankowskiego w Wolverhampton.

Gdyby w tamtym okresie za któregoś z Polaków niezły włoski zespół zapłacił 4 mln euro, wybuchłoby szaleństwo.

Teraz, w kraju rozpieszczonym Milikiem, Zielińskim, Szczęsnym, Fabiańskim czy Lewandowskim, transferu Piątka wielu nawet nie dostrzegło. Ot, kolejny względnie młody Polak, który pewnie za dwa lata wróci z podkulonym ogonem. Jak Filip Starzyński, Rafał Wolski, Dominik Furman i kilku innych.


***

Krzysztof Piątek w FC Barcelona? Klub szuka napastnika

Krzysztof Piątek, napastnik włoskiej drużyny Genoa CFC świetnie spisuje się w nowym klubie. Nad jego ściągnięciem zastanawia się FC Barcelona.

zobacz więcej

Karierę „wymarzył” mu ojciec. Gdy tylko dostrzegł talent, rozpoczął pracę nad dyscypliną: młody Krzyś wychodził z domu codziennie około szóstej, jechał niemal godzinę na trening, do szkoły i na kolejny trening, by wrócić, gdy za oknem było już ciemno.

Z Lechią Dzierżoniów, krzątającą się gdzieś po niższych klasach rozgrywkowych, związany był przez kilka lat. W trzeciej lidze zadebiutował długo przed tym, zanim wydano mu dowód osobisty.

– Nie przejmował się niczym, okrzyki z trybun po nim spływały. Podchodził do wszystkiego swobodnie, na luzie. Był najmłodszy, a nakręcał zespół mentalnie, nie czuł się gorszy od starszych graczy. Pokazywał mocną osobowość – opisywał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” ówczesny trener zespołu Zbigniew Soczewski.

Talent Piątka dostrzeżono szybko. Testy w Zagłębiu Lubin, pierwszy poważny kontrakt, potem niemal dwa lata występów w grupach młodzieżowych. Na poziomie Ekstraklasy zadebiutował 18 maja 2014 r., w meczu z Cracovią, niedługo przed 19. urodzinami.

Nie – nie podbił ligi, nie powalił na kolana, nie rozgrzał notesów obserwatorów. Coś tam w kolejnych latach strzelił, na boisku pojawiał się regularnie, ale skoro z odsieczą ściągniętego Martina Nespora, to raczej nikt nie liczył, że może być nowym Lewandowskim.

Dziennikarze zajmujący się w tamtym czasie lubińskim klubem wspominają, że Piątkowi szybko zrobiło się na Dolnym Śląsku ciasno. Marzył o Warszawie, może Krakowie, choć nie był raczej typem imprezowicza. – Może to dlatego, że sam pochodził z bardzo małego miasteczka? Może chciał spróbować nieco innego życia? – zastanawia się jeden z nich.

Gdy na stole pojawiła się oferta z Cracovii, oddano go bez większego żalu. Trener Jacek Zieliński potrzebował napastnika, a Piątek pasował do jego charakterystyki. Krakowski klub wygrał rywalizację z Lechią czy Legią, które nie były gotowe wyłożyć aż 500 tys. euro.

Żałować zaczęły mniej więcej po roku. Choć już za Zielińskiego strzelał w miarę regularnie, to dopiero pod okiem Michała Probierza udało mu się rozwinąć skrzydła. Pomimo gry w zespole, który nie imponował skutecznością, uplasował się w czołówce najlepszych snajperów ligi.

Już wtedy chwalono go za niezwykły instynkt strzelecki i charakter. Zadziorny, kontrowersyjny Probierz mówił nawet, że przypomina mu jego z czasów młodości, „tyle że jest lepszy”.


***

Liga Narodów. Polska przegrała z Włochami w Chorzowie

Na dwie minuty przed końcem meczu Włosi strzelili bramkę. Nie ma wątpliwości, że Polacy zagrali znacznie gorzej od swoich rywali. Stawka była...

zobacz więcej

W Krakowie nazywali go „Lewym”. Lewandowski to idol Piątka, a trener regularnie wbijał mu do głowy, że jest między nimi wiele podobieństw. Na pewno obaj są niezwykle pracowici, nie mają kompleksów i wiedzą, czego w życiu chcą. Mówi się o takich: skazani na sukces.

O ile jednak Lewandowski opuszczał Ekstraklasę jako gwiazda, król strzelców, wicemistrz Polski, z doświadczeniem w europejskich pucharach, o tyle Piątek był raczej „jednym z wielu”.

