pilne

Oficjalne wyniki wyborów do PE: PiS – 45,38 proc., KE – 38,47 proc., Wiosna – 6,06 proc., Konfederacja – 4,55 proc., Kukiz'15 – 3,69 proc., Lewica Razem – 1,24 proc.

ACTA2 - nowa, wspaniała sieć? [OPINIA]

Platforma Obywatelska zagłosowała za wprowadzeniem dyrektywy ACTA2 (fot. pixabay/geralt)

Protesty w sprawie ustawy ACTA były jedynym krytycznym głosem społecznym, którego Platforma Obywatelska posłuchała się w czasie ośmiu lat swoich rządów. Dla robotników rząd PO miał gumowe kule, gaz łzawiący i pałki policyjne. Dla kibiców czy narodowców podobnie, dołączając do tego ostrzał ze strony zaprzyjaźnionych mediów.

PE poparł projekt dyrektywy o ACTA2. „Czarny dzień dla wolności w internecie”

Parlament Europejski poparł w środę projekt dyrektywy o prawie autorskim dotyczącym internetu. Za projektem opowiedziało się 438 europosłów,...

zobacz więcej

Na tę broń można było liczyć również wobec środowisk, domagających się wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej, wobec których prowadzono też operacyjne działania służb i policyjną inwigilację, temat zresztą niestety został zdaje się zupełnie przez wszystkich zapomniany, jak kilka innych ciekawych okoliczności, ujawnionych przez audyt, dotyczący pracy poprzedniej ekipy. Szkoda. Wróćmy jednak do ACTA i szerzej, kneblowania wolności słowa w internecie.

Zanim jeszcze ACTA stała się tematem rozmów i przyczynkiem do społecznej aktywności użytkowników internetu, w marcu 2011 roku rząd próbował przeforsować „Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz niektórych innych ustaw”. Ten akt prawny, pod pretekstem wprowadzenia u nas koniecznych zmian, dostosowujących nasze prawo do przepisów unijnych, umożliwić mógł de facto działalność telewizji internetowych i mocno utrudnić działalność portalom.

Przepisy te zostały dość powszechnie uznane za knebel i spotkały się z szeroką krytyką ze strony internautów, zwłaszcza tych, mniej życzliwych wobec rządu Donalda Tuska i obawiających się, nie bez podstaw, że otrzymuje on właśnie wygodne narzędzie do zablokowania całej debaty politycznej w internecie.

Nowe przepisy początkowo przyjęte zostały jednogłośnie, również z udziałem posłów PiS, którzy, jak się zdaje, w pierwszej chwili nie zdali sobie sprawy z powagi zagrożenia. Jednak oddolny sprzeciw ze strony wyborców wpłynął najpierw na polityków tej partii, później zaś również wobec rządzących. Finalnie z ustawy w nowym brzmieniu wykreślono internet. Jak wiemy, temat jednak nie umarł i wkrótce powrócić miał razem z ACTA.

PO od mocnego „nie” do poparcia dla ACTA2. Samuel Pereira: Skąd ta zmiana?

– Zadziwia mnie ta zmiana decyzji PO. W ciągu dwóch miesięcy od mocnego „nie” dla ACTA2 europosłowie tej partii jednak poparli zmiany. Pytanie do...

zobacz więcej

Równolegle, choć na początku po cichu, podobna historia rozgrywała się arenie europejskiej. W początkach prac (w listopadzie 2010 roku) nowe przepisy popierane były przez polityków Platformy, zaś politycy PiS i Solidarnej Polski głosowali przeciwko rezolucji, krytykującej sposób prac nad tym rozwiązaniem. Tym samym stwarzając wrażenie, że i oni popierają ograniczenie wolności słowa w sieci, co skwapliwie wykorzystywały media takie, jak „Gazeta Wyborcza”, informująca, że głosowali oni „za ACTA”. Jednak i w tej sprawie politycy Prawa i Sprawiedliwości szybko poszli po rozum do głowy.

