Nierówni wobec prawa [OPINIA]

Czy osoby znane lub ich rodziny traktowane są przez prawo lepiej, niż zwykli obywatele? (fot. Shutterstock/Sean Locke Photography)

Zapewne zyskując nagle możliwość odbycia podróży w czasie do, powiedzmy, pierwszej połowy lat 80., wraz z możliwością zadania jednego pytania Lechowi Wałęsie lub Władysławowi Frasyniukowi, mielibyśmy bardzo wiele pomysłów. Gdyby jednak stało się to w tym tygodniu, pewnie niejeden z nas zapytałby, czy walczą o taką Polskę, w której osoby znane lub ich rodziny traktowane są przez prawo lepiej, niż zwykli obywatele.

W poniedziałek mija termin zgłaszania kandydatur na sędziów Sądu Najwyższego

W niedzielę formalnie upływa termin zgłaszania kandydatur na sędziów Sądu Najwyższego. Jednak w związku z tym, że jest niedziela, Krajowa Rada...

zobacz więcej

Myślę – choć oczywiście, zwłaszcza w przypadku Wałęsy, trudno cokolwiek przewidzieć – że odpowiedź na tak postawione pytanie byłaby negatywna. A jednak taką Polskę obaj panowie, i oczywiście nie tylko oni, wywalczyli. Przekonał się o tym Frasyniuk, przekonał się o tym również Wałęsa, ten ostatni – wraz z wnukiem. Tuż przed kolejną rocznicą Sierpnia.

W czasach, gdy reforma sądownictwa nie była jeszcze tematem, którym żyje bieżąca polityka, a w raz z nią opinia publiczna, co kilka miesięcy docierały do nas informacje o kontrowersyjnych wyrokach. Większość z nich można było przyporządkować do trzech grup. Absurdalnie surowe kary wobec osób będących de facto ofiarami transformacji ustrojowej, biednych lub chorych, którzy narazili system na niewielkie straty; wzięte z sufitu olbrzymie odszkodowania w sprawach wytaczanych przez celebrytów o obronę ich dobrego imienia, lub nad wyraz skromne odszkodowania dla zwykłych ludzi, poszkodowanych w wypadkach lub padających ofiarą innych nieszczęść; wreszcie – wyroki uniewinniające w sprawach nazywanych politycznymi, lecz przecież mających na celu pociągnięcie do odpowiedzialności zwykłych bandytów, tyle że ochranianych przez lata politycznym parasolem – również w III RP.

Każda z takich sytuacji budowała społeczną niechęć i niezadowolenie z prac wymiaru sprawiedliwości, co musiało zaowocować w końcu przekonaniem o konieczności jego głębokiej reformy.

Zobacz, jak sędzia zabrał pieniądze staruszki. SN: Był roztargniony

Sąd Najwyższy uniewinnił w sprawie dyscyplinarnej sędziego Mirosława Topyłę od zarzutu kradzieży 50 zł.

zobacz więcej

I tak też się stało, zaś postulat ten stał się jednym z filarów wyborczego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości wraz z koalicjantami ze Zjednoczonej Prawicy. Tak samo, jak wyroki w sprawach Beaty Sawickiej czy Mariusza Kamińskiego lub choćby dziennikarska prowokacja, która ujawniła „sędziego na telefon”, w dużym stopniu pogrzebały szansę Platformy Obywatelskiej na trzecią z rzędu kadencję u władzy.

Gdy jednak reforma, a wraz z nią spory, rozgrzały do czerwoności publiczną debatę, doniesienia o dziwacznych wyrokach, również w sprawach, w których ludzie związani z wymiarem sprawiedliwości zaistnieli w nietypowych dla siebie rolach, zaczęły mnożyć się w przyroście wręcz geometrycznym. Sędziowie, którzy połaszczyli się na drobne kwoty i banalne przedmioty, zaludnili strony gazet w takim tempie, że niektórzy dopatrzyli się w tym jakiejś operacji propagandowej, mającej obrzydzić ludziom to środowisko.

