Zabił bezbronnych ludzi. „Wychowano mnie w nienawiści do wroga klasowego”

Rosyjska inwazja na Czechosłowację (fot. Express Newspapers/Getty Images)

50 lat temu w czeskim Jiczynie rozegrała się tragedia, która wstrząsnęła zarówno Czechosłowakami, jak i Polakami. Pijany polski szeregowy zastrzelił i okradł dwoje bezbronnych i Bogu ducha winnych mieszkańców miasteczka. Ciężko też ranił kilka innych osób, w tym dwóch kolegów z jednostki. Został skazany na karę śmierci, od której odwołał się do gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Swoją zbrodnię usprawiedliwiał wrogim zachowaniem Czechosłowaków. Podkreślał jednocześnie swoje poglądy: „Wychowano mnie w nienawiści do wroga klasowego” – pisał. Kara śmierci nigdy nie została wykonana. Z więzienia skazany wyszedł na długo przed końcem wyroku w nagrodę za dobre sprawowanie.

Hymn Czechosłowacji ponownie zabrzmiał w Pradze

Na placu Wacława w Pradze odbył się wieczorem we wtorek koncert upamiętniający 50. rocznicę sowieckiej inwazji na Czechosłowację. Przyszło...

zobacz więcej

Bratnia interwencja piątki państw Układu Warszawskiego w Czechosłowacji miała tyle wspólnego z braterstwem co ostatni kontakt Kaina z Ablem. Ówczesny gospodarz Kremla, Leonid Breżniew, by wbić nóż w plecy Praskiej Wiośnie, wykorzystał wojska tzw. państw demokracji ludowej. W inwazji nie mogło zabraknąć największego sojusznika Moskwy w UW, Ludowego Wojska Polskiego, które było równie niepodległe i niezawisłe co sama Rzeczpospolita Ludowa. Żołnierze polscy nie chcieli rozlewu krwi. Byli jednocześnie przygotowani nie tylko na to, że nikt nie poczęstuje ich zimnym czeskim piwem, ale także na to, że - zgodnie z popularnym tam wówczas hasłem - nikt nie poda im nawet „ani kromki chleba, ani szklanki wody”.

„Lenin obudź się, Breżniew zwariował!”

Jednak czechosłowackie społeczeństwo w zdecydowanej większości nie było skore do walki. Z jednej strony pamiętano, czym skończyło się powstanie w Budapeszcie 12 lat wcześniej, a z drugiej bardzo wiele osób traktowało najazd sąsiadów jako nieporozumienie. Według czeskich historyków komunistyczna partia rządząca w ich kraju, w przeciwieństwie do polskiej, nie była czymś szczególnie narzuconym. Czesi w dużej części po prostu szczerze wierzyli w socjalizm i szukali w nim jedynie ludzkiej twarzy. Nie było więc niczym wyjątkowym jedno z haseł wypisywanych na praskich murach: „Lenin obudź się, Breżniew zwariował!”.

Choć Czesi i Słowacy nie ruszyli masowo w sposób zorganizowany, lub nawet entuzjastyczny, do walki, to nie zapominali przypominać m.in. Polakom, że ich tu nie zapraszali. Jednak otwarty atak fizyczny z ich strony był tak częsty jak przejaw sympatii, czyli sporadyczny i indywidualny. Czesi i Słowacy raczej chcieli wyjaśnić polskim wojskowym, że popełnili błąd, przyjeżdżając do nich w czołgach. „Prosimy Was w imieniu obywateli Czechosłowacji, którzy zwracają się do Was już od wczesnego ranka, prosimy Was w imieniu ludzkości - powróćcie do domów, do swoich rodzin” - pisano w Hradcu Králové w odezwie do żołnierzy radzieckich, niemieckich i polskich.

Oprócz próśb Czechosłowacy tu i ówdzie postawili na drodze polskich żołnierzy barykadę, częściej jednak z dróg ginęły wszystkie drogowskazy, co sprawiało większy kłopot kolumnom ludowego wojska. Rozwijała się też twórczość skierowana przeciw najeźdźcom. Oprócz licznych haseł na murach pojawiały się np. ulotki w oryginalnej formie restauracyjnego menu. Jak pisze czeski historyk Jan Kalous, w Karwinie tamtejsi esbecy z StB zarekwirowali „jadłospis”, zgodnie z którym można było zamówić: Breżniewa w sosie własnym, klopsy po warszawsku, Gomułkę à la knur, móżdżek Breżniewa z jajami itp.