Oporniej szło to natomiast Donaldowi Tuskowi. „Podpiszemy ACTA, nie ugniemy się pod szantażem” – deklarował w styczniu 2012 roku, gdy hakerzy zagrozili stronom internetowym polskich urzędów. Jednak działania cyberterrorystów były głównie aktem desperacji w sytuacji, gdy toczące się na ulicach polskich miast protesty zdawały się pozostawać bez odpowiedzi.

I faktycznie, w styczniu 2012 roku polska ambasador w Japonii podpisała skandaliczny pakt, naruszający prywatność i swobodę publikacji internautów. Jednak w lutym Polska, a za nią kolejne kraje wycofały się z ACTA, Tusk zaś przyznał się do błędu, choć oczywiście w dość pokrętny sposób i tłumacząc się wcześniejszym brakiem wiedzy. Brakiem wiedzy, który nie był przeszkodą, by dokument, ręką ambasador, podpisać.

A jednak premier przestraszył się protestów, w których, jak nigdy wcześniej i potem, udział brali przedstawiciele wszystkich, nawet najbardziej przeciwstawnych, nurtów politycznych, angażujących młodzież. Również – jego własny elektorat, który zresztą, być może właśnie wówczas, dramatycznie skurczył się w tej grupie wiekowej. ACTA padło, wróciło jednak wkrótce jako „artykuł 13”, u nas nazywana po prostu „ACTA2”.

Konsekwencje ACTA2. Czego nie będzie wolno w internecie?

Parlament Europejski przyjął większością głosów dyrektywę o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym. Zdaniem przeciwników ACTA2 unijna...

zobacz więcej

Protesty wobec tych rozwiązań nie cieszyły się tak wielkim zainteresowaniem, jednak również spotkały się ze sprzeciwem, zaś liczni eksperci wskazywali za idącymi za nimi zagrożeniami dla wolności słowa i przepływu informacji. Ofiarą nowych przepisów miałyby stać się linki, memy i wszystkie treści, gdzie w grę wchodzą możliwe prawa autorskie.

Nauczona doświadczeniem Platforma, jako opozycja chętnie oskarżająca PiS o cenzorskie zapędy, tym razem występowała przeciw dyrektywie. Jednak wystarczyły poprawki, przyjęte przez europarlamentarną większość, by zmienić zdanie. Sumienia politykom pomogły uśpić duże koncerny medialne, lobbujące za nowymi obostrzeniami. Poparli je też, mający od dawna problem ze zrozumieniem współczesnych technologii i form dystrybucji artyści, również polscy. Ci zresztą i w sprawie pierwszego ACTA stali często po drugiej stronie barykady, niż ich topniejące grono fanów i słuchaczy. Argumentem jest słabe wynagradzanie twórców przez koncerny medialne, udostępniające ich muzykę.

I faktycznie, twórcy za swoje dzieło dostają dziś grosze i centy. Czemu jednak godne stawki muszą łączyć się z cenzurą i ograniczaniem swobody przepływu treści w cyfrowym świecie, w którego niektórych regionach tyle samo mamy dziś prosumentów (osób, które równocześnie są twórcami i odbiorcami treści), co klasycznych konsumentów? Czy faktycznie naruszany dotąd interes grupowy nie przesłania ludziom kultury konsekwencje wprowadzanych zmian?

Pod pretekstem ochrony praw autorskich każdy dostawca usług internetowych i wydawca miałby stać się małym „wielkim bratem”, monitorującym każde słowo i obraz, umieszczany przez użytkowników. Nie ręcznie przecież, bo to fizycznie niemożliwe, a więc za pośrednictwem automatów i algorytmów. Algorytm, wyliczający, czy dany obrazek jest nielegalnym cytatem, czy karykaturą – brzmi to jak pomysł na umieszczoną w niebezpiecznie bliskiej przyszłości antyutopię.

