RAPORT

Imigranci na granicy z Białorusią

Atomowy kret bojowy. Jak Sowieci chcieli pokonać USA

Możemy tylko spekulować jak wyglądała sowiecka podziemna wunderwaffe (fot. RG)
Możemy tylko spekulować jak wyglądała sowiecka podziemna wunderwaffe (fot. RG)

Wojna motorem postępu – brzmi stare hasło, które dotąd nie straciło i zapewne nigdy nie straci na aktualności. Technologie wojskowe od zawsze napędzają technologiczną rewolucję. Dzięki niej korzystamy z internetu, mamy do dyspozycji protezy kończyn itd. Wyobraźnia wojskowych inżynierów oraz planistów zdaje się nie mieć granic. Najdobitniej świadczą o tym ślepe uliczki jak... sowiecki kret bojowy o napędzie nuklearnym.

Ikar leci w kosmos. Tragiczni poprzednicy Gagarina

Jurij Gagarin był pierwszym człowiekiem w kosmosie. To wiemy ze szkoły. Czy aby na pewno on był pierwszy? Niekoniecznie. Pomijając sympatyczną...

zobacz więcej

Jedną z pochodnych trwającej od końca lat 40. ubiegłego wieku do upadku ZSRR i ostatnio znów się nasilającej zimnej wojny był wyścig zbrojeń. Dla supermocarstw USA i ZSRR miał on znaczenie strategiczne – kto będzie miał lepszą broń, zaszachuje przeciwnika. Do tego dochodziło znaczenie propagandowe, czego najlepszym przykładem był wyścig kosmiczny.

O kosmicznych sukcesach jednej czy drugiej strony musiał od razu wiedzieć cały świat. Oczywiście była też cała masa ściśle tajnych projektów, których wróg nie miał prawa znać. Czym były, ile ich było, jakie nakłady finansowe pochłaniały, czemu służyły – tego zapewne już nigdy się nie dowiemy.

Na szczęście co jakiś czas wypływają strzępy informacji o takich niewiarygodnych projektach. Jednym z nich był sowiecki podziemny pojazd, który miał niepostrzeżenie przedostać się na terytorium USA i tam, właśnie do końca nie wiadomo, co miał robić, ale z pewnością coś, co miało dołożyć Wujkowi Samowi.

Ciekawsze niż science fiction

Wiadomo, że na rozkaz Kremla powstało podterenowe – odpowiednik podwodnego – urządzenie o tytanowej obudowie, z zaostrzonym nosem i rufą, które przy pomocy nagrzanego wiertła miało przebijać się przez twardą powierzchnię poprzez topienie i usuwanie skał znajdujących się na jego drodze. Do napędu miał służyć reaktor jądrowy. Science fiction? Czasem rzeczywistość jest ciekawsza od fikcji.

Liczono, że pojazd będzie w stanie zaatakować i zniszczyć kluczowe amerykańskie instalacje wojskowe, w tym podziemne silosy rakietowe. Sowieci mieli również nadzieję na potajemne dostarczenie na terytorium USA bomb nuklearnych. Nie wiadomo, jak wielkie środki wyłożono, ale należy przypuszczać, że nikt się nie przejmował bilansem w księgach buchalteryjnych.

Amerykańscy żołnierze polecą ścigaczami jak z „Gwiezdnych Wojen”? Pentagon zainteresowany

Słynna scena pościgu w lesie na planecie Endor z „Powrotu Jedi” wkrótce może stać się codziennością amerykańskich żołnierzy. Ścigacze podobne do...

zobacz więcej

Materiały na temat ściśle tajnego projektu są wyjątkowo skąpe i radzieckie, a potem rosyjskie władze nigdy nie potwierdziły oficjalnie żadnych informacji dotyczących kreta bojowego. Nieoficjalnie wiemy, że pierwsze plany podziemnego pojazdu pojawiły się jeszcze przed II wojną światową, choć oczywiście wtedy nikt nie marzył o napędzie nuklearnym.

Na marginesie należy dodać, że w drugiej połowie lat 30. naukowcy mieli znacznie większe zmartwienia, niż opracowanie metod napędzania maszyn przy użyciu materiałów rozszczepialnych. Wasz pokorny sługa gościł niedawno w moskiewskim Muzeum Kosmonautyki; zdecydowana większość notek biograficznych naukowców biorących udział w radzieckim programie kosmicznym wskazywała, że zmarli oni – bez podania przyczyny – w 1937 bądź 1938 r. My oczywiście przyczyny tego pomoru już znamy.

Podziemna wunderwaffe

Co ciekawe, owa podziemna wunderwaffe miała jeszcze dłuższą historię. Już w 1904 r. moskiewski wynalazca Piotr Raskazow zaprojektował podziemną jednostkę bojową z własnym napędem. Na początku I wojny światowej jego prace jednak zaginęły, tylko niektóre wypłynęły później w Niemczech.