Pamięć o „Ince” i „Zagończyku”. 72 lata temu wykonano wyroki śmierci

Złożeniem kwiatów i zapaleniem zniczy na grobach Danuty Siedzikówny „Inki” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, uczczono w Gdańsku 72. rocznicę...

zobacz więcej

„Wystrzelił w niego całą amunicję”

W 30-tysięcznym polskim kontyngencie dowódcom nie zawsze udawało się zapanować nad poszczególnymi wojskowymi. Według czeskich miejscowych kronik i meldunków milicyjnych nierzadko dochodziło do grożenia miejscowym bronią bez powodu lub choćby w „celu grabieży butelki likieru”. Po alkoholu nieraz trafiały się drobne kradzieże. Nieraz zdarzały się wypadki drogowe z udziałem polskich wozów. W wypadkach komunikacyjnych lub w wyniku nieumiejętnego obchodzenia się z bronią zginęło 10 polskich wojskowych. Takie zdarzenia, określane przez polskie służby jako wypadki nadzwyczajne, przykrył jednak cień tragedii, którą na długo zapamiętali mieszkańcy Jiczyna, miasta kojarzonego przez Polaków głównie z bajkami o rozbójniku Rumcajsie.

Jan Kolous, podczas polsko-czeskiej konferencji naukowej IPN, która odbyła się w Warszawie w 2003 r., opisuje to w ten sposób: „Po godz. 20 z miejsca, w którym stacjonowało polskie wojsko, oddaliło się pięciu uzbrojonych i pijanych żołnierzy: Zygmunt Zapasa, Zdzisław Kowalski, Stefan Dorna, Feliks Zając i Wiesław Czerwonka. Około godz. 23 doszli do skrzyżowania Na Letné, gdzie w tym czasie pod budką telefoniczną stali i rozmawiali powracający z kina Vítězslav Klimeš, Jana Jenčková, Jaroslav Veselý i Bohunka Brumlichová.

Polscy żołnierze w (...) ogródku przy sklepie „Pramen” zaczęli się gorączkowo sprzeczać o to, czy nie powinni wracać do swojej jednostki. Następnie Dorna i Zapasa zaczęli strzelać z karabinów, najpierw w powietrze, a potem pierwszy z nich do osób znajdujących się przy budce telefonicznej. Zauważyli to pozostali żołnierze. Podbiegli w stronę Dorny i krzyczeli, by zachował spokój. Dorna jednak strzelił również do nich i trafił Kowalskiego. Zając i Czerwonka pobiegli po pomoc do jednostki”.

W wyniku ostrzału cywili ranny w nogę został Jaroslav Veselý. Dorna ruszył z palcem na spuście w kierunku jęczącego rannego i jego przyjaciół leżących pokotem na ziemi. Brumlichová próbowała zatkać usta krzyczącemu z bólu koledze. „Dorna podszedł do nich i zaczął ją zaczepiać, zabrał jej zegarek i pierścionek. Jenčková wolała udawać martwą.

Zawodzący Veselý denerwował Dornę. Z bezpośredniej odległości wystrzelił do niego amunicję, która pozostała w magazynku. Klimeš i Jenčková wykorzystali moment zmiany magazynka, podnieśli się i zaczęli uciekać. Dorna następnie strzelał do nich i trafił Jenčkovą w prawą cześć głowy. Klimešowi udało się zatrzymać przejeżdżający pojazd i pojechać na posterunek VB (czechosłowacka milicja - przyp. red.) po pomoc. Na miejscu pozostała ranna Jenčková, którą Dorna próbował zgwałcić”. Na odgłos strzałów zareagowali mieszkający nieopodal rodzice Klimeša, którzy wyszli go szukać. Stefan Dorna serią z karabinu zabił 56-lenią kobietę, a jej męża ciężko ranił.

