Wycisnęli z Merkel i Macrona, ile się dało. „Pokojowy szczyt” wśród wybuchów bomb [ANALIZA]

Władimir Putin, Angela Merkel, Recep Tayyip Erdogan i Emmanuel Macron w trakcie szczytu w Stambule (fot. PAP/EPA/MAXIM SHIPENKOV / POOL)

Na Zormichar spadł grad pocisków, podobnie jak na trzy sąsiednie wioski. To była turecka artyleria. Kilkanaście godzin wcześniej prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan gościł w Stambule przywódców Rosji, Niemiec i Francji. Rozmawiali o pokoju w Syrii.

Putin, Merkel, Erdogan i Macron spotkali się w Stambule

Turcja, Rosja, Francja i Niemcy opowiadają się za trwałym zawieszeniem broni w Syrii, powołaniem komisji konstytucyjnej dla tego kraju oraz...

zobacz więcej

Ostrzelane w niedzielę 28 października wsie leżą na północy Syrii, w rejonie Kobane. Zamieszkują je Kurdowie, a te tereny kontrolują walczące z tzw. Państwem Islamskim kurdyjskie Ludowe Jednostki Samoobrony (YPG). Armia turecka ostrzelała Zormichar, Czarichli, Siftek i Aszme z czołgów, haubic oraz dział artyleryjskich. Nie tylko że atak nie był niczym sprowokowany, to jeszcze nastąpił akurat w czasie, gdy Kurdowie toczą ciężkie walki z dżihadystami w prowincji Deir ez-Zour, za Eufratem.

W ten sposób Erdogan potwierdził, że nie zaakceptuje pokoju w Syrii, w której w północno-wschodniej części funkcjonować będzie ciesząca się sporą autonomią administracja kurdyjska. Ostrzał tuż po zakończeniu „pokojowego szczytu” w Stambule to też wyraz bezsilności Ankary – nie uderzą na syryjskich Kurdów, bo tych wspierają Amerykanie. 10 października sekretarz stanu Mike Pompeo podkreślał, że USA dalej będą wspierać syryjskich Kurdów i dążyć do zapewnienia im miejsca przy stole rokowań pokojowych.

Format stambulski

Tyle że w Stambule nie było Amerykanów, a Kurdów do jakichkolwiek rokowań pod auspicjami tzw. tercetu astańskiego nie dopuszcza Turcja. W takim formacie jak nad Bosforem o Syrii jeszcze nie rozmawiano. Od początku było jasne, i nawet uczestnicy szczytu tego nie ukrywali, że żadnych konkretów nie będzie, że jest to przede wszystkim „symbol”. Zresztą trudno było oczekiwać przełomu od spotkania, na którym nie ma dwóch państw, bez udziału których nie da się za wiele ws. Syrii ustalić. Chodzi oczywiście o USA i Iran. Udział Turcji i Rosji w szczycie był zrozumiały – wszak uczestniczą w wojnie syryjskiej nie tylko politycznie, ale i militarnie. Skąd jednak Niemcy i Francja? Oczywiście Berlin i Paryż miały swoje polityczne powody, by ściskać dłonie przywódców dwóch państw, których wojska przelały już mnóstwo krwi w Syrii. Należy też jednak zadać sobie pytanie: dlaczego Putin i Erdogan zaprosili do stołu Merkel i Macrona?


banner

Erdogan: Nie wycofamy się z Syrii aż do wyborów w tym kraju

– Turcja nie wycofa się ze stref, które kontroluje w Syrii, do czasu aż odbędą się tam wybory – oświadczył w czwartek prezydent Turcji Recep Tayyip...

zobacz więcej

Decyzja o szczycie w Stambule zapadła jeszcze 17 września w Soczi, gdy Putin i Erdogan ustalali warunki rozejmu w Idlib. Po co przyjechała Merkel? Bo wojna syryjska ma związek z uchodźcami w Europie, głównie w Niemczech. Dlaczego przyjechał Macron? Francja nie przepuści żadnej okazji, by zademonstrować swoje międzynarodowe znaczenie i przynależność do nielicznej grupy mocarstw. Francuski prezydent wcześniej wymyślił, aby połączyć wysiłki dwóch formatów najbardziej liczących się w międzynarodowych negocjacjach na temat Syrii: „grupy astańskiej”, w której ton nadaje tercet Rosja-Turcja-Iran, oraz tzw. „small group”, złożonej z największych uczestników „antyterrorystycznej koalicji”: USA, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i Jordanii. Tyle że w Stambule brakowało uczestników zarówno z jednej, jak i z drugiej grupy.