Ogólny zarys podziemnego pojazdu miał opracować w latach 30. radziecki wynalazca Aleksander Trebelew na podstawie zdjęć rentgenowskich kreta. Pojazd z grubsza przypomina współczesne urządzenie wiercące. Zgodnie z założeniem, wynalazek miał używać wiertła i miano nim kierować w skorupie ziemskiej podobnie jak porusza się łódź podwodna.

Nie wiemy dokładnie, jak duży miał być pierwotny pojazd, czy miał zabierać załogę, czy też był sterowany ręcznie. Magazyn „New Scientist” opublikował w 1956 r. wizję artystyczną urządzenia, która sugerowała, że gotowy pojazd mógł zabrać dwóch członków załogi, zaś cztery śmigła umieszczone z tyłu pełniłyby tę samą funkcję, co tylne nogi kreta, czyli miały odsuwać przekopaną ziemię.

Projekt cieszył się poparciem Nikity Chruszczowa (fot. Wiki/Dutch National Archives)
Projekt cieszył się poparciem Nikity Chruszczowa (fot. Wiki/Dutch National Archives)

Dlaczego naprawdę zginął Gagarin

zobacz więcej

Za wiercenie miała odpowiadać głowica wiercąca z ostrymi aluminiowymi ostrzami. Inżynierowie szybko jednak przekonali się, że żeby efektywnie przesuwać zalegające skały, potrzebna jest wysoka temperatura. Osiągnięcie jej, używając technologii lat 30. było niemożliwe, dlatego projekt miał być zawieszony aż do lat 50. i rozwoju technologii nuklearnej.

Kompaktowy reaktor

Ustalono, że w 1964 roku w tajnym ośrodku na terenie dzisiejszej Ukrainy sowieci zbudowali bojowego kreta, który był napędzany przez niewielki reaktor podobny do tych używanych na łodziach podwodnych. W prace nad pojazdem był zaangażowany m.in. wybitny fizyk jądrowy Andriej Sacharow, współtwórca radzieckiej bomby wodorowej. Można przypuszczać, że późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla był odpowiedzialny za opracowanie napędu oraz systemu kruszącego.

Urządzenie miało spore rozmiary – od trzech do być może nawet czterech metrów średnicy i od 25 do 35 metrów długości. Pod ziemią mogło się poruszać z prędkością od 7 do 15 km/godz., w zależności od przeszkód na jakie natrafiał.

Załoga składała się z pięciu osób i mogła zabrać na pokład nawet piętnastu dodatkowych żołnierzy oraz tonę ładunku, czyli oczywiście broni bądź ładunków wybuchowych. Kret miał za zadanie cicho podejść pod wrogie – NATO-wskie – pozycje takie jak bunkry, centra komunikacyjne umieszczone pod ziemią i zniszczyć je.

Lata 60. były szczytowym okresem zimnej wojny. Jak twierdzi rosyjska prorządowa „Rossijskaja Gazieta”, a więc organ w tym przypadku mogący mieć dostęp do archiwalnych materiałów, rządzący wówczas Sojuzem sekretarz generalny KC KPZR Nikita Chruszczow „miał aktywnie wspierać projekt”.

Dorwać UFO. Rządy walczą o kosmiczną technologię

Odtajnianie dokumentów rządowych to zawsze ciekawy moment. Natychmiast wypływają pasjonujące historie. Tak też dzieje się w przypadku odtajnianych...

zobacz więcej

Punkt krytyczny

Stratedzy zakładali, że gdyby napięcie w relacjach z USA przekroczyło punkt krytyczny, krety miano wysłać na terytorium Stanów Zjednoczonych. Łodzie podwodne miałyby dostarczyć takie urządzenia w okolice sejsmicznie niestabilnej Kalifornii i tam miałyby się one wgryźć w ziemię, a następnie dostarczyć ładunki nuklearne w okolice strategicznych instalacji.

Diaboliczny pomysł był przewidziany w najdrobniejszych szczegółach. Odpalenie nuklearnych min wywołałoby potężne trzęsienia ziemi i tsunami, które Amerykanie uznaliby za katastrofy naturalne, bo też skąd miałoby im przyjść do głowy, że Rosjanie odważyliby się na taki atak.

To jednak oczywiście pod warunkiem, że prężenie muskułów między Waszyngtonem i Kremlem nie skończyłoby się wzajemnym ostrzelaniem przy użyciu bomb atomowych. W takim bowiem przypadku sowiecka podziemna superbroń mogłaby nie zdążyć włączyć się do akcji.