Kara śmierci, której nie było

Mordercę obezwładnił dopiero polski patrol. Szeregowy nie potrafił powiedzieć, dlaczego strzelał. Według zeznań świadków po zatrzymaniu rozpoznawał wojskowych i ich szarże oraz funkcje. W trakcie śledztwa zasłaniał się niepamięcią, podczas popełniania zbrodni miał mieć ponad 1,8 promila alkoholu we krwi.

Gibson: Uświadomiłem sobie, jak niezwykły był Dywizjon 303

– Dopiero kiedy zapoznałem się ze scenariuszem, uświadomiłem sobie, jak niezwykły był Dywizjon 303, zarówno z historycznego punktu widzenia, jak i...

zobacz więcej

Czechosłowacka Republika Socjalistyczna chciała go osądzić u siebie. PRL odrzuciła jednak tę prośbę. W październiku 1968 r. odbył się proces Dorny przed sądem wojskowym w Kłodzku, który postawił zarzuty morderstwa, usiłowania morderstwa oraz rabunku. Wyrok: kara śmierci.

21-letniego Stefana Dorny, w cywilu ślusarza, nigdy jednak nie rozstrzelano. Miesiąc po wyroku napisał on list do gen. Wojciecha Jaruzelskiego, ówczesnego szefa MON. Swoją zbrodnię usprawiedliwiał m.in. „obelżywymi słowami kierowanymi przez obywateli czeskich pod adresem Wojska Polskiego, Partii i Rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej” . Dorna pochwalił się też Jaruzelskiemu swoją dotychczasową karierą. Zaznaczył, że był członkiem Związku Młodzieży Socjalistycznej, kandydatem do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i, z ramienia Koła Młodzieży Wojskowej, agitatorem politycznym w plutonie. W przytaczanym też przez dr. Sebastiana Ligarskiego z IPN liście czytamy m.in.: „Jestem synem robotnika i matki robotnicy, rodzice byli współtwórcami Władzy Ludowej w okresie lat 1944-1948. Ojciec, były funkcjonariusz MO, brał aktywny udział w walkach z podziemiem reakcyjnym, bandami. Wychowano mnie w nienawiści do wroga klasowego, a zachowanie ob. czeskich w stosunku do mnie jako żołnierza Ludowego Wojska Polskiego na terytorium CRS było nacechowane wrogością".

Jaruzelski nie odpowiedział Dornie na jego prośbę, ale rok później Rada Państwa, pod przewodnictwem marszałka Mariana Spychalskiego, zamieniła karę śmierci na dożywocie. W 1970 roku, zgodnie z kodeksem karnym, zniesiono karę dożywotniego więzienia. Stefan Dorna w zamian dostał 25 lat pozbawienia wolności. Nie odsiedział nawet i tego - w listopadzie 1983 r., po licznych pochwałach za dobre sprawowanie, wyszedł na wolność.

Porównanie Jaruzelskiego

Po tragedii w Jiczynie dowództwo Ludowego Wojska Polskiego przyznało, że całą winę za to, co się stało, ponosi żołnierz LWP. Wyrażono też głębokie ubolewanie i zapewniono, że winni poniosą najwyższą karę. Chciano również osobiście przeprosić rodziny zabitych, ale ten pomysł czechosłowacka strona zdecydowanie odradziła.

Niecałe półtora roku później żołnierze Ludowego Wojska Polskiego strzelali do protestujących stoczniowców na Wybrzeżu. Tym razem na trzeźwo i na rozkaz. W przytaczanym przez dr. Grzegorza Majchrzaka cytacie gen. Jaruzelski porównywał obydwa wydarzenia: „Jednocześnie musimy mieć poczucie, że żołnierz nasz działał w sposób godny, że nie uczynił niczego, co mogłoby pogłębić rozmiary tego konfliktu. Podobnie przecież było w czasie wydarzeń w Czechosłowacji, gdzie również, mimo – jak towarzysze pamiętają – licznych ordynarnych prowokacji, zachowany został wielki umiar, który stał się w rezultacie wielkim kapitałem politycznym i naszym, i socjalizmu jako całości. (...) Przy innym biegu wypadków to, co mogłoby się wydarzyć w sytuacjach skrajnych, byłoby niewątpliwie ciężką przeszkodą w dalszym pozytywnym, konstruktywnym rozwoju Czechosłowacji".

źródło:
Zobacz więcej