Genua nie była wyborem przypadkowym. To w tym mieście – choć we wrogiej Sampdorii – gra trzech reprezentantów kraju: Bartosz Bereszyński, Karol Linetty i Dawid Kownacki. Wszystkich łączy przeszłość w Lechu Poznań i… ta sama agencja menadżerska. Ludzie z „Fabryki Futbolu” cieszą się w Ligurii dużym kredytem zaufania, więc gdy polecili szerzej nieznanego polskiego napastnika, nikt się w czoło nie pukał.

I całe szczęście. Enrico Preziosi, ekscentryczny właściciel klubu Genoa, przed kilkoma laty miał „na tacy” samego Lewandowskiego. Zanim zgłosiła się Borussia Dortmund, zdążył uścisnąć z nim dłonie i wysłać na testy medyczne. Do transferu nie doszło z powodu minimalnych rozbieżności finansowych…

Tym razem grosza nie szczędził. Dla zespołu, który rzadko wydaje więcej niż dwa miliony euro, kwota ponaddwukrotnie wyższa – za człowieka nawet w Polsce niemającego statusu gwiazdy (czy nawet „wielkiego talentu”) – to już sprawa całkiem poważna. Preziosi przestudiował ponoć dokładnie płyty z jego występami i wszem i wobec oznajmiał, że „ściągnął właśnie nowego Lewandowskiego”. Tyle tylko, że chyba sam w to nie wierzył…


***

Transfer Cristiano Ronaldo zdominował lato we Włoszech. Najlepszy piłkarz świata zamienił Real na Juventus, a rozkochana w futbolu Italia kąpała się już nie tylko w słońcu i morzu, ale i zalewających kraj informacjach na temat nowego idola turyńskich kibiców.

Kilka miesięcy później bohaterów było już dwóch.

Zaczęło się od mocnego uderzenia: pięć goli w meczu towarzyskim z Val Stubai, potem gol ze Swansea, no i dwa trafienia z Cuneo i Albissolą. W sparingach to każdy umie – uspokajali jednak kibice, dalecy od ekscytacji.

Przyszedł czas na debiut w oficjalnym spotkaniu: z Lecce, w Pucharze Włoch. Niech przemówi obraz.



„Lecce gra w drugiej lidze, Serie A to nie to samo, to najtrudniejsza liga dla napastników, niech tam się wykaże” – malkontentów wciąż nie brakowało. I znów Piątek odpowiedział najlepiej, jak tylko potrafił: gole z Bologną (1:0), Lazio (1:4), Chievo (2:0), Frosinone (2:1) i Parmą (3:1) sprawiły, że na punkcie Polaka wybuchnęło we Włoszech prawdziwe szaleństwo. Koszulki w klubowym sklepie sprzedawały się na pniu, a liczbą publikacji w kultowej „La Gazetta dello Sport” dorównywał nawet słynnemu Portugalczykowi.

Piątek zasłużył na powołanie do reprezentacji, w której zadebiutował meczem z Portugalią. I – oczywiście – okrasił ten debiut golem.

Mało? Gdy w trakcie reprezentacyjnej przerwy tworzono jedenastkę piłkarzy Serie A, których wartość od początku sezonu wzrosła najbardziej, nie mogło go zabraknąć.

Przechadzając się malowniczymi włoskimi ulicami, na widok Polaka mieszkańcy nie krzyczą już ani „Kubica!”, ani „Lewandowski!”. Piątek jest wszędzie. Przejął świadomość, zawładnął sercami. Zachwycił – i nad Tybrem, i nad Wisłą.

Jeśli można odnośnie Polaka jakieś „ale”, to za miesiąc wszelkie argumenty powinny zniknąć. Owszem – strzela dużo, dziewięć goli w dziewięciu meczach to dorobek imponujący, ale większość rywali okupuje raczej dolne rejony tabeli.

Zanim więc hasła o „nowym Lewandowskim”, zanim transfer za kilkadziesiąt milionów euro, fani pragną zobaczyć go na tle tych największych: Milanu, Interu, Napoli i Sampdorii, z którymi Genoa zmierzy się tydzień po tygodniu.

– Jeśli w tych starciach pokaże wysoki poziom, jeśli – jak dotychczas – zamieni w złoto każde podanie, które otrzyma, to kibice będą go nosić na rękach – przekonuje Riccardo Re, dziennikarz włoskiego oddziału telewizji „Sky Sports”. A jeśli nie? „Wtedy zobaczymy, z jakiej gliny jest ulepiony. Jak zareaguje na pierwszy kryzys, na pierwszą krytykę. Przekonamy się, ile naprawdę jest wart”.

To może być najtrudniejszy, ale i najpiękniejszy miesiąc w karierze Polaka. Jeśli zda egzamin dojrzałości, otworzyć się mogą bramy do największych klubów świata.

źródło:
Zobacz więcej