Jednak jego przedstawiciele sami z siebie wyrywali się z wypowiedziami o prawnikach jako faktycznym suwerenie czy nadzwyczajnej kaście, zaś kolejnych wyroków uderzających w ludzkie poczucie sprawiedliwości sędziowie nie wydawali z pistoletem przy głowie. Zwłaszcza tych dotyczących kolegów, którym coś przykleiło się do rąk na tyle pechowo, że trzeba było jakoś wytłumaczyć to roztargnieniem, by przywrócić ich do wykonywania zawodu. Zawodu zaufania społecznego, dodajmy, bo łatwo w takich okolicznościach o tym zapomnieć.

Wnuk Wałęsy w sądzie: To była głupota z mojej strony

Wnuk b. prezydenta RP Dominik W., oskarżony m.in. o jazdę autem po pijanemu, powiedział w poniedziałek przed Sądem Rejonowym w Gdańsku, że to była...

zobacz więcej

Wszyscy pamiętamy, jak w 1993 r. nieżyjący już syn Lecha Wałęsy po spowodowaniu wypadku pod wpływem alkoholu w sądzie bronił się z pomocą adwokata argumentem, że za wypadek nie odpowiada konsumpcja, lecz stan „pomroczności jasnej”. W ten sposób „pomroczność jasna” trafiła do mowy potocznej i historii polskiej polityki. Sam podsądny nie uniknął jednak kary i dwa lata później skazany został na rok więzienia w zawieszeniu.

Gdy 10 lat później historia się powtórzyła, młody Wałęsa przyznał się do winy, a sąd skazał go na rok więzienia – ponownie jednak w zawieszeniu. Przemysław Wałęsa zmarł w zeszłym roku, mając zaledwie 43 lata. Poza „pomrocznością jasną” kadencja jego ojca do słowników, obok wielu innych „skrzydlatych słów”, wniosła również „falandyzację”, czyli karkołomne naginanie prawa w interesie interpretującego, stosowane przez prezydenckiego prawnika Lecha Falandysza.

Falandysz również już nie żyje, jednak pojęcie, które zawdzięczamy jego udziałowi w pracach Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, przetrwało. Nie skończyły się też kłopoty z prawem rodziny Wałęsów, które stają się udziałem przedstawiciela kolejnego pokolenia.

Wnuk Wałęsy oskarżony o spowodowanie poważnego zagrożenia na drodze

Gdańska prokuratura oskarżyła 21-letniego Dominika W. m.in. o sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym i znieważenie policjantów....

zobacz więcej

Dwóch synów nieżyjącego Przemysława Wałęsy odpowiada w całym szeregu spraw, między innymi o pobicie, rozbój czy „sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu drogowym”. Trudno czerpać satysfakcję z takiego obrotu losów chłopaków, przedwcześnie osieroconych przez ojca, którym sława dziadka w życiu zapewne tyleż pomogła, co zaszkodziła – i nie o to w tym tekście chodzi, tak, jak nie chodzi o niepokojenie ich zmarłego ojca.

Nie można jednak przejść do porządku dziennego nad wrażeniem, że sądy nazwisko „Wałęsa” paraliżuje i zakłóca im zdolność należytej oceny spraw. Oto bowiem jeden z braci skazany został właśnie na prace społeczne, pisemne przeprosiny i bardzo skromne odszkodowanie na rzecz dziewczyny, w której pobiciu brał udział z bratem i kolegami. Jest faktem, że w tej sprawie toczy się jeszcze drugi proces, w którym mogą zapaść mogą poważniejsze wyroki, ten dotyczył zaś „tylko” naruszenia nietykalności Kingi P. Cytując depeszę Polskiej Agencji Prasowej, „Dziewczyna upadła i uderzyła głową o beton. Wówczas mężczyźni skopali ją do nieprzytomności. (…) Lekarze zdiagnozowali u niej krwiaka, wstrząśnienie mózgu i ogromny uraz psychiczny. Przez kilka miesięcy po spotkaniu z wnukiem byłego prezydenta leczyła się u psychiatry, bo bała się po zmroku wychodzić z domu”.