„Jeśli ACTA2 wejdzie w życie, dostęp do informacji będzie ograniczony”

Jeśli przegłosowany projekt dyrektywy regulujący prawo autorskie na jednolitym rynku cyfrowym wejdzie w życie, zostanie ograniczony dostęp do...

zobacz więcej

Dla użytkowników internetu nie wszystko jest jeszcze stracone. Prace nad przepisami będą trwać nadal, zaś lokalne rządy być może znajdą taki sposób dyrektywy, który pozwoli na zachowanie jak największej swobody – tu dużo pracy przed Prawem i Sprawiedliwością.

Sprzeciw PiS wobec ACTA2 pozwala mieć nadzieję, że w Polsce zwycięży rozsądek. Unijna propaganda, która uspokaja, że „nikt nie zakaże wam memów”, jakoś nie trafia do przekonania, zwłaszcza, że memy bardzo często poruszają się na krawędzi praw autorskich, zwłaszcza tych rozumianych w duchu dwudziestowiecznym.

Jeszcze w lipcu polski profil KE na Facebooku opublikował notatkę na temat nieszkodliwości dyrektywy, zilustrowaną zresztą autorskimi memami, świadczącymi o dość pogardliwym stosunku tej instytucji do inteligencji odbiorcy. Gdy jednak w komentarzach pojawiły się rzeczowe kontrargumenty i silnie uzasadnione wątpliwości, przedstawiciele Komisji całkowicie zniknęli z rozmowy.

Warto wreszcie zauważyć, że oprócz polityków PiS i konserwatywnych mediów, artykuł 13 budzi dramatyczne obawy twórców, którym z rządzącymi bynajmniej nie jest po drodze. Przywołać można tu teksty Przemysława Pająka i Szymona Radzewicza z portalu SpidersWeb, podzielających obawy krytyków dyrektywy i zarzucających jej twórcom całkowite niezrozumienie świata współczesnych mediów.

Prawa autorskie w sieci. Jest decyzja PE ws. ACTA 2

Parlament Europejski odrzucił stanowisko komisji prawnej PE ws. reformy prawa autorskiego. Nowa dyrektywa ma zmienić zasady publikowania i...

zobacz więcej

Ważniejsze i szybsze mogą być jednak konsekwencje polityczne dla tych, którzy przyczynili się do przyjęcia projektu dyrektywy. Wiedzą o tym najwyraźniej popierające Platformę media, które przez wiele godzin w ogóle nie podjęły tematu, choć przecież z ich punktu widzenia stało się dobrze. Najwyraźniej nie każdym sukcesem wypada się chwalić, nie za wszystko też warto dziękować na głos. To jednak kolejny dowód na to, że duża część klasycznych mediów, choć funkcjonuje w internecie, całkowicie go nie rozumie.

Dziś to, że o czymś nie powie telewizyjny dziennik, bynajmniej nie oznacza, że nikt się o tym nie dowie. Zwłaszcza, gdy rzecz dotyczy przede wszystkim użytkowników sieci, w olbrzymiej części ludzi młodych lub starszych, lecz oswojonych z tym środowiskiem na tyle, by to internet był dla nich pierwszym źródłem informacji.

I choć pierwsze protesty po głosowaniu były cieniem tych sprzed kilku lat, serwisy społecznościowe i mniejsze portale stały się strefą wrzenia. Jeśli wywołany środowym głosowaniem gniew nie wybuchł tak spektakularnie, nie znaczy to, że nie będzie miał wpływu na polityczne sympatie i wybory, zwłaszcza młodszych wyborców. ACTA 2 będzie na pewno odbijać się czkawką eurodeputowanym czy lobbującym za nią twórcom i dziennikarzom.

Na razie dyskusja o ACTA 2 przypomina odwrócony zakład Pascala. Albo się skończy cenzurą w sieci (jak chcą krytycy i ku czemu również się skłaniam), albo się nie skończy (jak zapewniają nas obojętni i zwolennicy). Szczęśliwie dla drugich, jeśli okaże się, że nie mają racji i tak już nikt im tego w nowym, wspaniałym internecie, nie wypomni.

źródło:
Zobacz więcej