Idlib czeka na atak

Celem doraźnym szczytu było ratowanie tzw. strefy zdemilitaryzowanej w prowincji Idlib. A więc odłożenie w czasie i tak nieuchronnej ofensywy wojsk Asada na ostatni bastion rebeliantów. Przy czym dla Francji i Niemiec ważne były symboliczne kroki w sferze humanitarnej, choćby wpuszczenie do Idlib zablokowanych konwojów ONZ z pomocą. W leżącej na północnym zachodzie prowincji przebywa teraz nawet do 3 mln ludzi, w tym dziesiątki tysięcy rebeliantów. Jeszcze na początku września wydawało się, że ofensywa sił Asada i szyickich milicji wspieranych przez rosyjskie lotnictwo jest nieuchronna. Idlib to ostatnia z czterech tzw. stref deeskalacji, wymyślonych ponad rok temu przez Moskwę. Miały to być enklawy spokoju, kontrolowane przez rebeliantów aż do czasu pokojowego rozwiązania konfliktu syryjskiego. W rzeczywistości siły reżimu, Irańczycy i Rosjanie niszczyli je jedna po drugiej. Najpierw w prowincji Homs, potem była Wschodnia Ghouta, wreszcie strefa w południowo-zachodniej Syrii. Została tylko w Idlib.

Jednak Erdogan postawił weto – większość rebeliantów w tej enklawie współpracuje z Turkami. W Soczi 17 września Putin i Erdogan dogadali się. Ofensywę wstrzymano, wytyczono tzw. strefę zdemilitaryzowaną oddzielającą pozycje sił rządowych od rebeliantów. Z pasa terytorium o szerokości 15-20 km, patrolowanego przez żołnierzy rosyjskich i tureckich, siły reżimowe miały wycofać ciężkie uzbrojenie, a rebelianci w ogóle się wycofać. Problem w tym, że nie wszyscy słuchają Ankary i nie brak tu radykalnych islamistów. O pretekst do ataku nie będzie więc Damaszkowi trudno. Już 15 października szef syryjskiej dyplomacji Walid el-Mualim powiedział, że spokój w Idlib jest nie do utrzymania, jeśli rebelianci nie dostosują się do nakazu utworzenia strefy zdemilitaryzowanej. Dodał, że sytuację muszą ocenić „nasi przyjaciele Rosjanie”. Jedno jest pewne, Damaszek nie zrezygnuje z odzyskania kontroli nad prowincją.

Francuskie źródło: rząd chce sprowadzić z Syrii dzieci dżihadystów

Władze Francji zamierzają sprowadzić do kraju dzieci francuskich dżihadystów, schwytanych przez siły kurdyjskie na północnym wschodzie Syrii –...

zobacz więcej

Gra o konstytucję

Drugim celem szczytu miała być próba uruchomienia procesu politycznej transformacji w Syrii. Problem w tym, że o ile jeszcze dwa lata temu było prawie przesądzone, że nowy krajobraz polityczny w Damaszku będzie bez Asada i niemal wszyscy, oprócz Moskwy i Teheranu, żądali jego odejścia, to teraz reżim syryjski jest nie do ruszenia. Przede wszystkim na skutek militarnych sukcesów odniesionych przy walnym wsparciu Rosji i Iranu. Nic dziwnego, że 24 października, kilka dni przed Stambułem, władze w Damaszku odmówiły zatwierdzenia oenzetowskich przedstawicieli „komisji konstytucyjnej”, która wg planu ONZ powinna wypracować nową ustawę zasadniczą Syrii.

W skład komisji powinno wejść 50 reprezentantów reżimu Asada, 50 przedstawicieli opozycji i 50 ekspertów i przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, wybranych przez ONZ. Listę tych ostatnich przywiózł do Damaszku Staffan de Mistura, ale usłyszał, że syryjski rząd i Rosja ostatnio doszły do wniosku, że kandydatów na tą listę powinny zaproponować trzej gwaranci procesu astańskiego (Rosja, Iran, Turcja) wspólnie z Syrią.