Kinga P. chciała przed sądem uzyskać za poniesione straty 15 tys. zł. Czy gdyby chodziło o innego sprawcę, pozbawionego wpływów lub nazwiska, sąd nadal uznałby, że powinna się zadowolić kwotą 15 razy mniejszą? Czy fakt, że chodzi jedynie o proces z pozwu pobitej dziewczyny, zmienia fakt, że wyrok jest nadzwyczaj łagodny? Trudno się dziwić fali oburzenia, przetaczającej się przez polski internet, nawet jeśli nie wszyscy komentujący mają świadomość, że nie jest to jeszcze koniec sprawy.

Władysław Frasyniuk uniewinniony przez sąd. Przedstawił się jako Jan Józef Grzyb

Stołeczny sąd rejonowy uniewinnił w czwartek Władysława Frasyniuka, który był obwiniony o wprowadzenie w błąd policjanta „co do tożsamości własnej...

zobacz więcej

W czwartek natomiast sąd uznał, że Władysław Frasyniuk nie miał zamiaru wprowadzać w błąd policjanta, przedstawiając się podczas interwencji jako Jan Józef Grzyb. Sympatie polityczne sędziów wydają się mieć kluczowe znaczenie we wszystkich znanych opinii publicznych sprawach, w których biorą udział sympatycy opozycji.

Każde działanie, które zainteresowało policję i prokuraturę, okazuje się być bądź to uzasadnione, bądź nieszkodliwe, nawet jeśli zdecydowanie wychodzi poza zwykłe prawo do wolności słowa i zgromadzeń. Tu jednak zadziałała zapewne również magia nazwiska i przekonanie (raczej mocno idealizujące rzeczywistość), że każdy młody człowiek, w tym policjant, któremu przedstawiał się Grzyb-Frasyniuk, znać musi z twarzy wszystkich dawnych liderów opozycji, zwłaszcza tych z Unii Wolności.

Znów udało się utwierdzić krytyków sądów III RP w przekonaniu, że dzieli ono ludzi na równych i równiejszych. A przecież mamy jeszcze sprawę Piotra Najsztuba, skręconą tak mocno, że tym razem nie da się uciec od jej powtórzenia. Oczywiście, sporadycznie zdarzają się sprawiedliwe wyroki po uczciwych procesach, jednak wciąż traktuje się je jako wyjątek, wręcz cud, nie zaś normę. Dopóki zaś tak będzie, społeczeństwo nie będzie mieć świadomości, że w przypadku konfliktu z kimś wpływowym do sądu idzie się po sprawiedliwość, nie potwierdzenie wyrokiem wyższej pozycji społecznej uprzywilejowanej strony postępowania.

Wyrok dla Piotra Najsztuba unieważniony. Będzie nowy proces

Sąd Rejonowy w Piasecznie przychylił się do sprzeciwu prokuratury ws. wyroku dla Piotra Najsztuba. Znany dziennikarz został skazany na grzywnę oraz...

zobacz więcej

Sprawę Frasyniuka można jeszcze potraktować politycznie i o ile wyrok oburza zwolenników reform Prawa i Sprawiedliwości i szerzej pojętą prawicę, dla opozycji będzie on dobrą wiadomością, a dla większości nie będzie wiadomością żadną. Jednak już sprawy młodego Wałęsy czy Najsztuba uzmysławiają zwykłemu obywatelowi, że obrona sądów, do której wzywany jest wciąż przez autorytety, nie jest jego sprawą, a co najwyżej obroną świętego spokoju tychże autorytetów.

Być może dlatego trudno w polskiej debacie publicznej znaleźć osoby deklarujące, że są przeciwko reformom sądownictwa jako takim. Krytycy deklarują więc niejako z automatu, że chodzi o zmiany wprowadzane przez PiS, ponieważ według nich skutkują one jedynie wymianą kadr, nie zmianą całego systemu. Nawet jeśli jednak uznać ten argument, zapytać trzeba: czy wyroki wydaje system, czy jednak robią to konkretni ludzie, a więc kadry właśnie?

źródło:
Zobacz więcej