„Rossijskaja Gazieta” twierdzi, że prototyp bojowego kreta poddano testom w kilku regionach ZSRR, żeby sprawdzić jego działanie w różnych warunkach geologicznych. Przekopywał się on zatem przez przedmieścia Moskwy, okolice Rostowa nad Donem oraz góry Uralu.

Dowódcy mieli być zadowoleni szczególnie z tego, jak pojazd radzi sobie w górach. Jak twierdzą autorzy publikacji, kret z łatwością utorował sobie drogę i zniszczył wybrany cel.

Mimo sukcesów, jeszcze w latach 60. zarzucono projekt. Kiedy dokładnie – tego nie wiemy. Wiadomo jedynie, że decyzja była skutkiem tragedii, do której doszło podczas testów. Z niejasnych przyczyn, przypuszczalnie w wyniku awarii reaktora, kret eksplodował głęboko pod ziemią w górach Uralu, zabijając całą załogę.

Należy przypuszczać, że wkrótce cała dokumentacja została utajniona jeszcze bardziej albo nakazano jej zniszczenie. Nie wiadomo obecnie o żadnych dokumentach ani zdjęciach przedstawiających sowieckie wunderwaffe w pełnej skali.
Bojowy kret miał ulec zniszczeniu gdzieś w górach Uralu (fot. Wiki/Buhramm)
Bojowy kret miał ulec zniszczeniu gdzieś w górach Uralu (fot. Wiki/Buhramm)

Ukraińskie delfiny bojowe z Krymu wcielone do rosyjskiej armii

Krymskie oceanarium, gdzie armia ukraińska szkoliła delfiny bojowe, przeszło oficjalnie pod zarządzanie Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej....

zobacz więcej

Jak wiadomo, zimna wojna była okresem, gdy supermocarstwa i ich państwa satelickie pracowały nad rozmaitymi dziwacznymi sposobami pokonania przeciwników. O ile bojowy kret okazał się niewypałem, to inżynierowie nie tylko z powodzeniem czerpali inspirację ze świata zwierząt, ale nawet wykorzystywali je w służbie wybranej ideologii. Najlepszym przykładem są imponujące inteligencją delfiny, które służyły obu stronom. Ba, nadal służą.

Bojowe butlonosy

Gdy sowieci pracowali nad kretem bojowym, amerykańscy wojskowi zaczęli oswajać morskie ssaki. Mogło więc się teoretycznie zdarzyć, że delfiny namierzyłyby sowiecką łódź podwodną zmierzającą ku wybrzeżom USA i wiozącą podziemny pojazd wyładowanymi ładunkami nuklearnymi.

Delfiny butlonose od dawna fascynowały ludzi. Im lepiej te piękne stworzenia były poznawane przez biologów, tym większą chrapkę na wykorzystanie ich zdolności mieli wojskowi. Wyobraźnię rozpalały przede wszystkim ich umiejętności wyszukiwania przedmiotów w mętnych głębiach oceanów i słyszenie w ultradźwiękach.

W latach 60. wykorzystywaniem zdolności waleni zajęli się eksperci z amerykańskiej marynarki wojennej. Umiejętność uczenia się delfinów była imponująca. Już od 1970 r. pięć delfinów strzegło nadbrzeża wietnamskiej zatoki Cam Ranh, gdzie Amerykanie składowali broń. Zwierzęcy strażnicy pilnowali, żeby podstępny wróg nie dostał się do magazynów od strony morza i jeżeli zaszłaby taka konieczność, miały podnieść alarm.

Potencjał badań był tak duży, że wojsko oficjalnie otworzyło projekt Navy Marine Mammal Program, który bada i wykorzystuje zdolności nie tylko butlonosów, ale również orek czy kalifornijskich lwów morskich.

Rosyjska armia kupi pięć delfinów. Wojskowi nie ujawniają, po co im morskie ssaki

Mają mieć maksymalnie pięć lat, długość ciała do 2,7 metra i wykazywać się ruchliwością. Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej właśnie ogłosiło...

zobacz więcej

Skuteczniejsze niż sonar

Delfiny i orki – posiadające wyjątkowy zmysł echolokacji – są mistrzami w podwodnej nawigacji. Te żywe sonary wysyłają w przestrzeń dźwięki, które następnie odbijają się od obiektów i są lokalizowane przez zwierzęta o wiele skuteczniej niż najczulszy sprzęt wojskowy.

To sprawia, że są wykorzystywane do wyszukiwania i odzyskiwania utraconego na morzu sprzętu oraz identyfikacji intruzów pojawiających się na terenach gdzie podwodne pojazdy by sobie nie poradziły.