– Jeśli reżim syryjski i Rosja opóźnią utworzenie komisji, nie będzie żadnych postępów w sprawie nowej konstytucji syryjskiej, żadnych postępów w kierunku wolnych i uczciwych wyborów parlamentarnych i prezydenckich, ani żadnych postępów w zakresie rozwiązania politycznego – mówił już kilka dni wcześniej zastępca stałego przedstawiciela USA przy ONZ Jonathan Cohen. Nic dziwnego, że Amerykanie ostro zareagowali na odmowę Damaszku. Na ich wniosek w piątek 26 października zwołano w tej sprawie nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nie można wykluczyć, że Merkel i Macron w Stambule chcieli też od Putina usłyszeć, jakie dokładnie stawia warunki Moskwa w sprawie „komisji konstytucyjnej”. Wszystko wskazuje na to, że Rosja chce w tym organie dostać pakiet kontrolny.

Szukając sponsorów

Oczywiście polityczną kontrolę nad Syrią, poprzez Asada, chce zachować Rosja (dzieląc się wpływami z Iranem), ale wyniszczony wojną kraj potrzebuje pieniędzy na odbudowę. A tych już Putin z Rowhanim nie mają, a nawet gdyby mieli, toby przecież nie wydawali na odbudowę domów, które wcześniej sami zniszczyli. Dlatego Putin wymyślił, że głównymi sponsorami odbudowy Syrii będzie Zachód i bogate monarchie Zatoki Perskiej. O jakie pieniądze chodzi? Według najbardziej ostrożnych szacunków ONZ to 250 mld dolarów.


banner

Piekło w Syrii. Ponad trzy lata w ciasnej celi i osiem miesięcy bez mycia

Jumpei Yasuda, japoński dziennikarz uwolniony z niewoli ugrupowania Front al-Nusra (odłamu Al-Kaidy w Syrii), dotarł do kraju i zaczął opowiadać o...

zobacz więcej

Od dobrych paru miesięcy Rosjanie jeżdżą i szukają sponsorów. I przekonują, że w Syrii jest już na tyle spokojnie, że ktoś powinien wyłożyć pieniądze na powrót uchodźców i odbudowę infrastruktury. To dziś jeden z głównych celów Kremla: wyciągnąć od Zachodu pieniądze, za które odbuduje zniszczoną m.in. przez siebie Syrię, co utrwali władzę jego sojusznika Asada. Dyplomaci rosyjscy starają się wręcz wzbudzić poczucie winy u potencjalnych darczyńców. Jak ambasador przy ONZ Wasilij Niebienzia, który przekonywał, że Rosja, Turcja i Iran przyczyniły się do zaprowadzenia stosunkowego pokoju w Syrii, podczas gdy Zachód nic nie zrobił.
– Pytam, co wy sami robicie dla syryjskiej ugody. O czym dyskutujecie w małej grupie? Nic nie wiemy o dokumentach będących rezultatem tych spotkań – mówił Niebienzia.

Potencjalni darczyńcy nie mówią „nie”, ale jako warunek stawiają uruchomienie „procesu politycznej transformacji”. Moskwa nie zamierza tu jednak negocjować. Więc straszy. Straszy, że w przypadku eskalacji sytuacji w Idlib na Europę runie nowa fala uchodźców. Putin wspominał o tym już podczas rozmów z Merkel w podberlińskim Mesebergu, w sierpniu. W wigilię szczytu stambulskiego, na pewno nie przypadkiem, lotnictwo Asada zbombardowało Idlib. Zginęli cywile. To było pierwsze tak poważne zaostrzenie sytuacji militarnej od 17 września. A tydzień przed szczytem stambulskim bułgarskie MSW opublikowało dane, z których wynika, że od strony Turcji nasila się presja migracyjna. Jako ostrzeżenie należy potraktować słowa Putina na konferencji po szczycie, w których „wyraził nadzieję”, że „turecka strona w najbliższym czasie zapewni realizację wycofania opozycji ze strefy zdemilitaryzowanej”. W przypadku, „jeśli radykalne elementy będą przeszkadzać” realizacji zadania „walki z terroryzmem”, „Rosja zachowuje sobie prawo okazania poważnej pomocy decydującym działaniom rządu syryjskiego w celu likwidacji tego gniazda terrorystycznego zagrożenia”.

Wygrali Putin z Erdoganem

We wspólnym oświadczeniu końcowym szczytu mowa jest o tym, że strony „wezwały” do utworzenia komisji konstytucyjnej i zebrania jej na pierwsze posiedzenie w Genewie „do końca roku”, „jeśli warunki na to pozwolą”. Warunki jasno określił w Stambule Putin, potwierdzając to, co powiedział na ten temat wcześniej reżim w Damaszku: „powinniśmy przeprowadzić pełnowartościowe konsultacje i z rządem Syrii, i z naszymi partnerami w Iranie”. Albo więc grupa mająca opracować nową konstytucję dla powojennej Syrii będzie zdominowana przez przedstawicieli Asada i Putina, albo jej w ogóle nie będzie.

Syria otwiera przejścia graniczne z Izraelem i Jordanią

Syria po czterech latach otworzyła jedyne przejście graniczne z Izraelem. Znajduje się ono w Al-Kunajtira w południowo-zachodniej części Syrii....

zobacz więcej

Putin, Erdogan, Merkel i Macron oświadczają również, że są za trwałym zawieszeniem broni w Syrii, ale jednocześnie kontynuowaniem walki przeciwko terroryzmowi. Oraz zgadzają się co do konieczności utrzymania integralności terytorialnej tego kraju. Pozornie brzmi to sensownie i pozytywnie. Tyle że Rosja, Asad i Iran na swój sposób interpretują takie pojęcia jak „terroryści” czy „integralność terytorialna”. Końcowa deklaracja, podpisana też przecież przez Merkel i Macrona, upoważnia Asada i jego sprzymierzeńców do zniszczenia ostatnich enklaw rebeliantów. Nie udało się natomiast Putinowi i Erdoganowi wymusić czegoś od liderów Francji i Niemiec ws. finansowania odbudowy Syrii.

– Nie będzie realnego, trwałego, wiarygodnego powrotu uchodźców, jeśli nie zostanie rozpoczęty proces pokojowy – oświadczył na konferencji prasowej Macron. Niemiecka kanclerz podkreśliła zaś, że syryjski konflikt nie może być zakończony wyłącznie militarnie, elementem jego rozwiązania musi być proces pokojowy pod auspicjami ONZ, obejmujący przeprowadzenie wolnych wyborów. To jednak jest niemożliwe.

Macron i Merkel swoją obecnością w Stambule uwiarygodnili działania tandemu rosyjsko-tureckiego w sprawie Syrii. W zamian za możliwość wygłoszenia komunałów o pomocy humanitarnej i demokracji pomogli Putinowi w realizowanej przez niego strategii wypychania USA z Syrii. Stambuł miał przede wszystkim pokazać, że wielcy tego świata debatują o pokoju i nie potrzeba tam żadnych Amerykanów. Tyle że bez Ameryki nie da się konfliktu syryjskiego zakończyć. A Waszyngton nie da się nabrać na rosyjską retorykę. – Obecność Rosji w regionie nie może zastąpić długotrwałych, pewnych i transparentnych zobowiązań USA na Bliskim Wschodzie – mówił szef Pentagonu Jim Mattis na spotkaniu z liderami państw arabskich w stolicy Bahrajnu, Manamie w czasie, gdy w Stambule zaczynał się szczyt.

– Jeśli Syria nie zapewni pełnego wyprowadzenia wspieranych przez Iran wojsk, nie dostanie nawet jednego dolara od USA na odbudowę – mówi zaś sekretarz stanu Mike Pompeo. Telewizja NBC News twierdzi, że administracja Trumpa pracuje nad nową strategią wojny w Syrii, w której ma więcej uwagi poświęcić wyparciu z tego kraju sił irańskich i proirańskich. To zaś oznacza, że szczyt w Stambule nie przybliżył Syrii do pokoju ani na krok. Bo nawet nie poruszono tam irańskiego problemu.

banner

źródło:
Zobacz więcej