Delfiny świetnie radzą sobie również z wykrywaniem podwodnych min czy kotwic zakopanych w dnie morskim, które stanowią zagrożenie dla okrętów, w tym łodzi podwodnych. Są przy tym niezwykle skuteczne w pracach przy linii brzegowej, gdzie wszelkie statki generują taki szum, że skutecznie zagłuszają normalne urządzenia pomiarowe.

Ale nawet wśród tych zwierząt pojawiają się czasem prawdziwi geniusze. W latach 90. tak wyszkolono butlonosa o imieniu BJ, że potrafił rozróżnić metalowy cylinder wykonany z nierdzewnej stali od przedmiotu wykonanego z mosiądzu czy aluminium. Był także w stanie wykryć przedmiot wielkości 10 cm zakopany na głębokości pół metra w morskim błocie.

W przypadku kalifornijskich lwów morskich czy biełuch wojsko wykorzystuje natomiast przede wszystkim ich doskonały wzrok, który pomaga im namierzać wybrane przedmioty. Zwierzęta te są nawet w stanie pracować z narzędziami – inżynierowie opracowali dla nich specjalny chwytak – zostaje on zaciśnięty na wskazanym przedmiocie, który potem żołnierze wyciągają na powierzchnię za pomocą wyciągarki.

Delfiny antyterroryści

To jednak działania w miarę pokojowe. Dziennikarze brytyjskiego „Guardiana” ustalili, że Amerykanie tresują również delfiny do strzelania do terrorystów oraz namierzania nielegalnych imigrantów, którzy wodami Zatoki Meksykańskiej próbują przedostać się na terytorium USA.

Amerykańskie wojsko od lat szkoli delfiny (fot. US Navy)
Amerykańskie wojsko od lat szkoli delfiny (fot. US Navy)

Hamas: złapaliśmy izraelskiego szpiega. To delfin

Palestyńska organizacja Hamas twierdzi, że na wybrzeżu Strefy Gazy złapała delfina wyposażonego w sprzęt szpiegowski. Morski ssak miał pracować...

zobacz więcej

Zwierzęta będące podczas takiej misji pod okiem wojskowych są wyposażone w miotacz pocisków zawierających toksyczną substancję. Toksyny usypiają ofiarę, która następnie jest wyławiana i po przebudzeniu zatrzymywana i przesłuchiwana.

Nie wiadomo, jak często ta metoda jest wykorzystywana w akcji, ale bez wątpienia nasuwa wątpliwości natury moralnej – czy dobrze robimy, wyposażając zwierzęta w śmiercionośną broń? Po drugie, wiemy, że delfiny są niezwykle inteligentne, ale czy dość odpowiedzialne, by mogły posługiwać się tego typu urządzeniami? Czy można w ogóle w ich przypadku mówić o odpowiedzialności? Wątpliwe.

Delfiny udowodniły swą przydatność podczas konfliktów zbrojnych już w trakcie wojny w Wietnamie. Nic dziwnego, że Amerykanie wykorzystywali je również w kolejnych. Podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej na początku lat 90. ssaki te pilnowały w Bahrajnie beczek z ropą. Podczas kolejnej wojny w tym regionie, zapoczątkowanej inwazją na Irak w 2003 r., delfiny namierzały miny morskie, które pozostały po poprzednim konflikcie.

Podwodny poligon

Naturalnie sowieci nie mogli być gorsi i również zaprzęgli ssaki morskie do służby wojskowej. Badania prowadzono w oceanarium na Krymie. Zwierzęta również były szkolone do wyszukiwania przedmiotów, takich jak wrogie torpedy; nie były to więc działania ściśle związane z zabijaniem wrogów.

Po upadku ZSRR laboratorium przypadło Ukrainie, ale w wyniku aneksji półwyspu w 2014 r. ponownie zajęli je Rosjanie i usiłowali zmienić program badawczy tak, by delfiny stały się zabójcami. Eufemistycznie nazywało się to – jak donosiła rosyjska agencja RIA Novosti – „pracą nad nowymi technologiami i zbiornikami niezbędnymi dla nowych programów, mających na celu skuteczniejsze wykorzystanie delfinów”.

Zwierzęta nie miały jednak zamiaru kolaborować z rosyjskim okupantem i wybrały strajk głodowy.

– Te delfiny, szkolone przez marynarkę wojenną w Sewastopolu, komunikowały się ze swoimi trenerami za pomocą specjalnych gwizdków – wyjaśniał w rozmowie z dziennikiem „Obozrevatel” przedstawiciel ukraińskich władz na Krymie Boris Babin.

– Rosjanie weszli w posiadanie tych gwizdków, a także pozostałego specjalnego wyposażenia znajdującego się w jednostce, jednak szkolone zwierzęta nie tylko odmówiły interakcji z rosyjskimi trenerami, ale też przestały przyjmować pokarm i w rezultacie poumierały.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej